czwartek, 14 lutego 2019

Sernik czekoladowy ze śliwkami z karmelowym wierzchem


Lubię serniki. Dzisiaj mam dla Was kolejny przepis. Na blogu znajdziecie jeszcze dwadzieścia trzy inne sernikowe receptury. Z wszystkich jestem bardzo zadowolona, więc przepisów macie już trochę do wyboru. Wystarczy po prawej stronie bloga wjechać na etykietę" serniki" i wtedy znajdziecie pozostałe.

Dzisiejszy przepis łączy w sobie suszone śliwki, czekoladę i kajmak i tworzy naprawdę zgraną kompozycję. Aksamitna masa czekoladowo serowa otula namoczone w alkoholu śliwki i wspaniale dopełnia się z lekko słonym karmelem. 

Sernik jest bardzo intensywny i bogaty w smaku, więc mały kawałek potrafi zapewnić dużo przyjemności.

Sernik bardzo dobrze przechowuje się przez kilka dni w lodówce.



Sernik czekoladowy ze śliwkami

spód 
150 g ciasteczek (typu petit beurre)
70 g masła (rozpuszczonego)

masa serowa
200 g śliwek suszonych bez pestek
100 ml alkoholu (użyłam armagnacu, może być też rum, whisky...)
200 g gorzkiej czekolady lub deserowej
500 g serka typu philadelphia
250 g serka mascarpone
100 ml śmietanki kremówki
4 jajka
200 g drobnego cukru
20 g mąki pszennej lub skrobi kukurydzianej

wierzch
wystudzony sos karmelowy z TEGO przepisu lub puszka kajmaku (opcjonalnie)

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. 
Śliwki pokroić na 2 cm kawałki, zalać alkoholem i odstawić na noc.
Tortownicę o średnicy 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia, a z zewnątrz owinąć folią aluminiową (sernik będzie pieczony w kąpieli wodnej).

W malakserze zmiksować połamane na kawałki ciasteczka. Z ciastek powinny powstać okruszki.
Dodać rozpuszczone masło i ponownie zmiksować do połączenia.

Okruszki wysypać do tortownicy.
Docisnąć okruszki do dna, żeby utworzyły zwarty spód.
Wstawić tortownicę do lodówki na czas przygotowywania masy serowej.
Na wolnych obrotach miksera (żeby nie napowietrzyć masy) zmiksować obydwa rodzaje serów, lekko roztrzepane jajka, cukier i mąkę/skrobię kukurydzianą.
W rondelku zagotować śmietankę. Zdjąć z ognia i wsypać do niej połamaną na kawałki czekoladę. Mieszać do jej rozpuszczenia i uzyskania gęstej, aksamitnej masy. Pozostawić do lekkiego przestudzenia, a następnie cały czas miksując masę serową dodawać czekoladę.
Dodać śliwki (razem z alkoholem, w którym moczyły się śliwki) i delikatnie wymieszać szpatułką. 
Masę serową wylać na spód ciasteczkowy. Tortownicę wstawić do innej większej formy, do której będzie można nalać wody, żeby sięgała do połowy wysokości tortownicy.

Zagotować wodę w czajniku.
Tortownicę ustawioną w większej formie wstawić do piekarnika i nalać do formy wrzątek do połowy wysokości tortownicy. 
Masę serową przełożyć na ciasteczkowy spód i piec w kąpieli wodnej w temperaturze 150 C przez około 60 - 75 minut . 
Powierzchnia sernika powinna być gładka i ścięta. W razie konieczności lekko wydłużyć czas pieczenia. Upieczony sernik wyjąć na blat i zostawić do wystudzenia. Schłodzić go przez noc w lodówce – dopiero po tym czasie sernik nabiera odpowiedniej konsystencji i smaku. 
Schłodzony sernik pokryć sosem karmelowym lub lekko podgrzanym kajmakiem. 

wtorek, 12 lutego 2019

Normandzka wieprzowina duszona z cydrem i szalotkami


Dzisiaj mam dla Was danie z cyklu pyszne-niefotogeniczne. To normandzkie danie z duszonej w cydrze łopatki wieprzowej. Proste do zrobienia, idealne na chłodne, zimowe dni i zyskujące na smaku przy podgrzewaniu czyli można zrobić je wcześniej i podawać przez 2-3 dni. Można też zamrozić niezjedzone porcje, bo mrożenie nie wpływa negatywnie na wyborny smak tej potrawy.

