poniedziałek, 31 października 2022

Proste i pyszne szwajcarskie ciasto czekoladowo orzechowe (bez mąki)


To ciasto upiekłam pod koniec marca, ale nie opublikowałam go wtedy, bo pomyślałam, że wszyscy po zimie spragnieni są raczej ciasta z rabarbarem niż kolejnego orzechowego czy czekoladowego. I niech przepis poczeka do jesieni, kiedy smak orzechów jest najlepszy, a krótkie dni sprzyjają pieczeniu ciast. 
Zdjęcia z tym ciastem są zimowe, śnieżne i mgliste. Pogoda wtedy była nietypowa. Pojechaliśmy do Berna zaznać wiosny (i zaznaliśmy), a ponieważ zawsze mnie ciągną szwajcarskie Alpy, namówiłam męża na krótką wyprawę na spacer w jakąś górską dolinę. Chciałam chociaż trochę popatrzeć na szczyty. To miał być krótki wypad, bo nie mieliśmy górskich butów ani kurtek. Taki spacer w adidasach i w lekkich kurtkach.
Tego dnia przyszły chmury i ciepły wiatr znad Afryki. Zrobiło się bardzo ciepło i śnieg zaczął się błyskawicznie rozpuszczać. Na początku szlaku droga prowadziła lekko pod górę. Była pokryta śniegiem po którym płynęła woda. Wszystko momentalnie topniało od wysokiej temperatury. I my w tych adidasach nie byliśmy wstanie przejść pięciu metrów pod górę, bo miało się wrażenie, że idzie się po lodzie. Ześlizgiwaliśmy się w dół. W takich warunkach i w takich butach nawet najkrótszy spacer przestawał być przyjemny (i bezpieczny).
Zjechaliśmy niżej, gdzie nie było już śniegu i stamtąd delektowaliśmy się górami. I ciastem. Ciastem, na który przepis znajdziecie poniżej. Jest bardzo proste do wykonania, wilgotne, czekoladowe i orzechowe jednocześnie, bezglutenowe, bezmączne i długo zachowuje świeżość. Jeden zapomniany kawałek siedział w puszce ponad tydzień i był nadal wilgotny i pyszny po tak długim okresie.
Zetrzyjcie drobno czekoladę na tarce lub w malakserze, żeby uzyskać ten wspaniały końcowy efekt.

Tak kończę październik. Wiosenną Szwajcarią z zimową aurą w czasie polskiej jesieni :-)








Szwajcarskie ciasto czekoladowo orzechowe

8 jajek (białka i żółtka osobno)
szczypta soli
200 g drobnego cukru
230 g gorzkiej czekolady - drobno startej
230 g orzechów włoskich lub laskowych - startych lub zmielonych
cukier puder do posypania wierzchu - opcjonalnie

Wyłożyć papierem do pieczenia tortownicę o średnicy 23 cm. 
Rozgrzać piekarnik do 180 stopni C. 
W misce ubić białka ze szczyptą soli na pianę. Cały czas miksując, dodawać po trochu cukier. Miksować, aż powstanie sztywna i lśniąca masa. Kontynuować miksowanie dodając po jednym żółtku. Wyłączyć mikser. Dodać mielone orzechy i startą czekoladę. Delikatnie wymieszać całość do połączenia. 
Masę przełożyć do tortownicy i wstawić do piekarnika. Piec przez godzinę na środkowym poziomie piekarnika. 
Wyjąć i pozostawić do wystudzenia w foremce.
Ciasto można posypać z wierzchu cukrem pudrem. 
Przechowywać w puszce do 1 tygodnia.

Ciasto można upiec również w tortownicy o średnicy 26 cm  wtedy należy je piec 45 minut.




czwartek, 20 października 2022

A diary from last month. Wrzesień.


Wrześniowe a diary from last month to najdłuższe w historii bloga podsumowanie miesiąca, więc ostrzegam Was z góry. Zaparzcie sobie kubek dobrej herbaty i uzbrójcie się w cierpliwość ;-), a tym, którzy dotrwają do końca, składam wyrazy podziwu. Oprócz tego, że to najdłuższe last month, to również najpóźniej opublikowane. Nasze wrześniowe podróżowanie przeciągnęło się na spory kawałek października, a po powrocie musiałam ogarnąć dom i pracę po prawie miesiącu nieobecności. Nie myślcie, że już ogarnęłam, ale miałam doping od mojego towarzysza życia, że zaraz przyjdzie czas na październikowe podsumowanie ;-)

Wrzesień zdominowały podróże. Początkowo planowaliśmy jedną, ale tak się jakoś stało ;-), że jedna zamieniła się w kilka. W sierpniu czytając nad morzem książkę Gerarda Durella "Moja rodzina i inne zwierzęta", powiedziałam do męża:"Kochanie, jedźmy na Korfu"..., no i Kochanie zorganizował wyprawę. 

Zanim wyruszyliśmy na tę grecką wyspę, żeby zaznać słońca, zaznaliśmy też zimy.
 We wrześniu pojechaliśmy do Szwajcarii, świętować bardzo ważny dla nas dzień: 34 rocznicę poznania (a dzień póżniej 34 rocznicę bycia razem :-)) i spełnić moje wielkie marzenie od lat. Powędrować po Alpach. Nigdy nie chodziłam po górach na tak dużych wysokościach i szczerze mówiąc nie wiedziałam jak zareaguje mój organizm człowieka mieszkającego na nizinach. Jednak jeżdżenie na nartach na podobnych wysokościach, to coś innego.
W ramach treningu, zaprawy i rozchodzenia nowych butów ;-) wybraliśmy się na trekking w nasze najwyższe góry. Nie było łatwo. Prognozy pogody nie sprzyjały, więc jak pojawiło się w weekend okienko pogodowe, spakowaliśmy się szybko i wyruszyliśmy. Na bazę wybraliśmy Kościelisko. W dawnych czasach spędzałam prawie całe zimy z małą córeczką w Zakopanem, ale zmiany jakie zaszły przez ostatnie lata w tym mieście, nie zachęcały nas do powrotu. Kościelisko ma inny klimat, wygląd i wielkość niż Zakopane i zdecydowanie bardziej nam odpowiada. 

Góralskie potrawy można zjeść na każdym kroku, ale w dobrym wydaniu już nie wszędzie. My trafiliśmy bardzo dobrze. Do restauracji Ziębówka. To miejsce z góralskim wystrojem, ale takim w najlepszym wydaniu. W menu potrawy regionalne w pysznej wersji. Zjecie tam danie kuchni podhalańskiej - moskole z masłem czosnkowym. Są to placki z ugotowanych ziemniaków smażone na rozgrzanej blasze lub patelni. Oczywiście grillowany oscypek z brusznicą (borówką leśną), a z zup kwaśnicę, żurek i borowikową. Z dań głównych baraninę, tradycyjnego schabowego z kością, miejscowego pstrąga, pierogi z kapustą, grzybami i oscypkiem, a także placki ziemniaczane z sosem grzybowym. Wegetarianie też znajdą coś dla siebie, gorzej z weganami. Jedzenie jest bardzo dobre i szczerze mogę Wam polecić to miejsce. Warto jednak sprawdzić przed przybyciem czy restauracja jest otwarta, bo w weekendy często odbywają się tam wesela.
Kolejnym miejscem, w którym dobrze zjecie (przetestowaliśmy kolejnego dnia) jest restauracja Sopa i Lis. Często odbywają się tam koncerty regionalnych zespołów. Za nim zaczniecie mówić: to nie dla mnie, to od razu powiem Wam, że dawno muzyka góralska nie zrobiła na mnie tak dobrego wrażenia jak tam. To był fajny zespół młodych muzyków, który dobrze grał i śpiewał. I pierwszy raz widziałam tak czyste i lśniąco białe góralskie spodnie jak u tych muzyków. 
Jedzenie w tamtej restauracji jest mniej tradycyjne niż w Ziębówce, ale zjecie tam oscypka z borówką, moskole z borowikami, placki ziemniaczane, kwaśnicę i pierogi z różnymi farszami. Menu jest bogate też w inne dania, zarówno dla wegetarian jak i wegan.