Jako akompaniament idealnie pasuje miska sałaty z sosem vinaigrette,  ziemniaki purée lub bagietka.


Normandzka wieprzowina duszona z cydrem i szalotkami

1 kg łopatki wieprzowej pokrojonej w 3 cm kostkę
oliwa z oliwek do smażenia
400 g małych, obranych szalotek
200 g wędzonego boczku (pokrojonego w 0,5 cm kostkę)
1 duża cebula (posiekana)
1 łyżka masła
700 ml cydru
2 liście laurowe
100 ml crème fraîche lub kwaśnej, gęstej śmietany
2 łyżki musztardy z Dijon
1 łyżeczka listków świeżego estragonu lub tymianku (zioła mogą być suszone)
świeżo zmielony pieprz

Mięso wyjąć z lodówki i ogrzać do temperatury pokojowej.

Do żeliwnego garnka lub na patelnię wlać oliwę i smażyć do zrumienienia mięso (w trzech partiach). Mięso po usmażeniu wykładać na talerz łyżką cedzakową i smażyć kolejną partię mięsa. 
Na pozostały tłuszcz (w razie czego dolać więcej oliwy) wsypać szalotki i smażyć je mieszając do zrumienienia ich wierzchu. 
Wyłożyć je na talerz łyżką cedzakową. 

Do garnka włożyć boczek i smażyć mieszając do zrumienienia. Wyłożyć je na talerz z mięsem łyżką cedzakową.

Do garnka dołożyć masło i cebulę i smażyć na małym ogniu do zeszklenia. 
Dodać mięso i boczek. Dosypać zioła, liście laurowe, posolić i zalać całość cydrem.
Doprowadzić do zagotowania, zmniejszyć ogień do minimum, przykryć pokrywką  i gotować przez 1 godzinę. 
Dołożyć szalotki i gotować jeszcze około 1 godziny lub do miękkości mięsa. 

Jeżeli w czasie gotowania większość sosu wyparuje, to dolać jeszcze trochę cydru lub ewentualnie wody.

Dodać śmietanę i musztardę i wymieszać. Doprawić do smaku solą i świeżo zmielonym pieprzem.

Podawać z ziemniakami purée lub bagietką.




niedziela, 10 lutego 2019

Panna cotta pistacjowa


Kiedy pogoda jest taka jak dzisiaj (czyli słonecznie i ciepło jak na luty), czuję, że zaczyna odpuszczać mój zimowy sen. Gdyby nasza zima była w większym stopniu słoneczna, każdemu łatwiej byłoby przetwać te miesiące.

Od paru dni słyszę za oknem głośniejsze ćwierkanie ptaków i czuję, że już bliżej niż dalej do pierwszej burzy.

Jeszcze trochę i znowu na ścieżkach rowerowych będą tłumy, a wełniane czapki schowamy głęboko do szaf.

Kiedy pogoda tak się zmienia, to zaczynam znowu myśleć o podróżach. Jeszcze nie wiem dokąd, kiedy i na jak długo, ale czuję, że znowu zaczyna mnie gnać.

Lubię ten mój powrót energii i do bardziej aktywnego życia.

A na razie dzielę się z Wami przepisem na pyszny i prosty deser w kolorach wiosny - na panna cottę pistacjową. Jej atrakcyjność polega na połączeniu delikatnej, aksamitnej, zimnej panna cotty z ciepłą, karmelowo, chrupiącą śmietanką.

Karmelizowane orzechy, które bardzo łatwo można zrobić, są również wspaniałym dodatkiem do lodów, bitej śmietany i pavlovej. Można je przyrządzić wcześniej i przechowywać w szczelnym pojemniku przez wiele dni.
Zresztą poniższy przepis ma proporcję na większą ilość karmelizowanych orzechów niż potrzebna jest do deseru. 