Restauracja Ziębówka
Witów 304a, 34-512 Witów
czynna poniedziałek - niedziela 12.00 - 21.00

Restauracja SOPA i LIS
Kościeliska 52, 34-500 Zakopane
czynna poniedziałek - niedziela 14.00 - 21.00

Najedzeni poszliśmy spać, bo czekała nas wczesna pobudka przed wschodem słońca. Zaplanowana trasa miała nam zająć cały dzień, a pogoda w górach mimo dobrych prognoz też mogła się zmienić i wydłużyć naszą wyprawę. W planach mieliśmy wyruszyć o siódmej rano z Kasprowego Wierchu i wyruszyliśmy.
 
Restauracja Ziębówka
1 zmęczeni i najedzeni // 2 lubię takie jesienne bukiety // 3 góralska klasyka: oscypek i leśna borówka // 4 te pierogi z kapustą, grzybami i oscypkiem były pyszne

1 nasza baza w Kościelisku // 2 ładny jest ten wystrój restauracji Ziębówka // 3 kieliszek nalewki dla mnie // 4 podoba mi się ten obrus i mały bukiecik dzikich kwiatków

1, 4 w drodze na Kasprowy Wierch - pogoda nie zapowiada się dobrze // 2 to w którą stronę idziemy? // 3 na Kasprowym - powyżej warstwy chmur

1 wrzesień - kwitną wrzosy // 2, 4 nie wiem co to za kwiaty, ale są piękne // 3 leśne borówki - uwielbiam

1 chwila odpoczynku przed zdobyciem kolejnego szczytu // 2, 3, 4 na szlaku  

1, 2, 3, 4 popołudniu pogoda zmieniła się, a przed nami jeszcze długa droga

Przed pół godziną niebo było niebieskie i świeciło słońce. W górach pogoda zmienia się szybko. 

Dzisiaj nie idziemy w góry, bo zapowiadają deszcze i burze i...ledwo ruszamy nogami po poprzednim dniu :-)

1, 2, 3, 4 przyszły chmury - zrobiło się zimno. Mamy ubrania na cebulkę, rękawiczki i czapki - damy radę.

Chmury w dolinie wyglądały na odległe, ale przyszły szybko

1, 2, 3 to niebo jest niesamowite // 4 3 stopnie ciepła, więc te wszystkie warstwy dobrze sprawdzają się

1 w drodze na Kopę Kondracką // 2, 3 na szlaku // 4 jeszcze kawałek i szczyt będzie zdobyty

Przerwa na odpoczynek w drodze powrotnej w schronisku na Hali Kondratowej
1 ostatni raz byłam tu bardzo dawno temu // 2 jeszcze kawałek i zrobimy przerwę // 3 po całym dniu wędrowania ta herbata smakuje jak ambrozja // 4 mam ochotę na wszystko, a najbardziej na pierogi z jagodami

Wykończeni i szczęśliwi wróciliśmy "do domu" na taki spektakl  zachodzącego słońca. 

1, 2, 3, 4 widok z "naszych" okien 

1, 2 restauracja Sopa i Lis // 3, 4 na szlaku

1, 4 rano na tarasie czekało na nas śniadanie w koszyku // 2 miejsce sentymentalne - przez lata w tym pensjonacie spędzałam zimowe tygodnie z córeczką // 3 widok z okna przy śniadaniu

1, 2, 3, 4 W bacówce - kupujemy świeże oscypki.

W drodze powrotnej postanowiliśmy pojechać do Niedzicy i obejrzeć zamki znajdujące się po dwóch stronach jeziora. Zamek w Czorsztynie to w dużej mierze ruiny zamku. Położony jest na wzgórzu, z którego rozpościera widok na jezioro i okolice. Na zamku można obejrzeć wystawę, która przybliża historię miejsca. Z wystawy najciekawsza była dla mnie historia  pocztówki. Czy wiecie, że kartka pocztowa pojawiła się po raz pierwszy na świecie 1 października 1869 roku na terenie Austro-Węgier? Za jej twórcę uważa się Emanuela Hermana - profesora ekonomii. Pierwsze kartki nie miały żadnych obrazków, a jedynie nadrukowany znaczek z podobizną Franciszka Józefa. Trzy lata później na kartce pojawiła się ilustracja wokół której zapisywano treść. Druga strona przeznaczona była wyłącznie na adres. Szybko pojawili się pierwsi filokartyści - zbieracze pocztówek. 

Po drugiej stronie jeziora znajduje się bardziej znany zamek w Niedzicy. Pojechaliśmy tam i... uciekliśmy. Tłum, stragany z wszystkim i niczym, czas oczekiwania na wejście na zamek około 3 godzin. Porażką był także posiłek jaki tam zjedliśmy, więc nie mam dla was żadnym tamtejszych polecajek. 

W drodze z Niedzicy rozmawialiśmy o miejscowościach, do których jeździliśmy jako dzieci. Ja w pierwszych latach życia przyjeżdżałam z rodzicami do Szczawnicy. Niczego nie pamiętam z tamtych wyjazdów, jedyne obrazy w mojej pamięci pochodzą ze zdjęć.
Tak opowiadałam o tym, że nawet nie zauważyłam, że zmieniliśmy kierunek jazdy i jechaliśmy do... Szczawnicy. Krótka wizyta nie obudziła we mnie wspomnień (chyba byłam zbyt mała, kiedy tam jeździłam), ale miło było spędzić chociaż trochę czasu w nieznanym mieście, wypić dobrą kawę i zjeść pyszną szarlotkę. Na słodką przerwę wybraliśmy Eglander Caffè i mogę Wam polecić tę kawiarnię. Szarlotka była świetna. Kawa zresztą też.

Eglander Caffè
 Zdrojowa 2, 34-460 Szczawnica
czynna od poniedziałku do niedzieli 9.00 - 18.00

1, 3, 4 ruiny zamku w Czorsztynie // 2 Florentyna prawie jak Lorentyna :-)

1 powrót do Szczawnicy po latach // 2, 3, 4 Eglander Caffè

1 stare mapy znowu w użyciu // 2, 3, 4 migawki z weekendu na południu Polski

Na Stare Miasto we własnym mieście jeżdżę rzadko. Jakiś czas temu zastanawiałam się z czego to wynika. Czy z tego, że traktuję tę część miasta jako bardzo turystyczną, czy z tego, że pod pewnymi względami jest dla mieszkańca mniej atrakcyjna niż inne części? Restauracje czy kawiarnie wybieram raczej w innych dzielnicach. Na warszawskiej starówce kusi mnie i przyciąga miejskie lodowisko zimą i sklep Dom Sztuki Ludowej. To przepiękny sklep w starej kamienicy pełen polskiego, ludowego rękodzieła. Dla wielu z Was może nie brzmi to zbyt atrakcyjnie, ale wierzcie mi, że w tym sklepie każdy znajdzie coś dla siebie (albo na prezent). Dla mnie to idealne miejsce na zakup koszy wiklinowych lub z rogożyny, wełnianych kocy w pięknych kolorach, pisanek, lnianych serwetek, ceramiki, drewnianych zabawek i niezwykłych bombek. Sklep ma prawie 70 letnią historię i jest prowadzony rodzinnie przez etnografów, więc przy okazji zakupów można porozmawiać o zwyczajach ludowych, przesądach, obyczajach...

Dom Sztuki Ludowej
rynek Starego Miasta 10, 00-272 Warszawa
czynny od poniedziałku do niedzieli 10.00 - 18.00 (16.00 sobota i niedziela)

Stare Miasto kojarzy mi się z jeszcze jedną rzeczą. Z bułką nadziewaną pieczarkami. W czasach dzieciństwa często odwiedzaliśmy z rodzicami małą restauracyjkę, która w tamtych, odległych latach podawała spaghetti bolognese i pizzę, a z okienka od strony ulicy można było kupić wcześniej wspomnianą bułkę z pieczarkami. Moim ulubionym daniem była pizza, której spód robiono z... wytrawnego gofra :-) Brzmi to abstrakcyjnie, ale wierzcie mi, że to było pyszne. 
Do okienka zawsze stała kolejka. Obok wyglądającego jak narzędzie tortur urządzenia do robienia wielkiego otworu w podłużnej, chrupiącej bułce, stał garnek pełen brązowego nadzienia z pieczarek i cebuli. Nadzienie pełne sosu wciskane było w otwór w bułce, a sos wsiąkał w miąższ. Cudownie to smakowało.
W czasie ostatniego pobytu na starówce skusiliśmy na to sentymentalne danie i... było smaczne, ale nie tak jak kiedyś. Główna różnica polegała przede wszystkim na smaku bułki. Kiedyś była lepsza...

Dom Sztuki Ludowej
1 sklep z najpiękniejszym widokiem // 2 bombki dla miłośników strojów kudowych // 3 bombka - górskie buty to coś dla mnie w tym roku :-) // 4 to tylko ułamek bombkowej kolekcji - dział ptaki

1 Bar przy Dunaju - kultowe miejsce dla miłośników bułek z pieczarkami // 2 na warszawskim Starym Mieście czasami nie wiadomo co jest stare, a co zbudowane od nowa na podstawie przedwojennych zdjęć // 3 rajskie jabłuszka - uwielbiam robić z nich przetwory // 4 jedna sentymentalna buła na nas dwoje

1 do fryzjera jeździmy na rowerze // 2 tęcza na pożegnanie lata // 3 nasza stara jabłoń wtym roku niesamowicie obrodziła // 4 relaks u fryzjera przy kawie i książkach 

1, 2 moje włosy na początku miesiąca // 3, 4 moje włosy pod koniec miesiąca

1 wiesz, że pewne rzeczy się zmieniają...kiedy myślisz, że odcisnęły ci się na policzku zagniecenia od poduszki, lecz te mimo upływu tygodnia nie znikają // 2 jedne z ukochanych kwiatów jesieni // 3 instytut dr Ireny Eris - czyli czas tylko dla mnie // 4 wiek nie ma znaczenia, chyba że jest się serem

Domowe gotowanie
1 foccacia z konfitowanymi pomidorkami i czosnkiem // 2 placuszki z cukinii z sosem tzatziki // 3 sos romesco - mogłabym jeść codziennie // konfitowane w oliwie pomidorki i czosnek

Tuż przed naszym wyjazdem wiadomością, która obiegła cały świat była śmierć brytyjskiej królowej Elżbiety II. Myślę, że poruszyła ona większość. Całe nasze życie odkąd pamiętamy, to było panowanie tej jednej królowej. Śmierć zakończyła pewien etap w historii. Mimo, że ze względu na sędziwy wiek, można było się tego spodziewać, to jednak, kiedy to się już stało było zaskakujące. Panowanie Elżbiety to zmieniająca się historia, zmieniające się czasy, obyczaje... nie zmieniała się tylko brytyjska władczyni.
1 lubię to zdjęcie królowej - jest takie lekko staroświeckie // 2 może jeszcze zdążę coś zrobić z rajskich jabłuszek // 3 domowe przyjemności - delikatna porcelana, herbata i domowe ciasto // 4 ja zabieram się za pakowanie, a on niewzruszony zamieszaniem

15 września to jeden z najważniejszych dla nas dni w roku. To dzień, w którym nasze życiowe ścieżki przecięły się i połączyły. To dzień, w którym się poznaliśmy. Świętujemy go od... 34 lat i cały czas cieszymy się, że idziemy przez życie razem. 
Na tegoroczne świętowanie wybraliśmy Szwajcarię. Plan mieliśmy sprecyzowany.
Lot do Genewy i kilka godzin w tym mieście, potem podróż do Lozanny i świętowanie tam naszego dnia, potem podróż dalej, żeby ostatecznie dotrzeć w Alpy na kilkudniowe wędrowanie, potem znowu powrót do Lozanny na krótki pobyt i z powrotem do Genewy i do domu. 
W Genewie byliśmy w maju, więc chcieliśmy teraz pojechać do jakiegoś innego miasta. Wybór padł na Lozannę. Byliśmy tam 17-18 lat temu z dziećmi. Niewiele pamiętam z tamtego pobytu, bo był krótki i dość odległy w czasie. To co mi utkwiło w pamięci, to kolory na posadzce katedry, kiedy światło słoneczne przebijało się przez witraże i mały synek siedzący na tej posadzce i zasłuchany w koncert chóru i grę organów. Odległe wspomnienia. Przyszedł czas przypomnieć sobie Lozannę.

Wybór hotelu to był taki niezwykły, wspaniały przypadek - nieprzypadek.
Kiedy ostatnio lecieliśmy do Genewy, w trakcie check in'u, wybrałam miejsca w samolocie po lewej stronie, żeby móc patrzeć na Alpy, kiedy zaczniemy przelatywać nad jeziorem lemańskim (genewskim). W czasie boardingu zmieniono nam miejsca w samolocie na... prawą stronę ze względu na wyważenie samolotu. Trochę żałowałam, ale i tak nie miałam już na to wpływu. Trudno. 
Kiedy samolot zaczął lecieć nad jeziorem, zniżył swój lot, bo do Genewy było stosunkowo blisko. Pod nami widać było pola, winnice, wioski, miasteczka. W pewnym momencie zobaczyłam zamek nad jeziorem otoczony zielenią i miasto w pobliżu. Tak mi się ten widok spodobał, że zrobiłam zdjęcie przez okno i powiedziałam mężowi, jak fajnie musi być w takim zamku nad jeziorem. Myślałam, że jest to jakaś prywatna posiadłość i na długo zapomniałam o tym miejscu i zdjęciu zrobionym z samolotu.
Kiedy wzięliśmy się za poszukiwanie hotelu w Lozannie, pierwszy hotel jaki mi się wyświetlił na stronie z rezerwacjami był... właśnie z tym zamkiem widzianym z samolotu. Czy to przypadek czy nie? Nie zastanawialiśmy się już ani chwili nad miejscem na celebrowanie naszego święta.

Chwilo trwaj

1 walizka nadana i można ruszać dalej // 2 po locie nad chmurami w końcu widać ziemię , a dokładnie jezioro lemańskie (genewskie) // 3 chmury oglądane od góry zawsze mnie zachwycają // 4 tuż przed odlotem - krople deszczu na szybie samolotu i blask wschodzącego słońca gdzieś wśród chmur

Zawsze zachwycam się chmurami oglądanymi z góry i oświetlonymi promieniami słońca

1 witaj Szwajcario // 2 ten widok zawsze mnie cieszy // 3 ulubiony sposób na zwiedzanie miasta - na rowerze // 4 czy też zawsze czujecie niepokój czy wasza walizka doleciała czy nie?

1 pierwsze dylematy po przylocie: to którego szampana kupujemy na świętowanie/ ;-) // 2 dzisiaj tylko spoglądamy na fontannę // 3 sirocco - ulubiona marka szwajcarskich herbat // 4 czas na pierwszą kawę  

Le Pain Quotidien poznałam wiele lat temu w Brukseli. Spodobało mi się wtedy to miejsce, bo przykładano tam dużą wagę do jakości pieczywa i zwykła kanapka potrafiła sprawić dużo przyjemności swoim smakiem. Obecnie to już sieć restauracji. Można je spotkać we Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Belgii i Szwajcarii. To dobre miejsce na posiłek w ciągu dnia lub śniadanie. Jedzenie jest proste i dobre. Quiche, kanapki, sałatki, zupy, do tego tarty i tartaletki. Kawa, herbata, wino...
Pierwszy posiłek w Genewie zjedliśmy właśnie tam. 