Jeżeli nie macie pasty pistacjowej ani masła pistacjowego, zróbcie panna cottę w wersji tylko waniliowej i podajcie z ciepłą śmietanką z karmelizowanymi pistacjami. Będzie równie pysznie.




Panna cotta pistacjowa

4 płatki żelatyny (po 2 g)
700 ml śmietanki kremówki (30%)
200 ml mleka pełnotłustego
1 laska wanilii
225 g drobnego cukru
2 łyżki pasty pistacjowej lub 100% masła pistacjowego lub zmiksowanych na pastę obranych pistacji

śmietanka piastacjowo karmelowa
130 g obranych pistacji
30 g masła
1/4 łyżeczki soli morskiej w płatkach
80 g drobnego cukru
3 łyżki (45 ml) wody
300 ml śmietanki kremówki (30%)

Żelatynę namoczyć w miseczce w zimnej wodzie.

Laskę wanillii przekroić na pół i wydobyć jej rdzeń przy pomocy łyżeczki lub zaokrąglonej końcówki noża. Włożyć do rondelka, dolać śmietankę i mleko i wsypać cukier. Podgrzewać (mieszając od czasu do czasu) i doprowadzić prawie do zagotowania.  Dodać odciśnięte w dłoni płatki żelatyny i wymieszać, aż do ich rozpuszczenia. Dodać pastę pistacjową i wymieszać ponownie. Wyjąć przepołowionę laskę wanilii.

Foremki do panna cotty cienko posmarować olejem o neutralnym smaku i wlać do nich masę śmietankowo pistacjową. Można również zrobić panna cottę w szklankach.

Wstawić foremki do lodówki na całą noc.

Przygotować karmelizowane pistacje.

130 g pistacji delikatnie podprażyć na suchej patelni. W czasie

 prażenia poruszać patelnią, żeby orzechy nie przypaliły się. Przesypać pistacje na arkusz papieru do pieczenia lekko posmarowany olejem. Posypać je płatkami soli.

Do rondelka wlać wodę, wsypać cukier i dodać 30 g masła. Podgrzewać na średnim ogniu, aż cukier rozpuści się, a następnie zwiększyć moc palnika i podgrzewać, aż masa nabierze karmelowego koloru. Przelać karmel na orzechy i pozostawić do wystudzenia i całkowitego stwardnienia.

Połamać karmel z orzechami na kawałki (można to również zrobić wałkiem) i włożyć do malaksera. Zmiksować na drobny proszek, ale zachowując drobne kawałeczki orzechów.
Przesypać karmelizowane pistacje do szczelnie zamykanego pojemnika lub słoika (żeby nie złapały wilgoci). 
Pistacje można przygotować kilka dni wcześniej.

Panna cotty wyłożyć na talerzyki, na których będą podawane. Jeżeli ciężko wychodzą, podważyć je lekko nożem lub na chwilkę zanurzyć pojemniczki we wrzątku.

W rondelku podgrzać mocno śmietankę (nie doprowadzając do zagotowania). Dodać połowę ilości karmelizowanych pistacji i wymieszać. 

Każdą panna cottę polać gorącą śmietanką z orzechami i posypać karmelizowanymi pistacjami.

Podawać od razu.



czwartek, 7 lutego 2019

Soutzoukakia - greckie klopsiki na zimne dni


Luty to taki miesiąc, kiedy zaczynam mieć dość zimy. Krótkich dni, zimna, ogarniającej wszystko szarości, zachmurzonego nieba, braku słońca i zieleni. 

Wiem, że jeszcze trochę trzeba wytrzymać, żeby później cieszyć się wiosną, pierwszymi liśćmi, świergotem ptaków i zapachem odmarzającej ziemi. 

O tej porze roku nasza domowa kuchnia też jest inna. Zanim zrobi się lżejsza, tak jak ubrania w szafie, jeszcze przez chwilę będziemy jeść rozgrzewające i bardziej treściwe dania. 