Le Pain Quotidien

Boulevard Georges-Favon 45

Geneva

czynne 7.00 - 19.00


Avenue Alfred Bertrand 1

Geneva

czynne 7.00 - 19.00

https://www.lepainquotidien.com/ch/en/


Le Pain Quotidien
1, 2 drewno, prosty, przyjazny wystrój // 3 słoiki pełne pyszności // 4 common table

Le Pain Quotidien
1 quiche, sałatka i zupa - czas coś zjeść // 2, 3, 4 detale i zakamarki

Le Pain Quotidien
1 zachwyciła mnie ta miseczka, w której podano kawę // 2 brunette - krem orzechowy // 3 czy ta książka założyciela 
Le Pain Quotidien jest warta zakupu? // 3 mam już pozaznaczane co ugotuję i upiekę z tej książki

Fromagerie Bruand ulubionym sklepie z serami w Genewie pisałam Wam już w TYM poście, więc nie będę się powtarzać. My za każdym pobytem w tym mieście odwiedzamy go, bo mają tam genialne produkty. To także nasz obowiązkowy punkt odwiedzin przed powrotem do domu, żeby kupić mocno dojrzały ser Gruyere - Gruyere extra vieux i równie dojrzały Comte. Do tego zawsze przynajmniej jakiś jeden do odkrycia.

Fromagerie Bruand 
Gruyere extra vieux - jeden z moich ulubionych serów // 2, 3, 4 wybór i jakość tych serów jest fantastyczna

1 menu w restauracji Le Pain Quotidien // 2 na serowych zakupach - najważniejsze, żeby nie kupować na głodnego ;-) // 3 jeszcze tylko dobra bagietka // 4 na wszystkich okładkach- królowa

1 lubię jeździć pociągami w Szwajcarii // 2 czas na kolejną kawę // 3 witaj Lozanno // 4 3 minuty opóźnienia :-)

Nasz hotel w Lozannie widziałam tylko z dużej wysokości z samolotu ;-) i na stronie rezerwacji. Teraz zobaczyłam go na żywo. Okazał się rzeczywiście zamkiem. Z wieżyczkami, krętymi schodami, zakamarkami, małymi okienkami, balkonami i tarasami. Stare mury, które zostały starannie odrestaurowane, skrywają piękne pokoje. Wygodne, przestronne, jasne, dobrze wyposażone i z pięknym widokiem na jezioro (nie wszystkie pokoje mają widok na jezioro). Wiele udogodnień pozwala spędzić tam komfortowo czas. My mieliśmy tam cudowne chwile.

Château d'Ouchy
Place du Port
1006 Lausanne
https://www.chateaudouchy.ch/accueil/

Château d'Ouchy

Pogoda pierwszej nocy co chwilę zmieniała się

Czy można wymarzyć sobie lepszy widok z okna o poranku?

1, 4 dla mnie cappuccino na owsianym, a dla ciebie espresso macchiato // 2 Petite Arvine - białe wino z regionu Valais - jedno z naszych ulubionych // 3  tędy do hotelu można wejść bocznym wejściem ;-)

1 panienka z okienka ;-) // 2, 4 glaces Veneta - najlepsze lody w Lozannie mieliśmy tuż obok hotelu - szczęściarze z nas // 3 kończy się nasz pierwszy dzień podróży

1 nocny spacer między jedną burzą, a drugą z rozświetlonym hotelem w tle // 2 szpilki i jedwabna spódnica // 3 wieczór w hotelowym barze // 4 są oczywiście windy, ale czy nie piękniej jest na tej klatce schodowej 

1 nocne życie podróżników ;-) // 2 przy barze na otwartą kuchnię czy przy stoliku? // 3 na tarasie hotelowym z widokiem na Lozannę // 4 podoba mi się ten hotelowy bar z podświetlonego marmuru

Dzień dobry Kochanie

1 jedwab i koronki // 2 owoce, croissanty, konfitury - nie powiem, żeby to było dietetyczne śniadanie :-) // 3 po nocnych burzach nie ma już śladu // 4 czasami fajnie jest zaznać hotelowego życia i nigdzie nie pędzić

1 wszystkie croissanty, które jadłam w Szwajcarii były REWELACYJNE // 2 lubię hotelowe śniadania // 3 Bircher muesli - szwajcarskie danie śniadaniowe, które uwielbiam // 4 pyszna kawa, pyszny croissant - czego chcieć więcej?

1 dobre śniadania hotelowe, to coś co bardzo lubię // 2 po nocnych burzach nie ma już śladu // 3 truskawki, melon, dojrzałe ananasy - czas na deser na śniadanie // 4 ten chrupiący, zrumieniony koniec rogalika...

Na dietę pójdę po powrocie ;-)


1 gdyby nie kolejny, cudowny etap podróży to zostalibyśmy tu dłużej // 2 czyżby moje włosy wplątały się w Twoją brodę? // 3 suszenie włosów na wietrze ;-) // 4 karty hotelowe zrobione są z drewna - podoba mi się to

Nadciąga burza

Wracamy do "naszego" zamku

Chmury potrafią być piękne

Dzień dobry nowy dniu

Woda jest krystaliczna i kusi potanną kąpielą

Za nas. Za nasze 34 lata razem

W deszczu, w tańcu, w radości

1 ten ser jest wspaniały // 2 uwielbiam jak ON mnie rozśmiesza // 3 szwajcarzy potrafią zrobić świetne wina // 4 czyżby fondue dla bobasów? ;-)

1 te góry w oddali... // 2 to była niesamowita burza // 3 to co dzisiaj robimy? // 4 lubię to zdjęcie
1 brioszki na zakwasie na likierze kawowym z nadzieniem z serka - GENIALNE - tęsknię za tym smakiem // 2, 3 poranne wypieki - wszystko na zakwasie, wszystko przepyszne // 4 piekarka, która tworzy cuda

1, 3, 4 jak się dorwę do nowych książek kucharskich, to przepadam // 2 aż kuszą, żeby spróbować 

Czy to nie jest piękne? - nad jeziorem lemańskim w drodze w Alpy

Przez lata marzyłam o wyprawie w Alpy. Takiej wyprawie z chodzeniem po górach. Byliśmy w szwajcarskich Alpach wielokrotnie, ale najczęściej były to krótkie pobyty  albo wręcz przejazdy w drodze gdzieś dalej. Zatrzymywaliśmy się, spacerowaliśmy, ale zawsze było to takim liźnięciem tych gór. Tym razem mieliśmy iść w góry. Wysoko i długo. Codziennie. Nie wiedziałam czy dam radę, czy mój organizm wytrzyma, czy moje buty sprawdzą się, a kurtka nie zawiedzie. Wykupiliśmy solidne ubezpieczenie obejmujące wspinaczkę i ratownictwo górskie i skoczyliśmy ku przygodzie, żeby spełnić marzenia. I wiecie co, rzeczywistość przerosła marzenia. Ja się zakochałam w tych górach. W tych widokach, dziczy, spokoju, potędze gór i ich pięknie. To była jedna z najpiękniejszych wypraw. Zarówno ze względu na przeżycia jak i na 
doborowe towarzystwo. Nie zapomnę nigdy tego czasu i mam nadzieję, że kiedyś to powtórzymy. 
I wiecie co, sama jestem zaskoczona jak dobrze daliśmy sobie radę. Duża w tym zasługa naszych cudownych towarzyszy, którzy dawkowali nam codziennie coraz większy stopień trudności i wysokości. Pamiętam co prawda, jak już na dużej wysokości czułam, że mój oddech nie jest wystarczająco głęboki i wspinając się pod górę myślałam z radością, że potem będzie schodzenie, a jak było schodzenie, schodzenie i jeszcze raz tylko schodzenie, to myślałam, że jednak wolę wspinanie pod górę :-)
Ten moment, kiedy schodzi się z gór w dolinę, kiedy słońce szykuje się już do snu i widać już chalet, jest cudowny i niezapomniany. To taka czysta radość z pięknie spędzonego dnia.
Te mroźne noce, czarne jak węgiel z rozgwieżdżonym niebem, z dźwiękami dzwonków krów gdzieś na dalekim pastwisku, z powietrzem pachnącym górami, z dymem z komina i ze światełkami w oknach, które wabią ciepłem i bezpieczeństwem... były cudowne. 
Te wieczory spędzane przy winie, na wspólnych rozmowach, wspólnym gotowaniu, jedzeniu pysznych (i kalorycznych ;-)) rzeczy, rąbaniu drewna z czołówką na głowie... były cudowne.
I te poranki po dobrze przespanej nocy, ten widok za oknem, kiedy otworzy się zaspane oczy, to otulanie się miękką kołdrą, żeby utrzymać ciepło, ta pierwsza kawa pita w swetrze założonym na piżamę, dokładanie drewna do pieca, pierwszy spacer z psem, który niecierpliwi się, żeby wyjść, ten rozciągnięty na łóżku kot, który czuje, że jest cudowny, to szykowanie śniadania i omawianie kolejnej trasy, ta radość ze śniegu, który spadł w nocy... były cudowne.

Nasi towarzysze, dziękujemy za wszystko. Nie zapomnimy tych dni.

Ten kolor wody...

Mróz, który stworzył niezwykły obraz.

1, 2, 3, 4 świat oprószony pierwszym śniegiem
Po nocnych opadach śniegu i mrozie, świat wygląda inaczej

1 wygląda zupełnie jak koń Pippi Langstrumpf // 2 nasze sąsiadki // 3, 4 wysoko w górach - szczęśliwe owce

1 chyba nie jest zadowolona ze śniegu // 2, 3, 4 każda inna, każda piękna

Chcę ten widok zapamiętać na zawsze

1 schronisko wysoko, wysoko w górach - kiedyś tam dotrzemy // 2 tutaj to czasami główny środek transportu // 3 w górach pogoda potrafi szybko się zmienić // 4 ten kolor wody...

Z lodowcem w tle

1, 2, 3, 4 Dawka energii w trakcie wędrówki - czekolada, chleb na zakwasie, ser Gruyere i miejscowa kiełbasa z... jagodami


Lodowiec w "naszej" dolinie. Kurczy się niestety w zastraszającym tempie. Ten turkusowo błękitny kolor lodu jest niesamowity.

1 szczęśliwa // 2 lodowiec, który niestety znika // 3 ten kolor nieba jest niesamowity // 4 idziemy dalej

1 uwielbiam mapy - każde, ale takie papierowe najbardziej // 2 na szlaku // 3 dobrze nam tu // 4 w lewo czy w prawo?

1 wędrujemy // 2 nie mogłabym wyobrazić sobie lepszej pogody na wędrówkę // 3 zaczekajcie na mnie ;-) // 4 dziękuję, że niesiesz mój sweter... i wodę, i czekolady i ser. i...

1 widzicie kobietę szczęśliwą // 2 coraz wyżej, coraz dalej... // 3 górskie chalety - z jednego z nich wychodzimy i do niego wracamy

To nie jest fotomontaż :-) To prawdziwa, przedziwna chmura

1, 4 kosmici nadlatują? Jedni nadlecieli ;-) // 2 te gołoborza wyglądają niepozornie, ale dały mi trochę w kość ;-) // 3 drogą wzdłuż górskiego potoku

1 piękne są te góry // 2 skąd ten niezwykły kolor wody? // 3 w górach czasami to jest najtańszy i jedyny środek transportu // 4 za nas i za naszą wyprawę

1, 2, 3, 4 na każdym kroku coś innego i pięknego

1 w Alpach sezon na leśne jagody w pełni // 2 jeszcze mały spacerek? // 3 ślady po zejściu lawiny // 4 na leśne borówki też jest sezon

Pierwszy raz szłam po górach z kijami i podobało mi się to


Czy to nie jest widok jak z folderu reklamowego?

1 fondue na takiej wysokości smakuje jak najlepsza na świecie uczta // 2 szklane kieliszki też przynieśliśmy ze sobą na górę - szampan w plastiku, to jednak nie to // 3 trochę szampana i do samego fondue // 4 jakie to jest dobre

Ucztujemy wysoko w górach
1 szampan przyniesiony w plecaku i pies pytający: kiedy znowu ruszamy? // 2 woda w górskim strumieniu jest tak krystaliczna, że nawet nie widać jej na zdjęciu, a chłodzi się w niej szampan // 3 kirsch, mieszanka serów, dobry chleb... wszystko zostało przyniesione w plecaku, żebyśmy mogli wysoko zjeść fondue // 4 przenośny zestaw do fondue

1 tartiflette - jakie to dobre... jakie kaloryczne :-) // 2 czy ja mogę dojeść resztki i te ostatnie kawałki sera reblochon // 3 odkrywamy kolejne szwajcarskie wina - tym razem czerwone // 4 przed wyjściem w góry zalałam prawdziwki do namoczenia, żeby po powrocie szybciej zrobić kolację

1 la soupe du chalet - ta zupa stworzona jest do jedzenia w chalecie // 2 te sery mogłabym jeść codziennie // 3 śniadanie przed kolejną wyprawą - na stole pojawił się słoiczek konfitur z leśnych borówek zebranych poprzedniego dnia // 4 pasta fresca z sosem ze świeżych i suszonych prawdziwków

Proste jedzenie - niezwykły smak

1 słońce przygrzało - jemy śniadanie na powietrzu // 2 kolejne, niezwykłe szwajcarskie wino // 3 do każdego posiłku jemy sery - są tak niezwykłe w smaku // 4 wpuszczamy do chaletu słońce i świeże, rześkie powietrze

1 wieczór celebrujemy szampanem // 2 dwa serca na zaparowanej szybie // 3 mrok nocy rozjaśniają światła z chaletu // 4 nie ma wątpliwości w jakim kraju jesteśmy

1 rano na tym jeziorku jest cienka warstwa lodu // 2 szwajcarskie flagi można zobaczyć nawet wysoko w górach // 3 nie mogę przestać fotografować tych widoków // 4 uwielbiam te powszechne ujęcia wspaniałej w smaku wody pitnej

1 czas zjechać z gór w dolinę // 2 ten widok promieni słońca przedzierających się przez chmury zachwycił mnie // 3 nadeszły chmury i kolory momentalnie zmieniły się // 4 czas zapoznać się bardziej ze szwajcarską kuchnią

Te szczyty, to już grubo ponad 3000 tysiące metrów

Alpy odbijające się w jeziorze

To była niesamowita, wspólna, górska przygoda
Z powrotem w Lozannie
1 pomidorowe fondue i rösti z serem i lokalną kiełbasą z kantonu Vaud - po takich daniach można przekopać cały ogród // 2 zaczęłam jeść śniadania jak miejscowi - croissant z konfiturą i kawa // 3 Pinte Besson - bistro z lokalnymi potrawami // 4 niepozorny pyszny deser -meringues et crème double de la Gruyère
czyli beza ze śmietaną z Gruyere (45 % tłuszczu!)

1, 4 chyba się skuszę, na któryś z tych garnków do fondue // 2 zastrzykenergii w postaci espresso // 3 w sklepie z produktami z kantonu Vaud

1 zazdroszczę winnym krajom tego wyboru winogron - każda odmiana ma inny smak // 2 sklep z lokalnymi wyrobami z regionu Vaud // 3 Lozanna to miasto rowerzystów // 4 na lokalnym targu spożywczym

Pisałam Wam powyżej o wizycie w katedrze w Lozannie przed laty. O wrażeniach, które zostały w mojej pamięci. O świetle, o kolorach, o koncercie organowym. Jak weszliśmy teraz do katedry to... zabrzmiały organy, a kolorowe plamy światła tańczyły na posadzce. To było niezwykłe, cudowne przeżycie.