Takie jak te klopsiki. To taki comfort food, który daje ukojenie i przyjemność w te zimowe dni.

Te greckie klopsiki dzięki dodatkowi cynamonu i oregano zyskują nowy, intrygujący smak. Do tego są proste i szybkie do zrobienia, co zawsze jest atutem ;-)

Pasują idealnie jako posiłek na chłodne dni i przypominają wakacyjne słońce.

U nas bardzo szybko pokazało dno w garnku, kiedy podałam je na obiad ;-)


Greckie klopsiki w sosie pomidorowym
Soutzoukakia

klopsiki
500 g mielonej wołowiny
2 duże ząbki czosnku (drobno posiekane)
1 jajko
1/2 łyżeczki mielonego kuminu
1/2 łyżeczki oregano
2 kromki (100 g) czerstwego chleba/bułki namoczonego w czerwonym winie i odciśniętego
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki mielonego pieprzu
oliwa z oliwek

sos pomidorowy
1 cebula (drobno posiekana)
2 duże ząbki czosnku (drobno posiekane)
oliwa z oliwek
5 cm kawałek cynamonu 
1 łyżeczka mielonego kuminu
1 łyżeczka cukru
150 ml czerwonego wina
1 łyżka koncentratu pomidorowego
500 ml passaty
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki mielonego pieprzu

posiekana natka

Wymieszać wszystkie składniki klopsików oprócz oliwy. Zwilżonymi wodą dłońmi formować klopsiki wielkości piłeczki do ping ponga (około 20-24 klopsiki). Ułozyć je na tacy, a następnie obsmażyć na oliwie partiami z każdej strony na rumiano.

Przygotować sos pomidorowy.
Podsmażyć na oliwie na szklisto cebulę z dodatkiem czosnku i laski cynamonu. Dodać kumin i cukier i podsmażać jeszcze 5 minut (na małym ogniu).
Dolać wino, zwiększyć ogień i odparować połowę. Dodać koncentrat, passatę, sól i pieprz, wymieszać i dusić całość 20 minut. Dodać obsmażone klopsiki i dusić jeszcze 20 minut. Jeżeli sos zbytnio zgęstnieje, dodać trochę wody.

Posypać posiekaną natką i podawać z ryżem i oliwkami.

Do przechowywania klopsików wyjąć laskę cynamonu.



Przepis Rick Stein z książki "Rick Stein's long weekends"

wtorek, 5 lutego 2019

Ciastka Runeberga i parę słów o tym za co kocham Finlandię


Wiele osób pyta się mnie, co najbardziej podobało mi się w Finlandii, co zrobiło na mnie największe wrażenie i czy warto tam pojechać. 

Po miesiącu pobytu w tym kraju, wróciłam w nim zakochana i z planami na następne wyjazdy, więc moja odpowiedź zawsze brzmi, że warto tam jechać.

A co najbardziej mi się podobało? To już dłuższa historia. Fińskie miasta są ładne, czyste, z dobrze zaplanowaną architekturą, która łączy stare, nowe i elementy natury, ale... widziałam w swoim zyciu ładniejsze miasta i to nie dla nich warto tam jechać.

Warto dla przyrody i atmosfery tego kraju. 
Lasów i jezior, dzikiej przyrody "nietkniętej" ludzką ingerencją jest tak dużo, że ma się wrażenie, że miast w tym kraju nie ma. Jeżeli lubicie naturę, przyrodę, spokój i piękne widoki, to w Finlandii będzie się Wam bardzo podobało.

Ale to czym Finlandia mnie zachwyciła, to niesamowite poczucie bezpieczeństwa. Takie namacalne. Bezpieczeństwo i zaufanie to dwa uczucia, które mi towarzyszyły każdego dnia. Po Finlandii jeździłam na co dzień na rowerze. Po ścieżkach rowerowych, ale przede wszystkim po ulicach i drogach. 

Po Warszawie i innych miastach europejskich również jeżdżę na rowerze, ale nigdzie nie czułam się tak bezpiecznie jak tam (no może jeszcze w Szwajcarii). 

Kiedy samochody mnie wyprzedzały, to zachowując