Katedra w Lozannie

1 chwila odpoczynku // 2 te tańczące cienie liści na ścianach budynku były przepiękne // 3 wywietrzona kołdra = dobry sen // 4 prażony orzech laskowy zatopiony w czekoladzie w towarzystwie intensywnej kawy i gazety - małe przyjemności i dużo radości

1 te cienie tańczyły po ścianach budynku // 2 w pociągu Lozanna - Genewa // 3 ostatni łyk i idziemy // 4 ulubiona fińska marka w szwajcarskim sklepie - nie będę nawet patrzeć w jakiej cenie są te ściereczki

Gdzieś na Morzu Jońskim

Rejs jachtem wokół greckich wysp był w naszych planach wakacyjnych od lat. Ciągle jakieś inne kierunki wygrywały i plany przesuwały się na nieokreśloną przyszłość.

W tym roku trochę spontanicznie, trochę przez przypadek, udało się w końcu  zrealizować te odwieczne plany.

Te wyjazd już od początku był pewnym szaleństwem. Po pobycie w Szwajcarii wróciliśmy do domu na dwa dni, żeby wyruszyć w kolejną podróż. Górskie buty zamieniliśmy na płetwy, ciepłe kurtki na lniane koszule i gotowi stawiliśmy się na lotnisku po czwartej rano. Początek podróży dostarczył nam trochę emocji. Okazało się, że samolot będzie opóźniony o blisko 4 godziny, więc zaznaliśmy trochę lotniskowych klimatów. Po ponad trzech godzinach opóźnienia i blisko 5 godzinach „zabijania czasu” nagle na tablicy pojawił się komunikat przy naszym locie: gate closed. Oznacza to jedno. Jeżeli drzwi samolotu zostały zamknięte, to można zapomnieć o podróży i wakacjach. Wyobraźcie sobie tę sytuację. Po wielu godzinach czekania, nagle okazuje się, że o planach wakacyjnych można zapomnieć. Wyskoczyliśmy z naszych miejsc jak petardy i pomknęliśmy przez lotnisko, żeby sprawdzić czy wyrok na naszą podróż już zapadł. Niektórym szlak trafił ledwo zaleczone achillesy, a innym skok ciśnienia dodał rumieńców. I co się okazało? Ktoś się pomylił. Awaria systemu. Mamy jeszcze ponad godzinę czekania. 

Potem było już tylko pięknie i piękniej. Nasz jacht z kapitanem i resztą załogi czekał w porcie w samym centrum Korfu, a wyspa powitała nas słońcem i ciepłem. 

1 lotniskowa kawa to najdroższa kawa na świecie // 2 pierwszy posiłek na greckiej ziemi - lody // 3 czekając kolejną godzinę na spóźniony samolot, zdecydowaliśmy się na śniadanie - no cóż, dało się zjeść i tyle // 4 nasz samolocie, gdzie jesteś? 

Korfu, zaraz będziemy

1, 4 kwitnące krzewy i drzewa, to coś co kocham // 2 widać już port, do którego zmierzamy // 3 "nasz" dom na kolejne dni - jacht Penny K.


Ta książka "smakuje" jeszcze lepiej w tym otoczeniu

1 uwielbiam książki Gerarda Durrella // 2 tańce uliczne weselnych gości na jednej z wysepek // 3 najlepsze greckie śniadanie // 4 uwielbiam czytać książki

O wakacjach na Korfu marzyłam od dawna, a od ostatnich wakacji już bardzo. Jestem wielką fanką książek Gerarda Durrella, a szczególnie Trylogii z Korfu. Angielski serial nakręcony na podstawie tych książek również jest wspaniały. Znacie twórczość tego pisarza? Jeżeli nie, to bardzo Wam polecam. To historia angielskiej wdowy, przygniecionej rzeczywistością matki czworga dzieci, która przybywa pewnego dnia z rodziną na Korfu i rozpoczyna tu nowe życie. Każdy z bohaterów jest wielkim indywidualistą i szuka swojego miejsca w nowym życiu. Te książki, pełne angielskiego humoru nastrajają tak pozytywnie , łagodzą wewnętrzne napięcia i poprawiają humor, że każdy powinien je przeczytać. Ja czytałam je już wielokrotnie i za każdym razem sprawiają mi one wielką przyjemność i odkrywam w nich coś nowego. Polecam Wam książki i serial na ciemne i zimne wieczory.

Trylogia z Korfu

Gerard Durrell

Tom 1 Moja rodzina i inne zwierzęta

Tom 2 Moje ptaki, zwierzaki i krewni

Tom 3 Ogród bogów

Wydawnictwo Oficyna Literacka Noir sur Blanc

W końcu żeglujemy po Morzu Jońskim

Nie zapomnę swojej pierwszej wizyty w starej części miasta Korfu. Jakąś wizję miałam po przeczytaniu książek Durrella, ale rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania, Wąskie gwarne ulice, piękne domy z łuszczącym się tynkiem w pastelowych kolorach, kute, żeliwne balkony i te niesamowite, cudowne kamienne chodniki. Łuki, arkady, drewniane stoliki przykryte obrusami powiewającymi na wietrze, zapach czosnku i oregano wijący się wąskimi uliczkami, rozgadani sprzedawcy ze straganów, lawirujący wśród przechodniów kelnerzy, kadzidlany dym wydobywający się z kościołów, muzyka i nawoływania się dochodzące przez otwarte okna tawern i restauracyjek…

Tam zatrzymał się czas. Wszystko wyglądało jak na kartach książek Durrella.

1, 2, 3, 4 stare kamienne posadzki i chodniki - piękne i zachwycające
1, 2, 3, 4 stare kamienne posadzki i chodniki - piękne i zachwycające

1, 3 życie kawiarniane pod arkadami // 2, 4 weneckie klimaty

1, 2, 3, 4 Korfu i jego klimaty

W jednej z wąskich uliczek w starej części miasta mieści się tawerna Ninos. To miejsce, gdzie zjedliśmy pierwszą kolację w czasie naszej greckiej podróży. Tamtejsze jedzenie było najlepsze i najtańsze (!) pośród wszystkich naszych posiłków. Na stolik musieliśmy chwilę poczekać ale było warto. W czasie, kiedy czekaliśmy na zamówione dania, wielu mieszkańców przychodziło, żeby kupić jedzenie na wynos. Zamówiliśmy sporo (tak się dzieje, kiedy zamawia się na głodnego :-)), ale dzięki temu wypróbowaliśmy wielu dań z menu. Jedzenie tam jest typowo greckie. Klasyczne, domowe i pyszne. W tawernie jest wesoło, radośnie i gwarnie. Przy jednym ze stolików siedzi nestorka rodu (BARDZO wiekowa), która obserwuje gości i członków rodziny przy pracy i ma baczenie na wszystko. Przez cały wieczór popija COŚ i chyba dobrze się bawi ;-). W pewnym momencie, kiedy mój mąż koło niej przechodził... uszczypnęła go :-) i zaczęła się śmiać. Kiedy to zobaczyłam, to też zaczęłam się śmiać i tak zaśmiewałyśmy się na cały głos chyba przez 10 minut. Od czasu do czasu ona coś do mnie mówiła, czego oczywiście nie rozumiałam Jej śmiech był tak głośny i nietypowy, trochę skrzeczący i niesamowity. Kiedy skończyłyśmy... otworzyła torebkę i dała mi obrazek ze świętym Spirydonem. Trochę wiedziałam już o tym świętym dzięki książkom Durrella  i zdawałam sobie sprawę jak cenny był to gest tej kobiety. Obrazek mam do tej pory i jest on dla mnie niesamowitą pamiątką z Korfu.
Święty Spirydon jest świętym kościoła prawosławnego oraz katolickiego. Jest też patronem garncarzy i żeglarzy. Żył na przełomie III i IV wieku n.e. Był pasterzem. Cieszył się sławą człowieka bardzo skromnego i dobrodusznego. Po śmierci żony został księdzem.
Kiedy Spirydon zmarł, przeniesiono
jego szczątki do zbudowanej przez Wenecjan w 1589 świątyni pod jego wezwaniem i umieszczone w srebrnym relikwiarzu. Legenda mówi, że kiedy po czasie otworzono trumnę, ciało nie uległo rozkładowi i... pachniało bazylią.
Co roku Świętemu Spirydonowi zmienia się czerwone, materiałowe buty, bo podobno podeszwy się zużywają (!). Mieszkańcy Korfu uważają, że ich patron przechadza się po mieście chroniąc mieszkańców. Stare buty są cięte na drobne kawałki, które mieszkańcy noszą na szczęście w portfelu.
Większość imion męskich na Korfu pochodzi od imienia Spirydona i w skróconej formie brzmi: Spiros.

Tawerna Ninos
Sevastianou 44, Kerkira, Grecja
czynna codziennie od 12.00 do 00.00

Mój święty Spirydon od staruszki z Korfu

Tawerna Ninos
1 wejście do tawerny // 2 część naszej pierwszej greckiej uczty // 3 tzatziki idealne // 4 pieczona feta z oliwą, czosnkiem, papryką i pomidorami - pyszna 

1 wschód słońca w porcie Korfu // 2 biuro dentysty? czyli chyba gabinet // 3 patrz do góry, widok może Cię zaskoczyć // 4 zachwycał mnie ten budynek

1 czyżby przylecieli tu za nami ze Szwajcarii? ;-) // 2 w porcie // 3 w oczekiwaniu na klientów - ten obrazek znowu przypomina mi Wenecję // 4 czas postawić żagle


Przez cały pobyt kolacje jadaliśmy w portowych restauracjach i tawernach, ale tak dobrze jak zjadłam pierwszego dnia na Korfu, nie zjadłam już do końca pobytu. Mam nadzieję wrócić na tę wyspę na dłużej.

Grecka kuchnia jest cudowna i prosta. Pełna pomidorów, papryki, cebuli, czosnku, ziół, serów i oliwy. Nasze życie kulinarne na jachcie rządziło się swoimi prawami. Ja zajmowałam się zakupami i robieniem śniadań (wiecie jaka to odpowiedzialna funkcja!) i byłam z tego powodu bardzo zadowolona, bo to lubię i sprawia mi przyjemność. A mogłam dostać obowiązki czyszczenia zęzy ;-)

 Męska część załogi odpowiedzialna była za zmywanie i przynoszenie ze sklepu wina i zgrzewek z wodą, więc sytuacja była dla mnie idealna.

Codzienne poszukiwanie piekarni i sklepów w nowych miejscach sprawiało mi dużo przyjemności.

Dzień rozpoczynałam kawą w miejscowej kawiarni, a potem w drogę ku poszukiwaniom najładniejszych bułek czy chleba. Pszennego, jasnego, bo żytniego czy razowego nie widziałam ani jednego przez cały pobyt. Kupowanie dojrzałych pomidorów, papryki czy ogórków, robienie zapasów fety i owczego sera, wybieranie słodkości (miałam załogę w garści, bo zaopatrywałam ich w ciasta i ciasteczka), kupowanie lokalnego miodu czy gęstego jogurtu, prażonych orzechów i migdałów z Krety, konfitur i oliwek z okolicznych wysp czy gęstej, pachnącej oliwy, wybieranie dojrzałych brzoskwiń i winogron… To były moje poranne zajęcia. A potem kąpiel i śniadanie. Jedliśmy prosto i pysznie. Sałatka grecka, owczy ser, jogurt z miodem i orzechami. Tak wyglądały codziennie nasze śniadania. Kiedy płynęliśmy, do jedzenia były tylko owoce i słodkości. Kolacje jadaliśmy portowych restauracjach i tawernach. Rozkochałam się w pieczonych fetach z różnorodnymi dodatkami i wyborem przystawek. W pieczonych bakłażanach i jeszcze wielu innych daniach. Szczególnie tych warzywno serowych. Po tej podróży wiele greckich inspiracji znajdzie się w mojej kuchni.

Nasze greckie jedzenie

1 piękne są te granaty // 2 w opuszczonym, starym ogrodzie // 3 będzie lemoniada - to nasze skarby zebrane w dzikim, opuszczonym ogrodzie // 4 PYSZNE są te winogrona

Nasze greckie jedzenie

1 do smaku tych owoców będę tęsknić // 2 Mafia hairdresser - chyba tylko taki fryzjer pomoże moim włosom po tej greckiej podróży :-) // 3 śliczna jest ta filiżanka // 4 to dzisiaj kupuję chleb tutaj

1, 2, 4 klimatyczne są te stoliki, krzesła i obrusy. I te kolory. Grecja w 100 % // 3 ta burza nas chyba ominie

Uciekliśmy przed tą burzą w ostatniej chwili


Doszły do nas te burze i ulewy, ale z jednodniowym opóźnieniem

Nasz kapitan bardzo odpowiedzialnie podchodził do zapewnienia nam bezpieczeństwa na jachcie. Na samym początku rejsu przeprowadził szkolenie całej załogi. Świadomość jak obsłużyć tratwę ratunkową, gdzie są gaśnice i jak i używać, jak i na którym kanale wzywać pomoc, gdzie jest nadajnik sygnału dla straży przybrzeżnej, jak ustalić współrzędne położenia...  dawały  mi duże poczucie bezpieczeństwa. Co z tego, że na jachcie było 8 osób. Każdy powinien znać te zasady.  
A kiedy płynęliśmy przez wzburzone morze z ponad 2 metrowymi falami, nikt nie oponował, kiedy kapitan zarządził założenie przez wszystkich kapoków :-)

Pogoda w czasie naszego pobytu była nietypowa i dynamiczna, więc sprawdzanie komunikatów meteorologicznych odbywało się kilka razy dziennie.  Któregoś dnia zapowiedziano burze, więc wypłynęliśmy wcześnie rano, żeby zdążyć dopłynąć do kolejnego portu przed nią. Jednak pioruny walące wokół jachtu, to nie jest nic fajnego ;-)
Kiedy zbliżaliśmy się do celu, niebo było czarne, ale zdążyliśmy.
Tylko rzuciliśmy kotwicę, lunął deszcz. Po godzinie wyszło słońce i wyruszyliśmy na ribie (RIB -rigid inflatable boat - łódź pontonowa ze sztywnym dnem i silnikiem) do brzegu. To był taki port, że trzeba było stać na kotwicy na wodzie w pewnej odległości od brzegu. W trzech turach dopłynęliśmy do wybrzeża i ruszyliśmy, żeby coś zjeść.
Jedzenie było pyszne. To miejsce cieszyło się zasłużoną renomą i restauracja była pełna.
W pewnym momencie zaczęło padać. Deszcz szybko przerodził się w ulewę, woda płynęła potokami po chodnikach i schodach, a pioruny uderzały naokoło. Kiedy ulewa zamieniła się w deszcz wszyscy wybiegli z restauracji, żeby jak najszybciej dotrzeć do portu i na jachty. Riby były pozalewane, w niektórych nie chciały odpalić silniki, a burza rozszalała się ponownie.
Kiedy czekałam na swoją kolej (pływaliśmy po trzy osoby naraz), zauważyłam dwie osoby w wodzie koło wywróconego riba, które miały problem, żeby wydostać się na brzeg. Podbiegłam, żeby pomóc i wtedy zobaczyłam zakrwawionego starszego mężczyznę siedzącego obok. Podbiegł do nas mój syn i pomogliśmy mężczyźnie skryć się pod parasolem w pobliskiej kawiarni. Ciągle lał deszcz i waliły pioruny.  I zabraliśmy się za to co umiemy oboje - udzielanie pierwszej pomocy. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale obydwoje stwierdziliśmy, że konieczna jest wizyta u chirurga i transport do szpitala. I zaczęły się schody. Normalnie bierzesz telefon, dzwonisz na 112 i wzywasz karetkę. Tutaj było tak samo, ale tylko w dwóch pierwszych punktach. Byliśmy na małej wyspie. Karetka tu nie przyjedzie, bo ich po prostu nie ma, tak jak i szpitala. Straż przybrzeżna nie przypłynie, bo ma akcję na morzu. Helikopter nie przyleci, bo jest noc i burza. Lekarz jest w miasteczku po drugiej stronie wyspy, ale nie przyjedzie, bo jest po zakrapianej kolacji. Trzeba do niego dowieść pacjenta. Ale jak? Jedyny sposób, to wyślą do nas... straż pożarną. Po godzinie przyjechali w pełnym rynsztunku i... powiedzieli, że nie wezmą mężczyzny, bo mówią tylko po grecku, a mężczyzna po angielsku i niemiecku. I co dalej?
Wezwą głównego szefa straży pożarnej, bo on mówi po angielsku i on zawiezie pacjenta do lekarza. I znowu kolejna godzina. Czekamy i dalej udzielamy pierwszej pomocy przy użyciu tego co dostaliśmy z kawiarni. Wody w butelkach, ręczników papierowych i... jednorazowych rękawiczek. Pełna partyzantka, ale dajemy radę. Kiedy już przekazaliśmy pacjenta, przypłynął po nas nasz rib, żeby nas zabrać na jacht. Płynęliśmy przez noc tą drobiną, ledwo było widać jachty, a odróżnić nasz było prawie niemożliwe. Wtedy w pewnej odległości pojawiło się migające światło. To nasz kapitan stał na dziobie z latarniąi wyznaczał nam kierunek, a kiedy zbliżyliśmy się włączył też reflektor. I wiecie co, wtedy zrozumiałam, czym kiedyś były latarnie morskie dla żeglarzy. Nadzieją, wskazówką, przewodnikiem. Nie zapomnę tej chwili, kiedy w tę ciemną noc nagle rozbłysło światło, które było naszym przewodnikiem.
Zmarznięci, ale szczęśliwi dostaliśmy na jachcie po kieliszku nalewki z kumkwatów :-)
Wtedy zdałam sobie sprawę, że to była nasza pierwsza wspólna "akcja" z synem i współdziałaliśmy jak zgrany zespół. 

1 pływanie o wschodzie słońca // 2 latają nad nami samoloty startujące z Korfu // 3 woda płynęła jak rwący potok po chodnikach // 4 o zachodzie słońca

1 jak zaczęło padać na początku było wesoło. Kelnerzy z parasolami roznosili dania // 2 fajnie jest // 3 ten stary dom w tle wygląda pięknie // 4 kotów na greckich wyspach jest bardzo dużo

Raz słońce, raz deszcz, raz burza, raz fale jak olbrzymy

1 kapitan zarządził kapoki // 2 taniec weselników // 3 jak Wenecja // 4 w tajemnym korytarzu

1 polska medyczna grupa ratunkowa :-) // 2 nasz przyjaciel rib // 3 ta woda jest tak niesamowicie przejrzysta // 4 czy masz koszulkę w kolorze wód Morza Jońskiego?

1, 2 leje deszcz // 3 ulubiona zatoczka kąpielowa // 4 te kolory, odcienie...

Jedną z atrakcji żeglowania po Morzu Jońskim jest częsta możliwość pływania wpław. Na otwartym morzu, w zatoczkach dostępnych tylko od wody, wpływania w jaskinie...
Na pewno na jachcie bezpieczniej czują się osoby, które mają umiejętność pływania. Ja pływam i bardzo to lubię. Szczególnie w morzu. Mimo tych umiejętności czasami jak trzeba daleko płynąć, to nie czuję pełnego komfortu.
Rozwiązaniem na to była zakupiona przed wyjazdem mała dmuchana bojka, którą można sobie przypiąć w pasie, do ręki czy nogi. Nie przeszkadza w pływaniu, a daje poczucie bezpieczeństwa. Nie zajmuje też dużo miejsca w bagażu, bo jest dmuchana. W czasie wyjazdu raz mi się przydała, kiedy zachłysnęłam się wodą morską daleko od jachtu i brzegu. Przyciągnęłam sobie wtedy tę bojkę, oparłam się na niej i kasłałam jak gruźlik przez 10 minut. Bez bojki nie byłoby wesoło.

Wśród innych towarzyszy podróży bojka też miała wzięcie :-

Pływanie w morzu, które jest idealnie krystalicznie, ma cudowną temperaturę i bogactwo fauny i flory do oglądania jest samą przyjemnością, chociaż jak widzisz na głębokościomierzu 160 metrów to czujesz respekt. W sumie czy 3 metry czy 133 już nie robi większej różnicy. Morze Jońskie należy do jednych z najgłębszych mórz.

Pływanie na otwartym morzu wokół jachtu robi wrażenie. Nie można wyrzucić kotwicy, bo do dna jest na przykład 100 metrów. W takiej sytuacji wyrzucaliśmy pływającą linę z doczepioną na końcu bojką, obijaczem lub kapokiem i ona była asekuracją dla osób w wodzie. I oczywiście podczas takiego pływania zawsze jedna osoba musi zostać na pokładzie :-)

Czasami musieliśmy zrezygnować z wcześniejszych planów pływania w jakiejś zatoce, bo fale były tak duże, że rzuciłyby pływaków na skały.
W takich sytuacjach po zacumowaniu w porcie szukaliśmy jakiejś spokojnej, osłoniętej zatoczki. 
Możliwość częstego pływania w słonej wodzie daje mi wielkie poczucie szczęścia. Chciałabym kiedyś mieszkać przez większość roku nad morzem...

1 zaraz zanurzę się w głębię Morza Jońskiego // 2 nasz mały pomocnik - rib // 3 płyniemy ku słońcu // 4 greckie wino omikron - może zabezpiecza przed wirusem ;-)

1. zgubiliśmy obijacz - zawracamy po zgubę i trenujemy manewr: podjęcie z wody // 2 150 metrów wody pod nami // 3 czas na nurkowanie // 4 kocham mapy papierowe

1 najlepsza miejscówka na łodzi to ta na dziobie // 2 dokąd nas prowadzisz? // 3 pływanie na pełnym morzu w asekuracji liny // 4 śniadanie, które nie było w stanie nam się znudzić 

Fuksja to nietypowy dla mnie kolor, ale w tym otoczeniu mi pasuje

1 tylko po drzewach widać, że nadciąga jesień // 2 teraz uśpiona, a wieczorem będzie tętnić życiem // 3 zachwyca mnie ten stary dom - jego architektura, barwa, położenie... // 4 piękne, chociaż moje stopy ich nie lubiły

1, 3, 4 w oczekiwaniu na porę kolacji i klientów // 2 stary Siemens, który dostał drugie życie

Faktury, struktury, kolory...

1 zaraz tam siądę // 2 będzie z nich płynne złoto // 3ulubiona zatoczka do pływania - na pełnym morzu wielkie fale, a tu panuje spokój // 4 po porannym deszczu

U schyłku dnia


U schyłku dnia

1 zawsze jak patrzę na takie domy, to zastanawiam się jak wyglądają w środku // 2 kto zamawiał musakę // 3 wpadające światło słoneczne oświetliło taką piękną posadzkę // 3 greckie sandały hand made

1 do tawerny // 2 piękne są te krzesła // 3 ale te łapki do sałaty podobają mi się // 4 dobrze, że w domu mam dużo takich koszy :-)

Nadciąga burza. Gigantyczna burza.

Piękne. W formie i kolorze.

Intensywny był ten nasz miesiąc. Obfitował w cudowne przeżycia, doznania i wrażenia. Świętowaliśmy, celebrowaliśmy i cieszyliśmy się życiem i sobą.


A co przyniesie nam październik?

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails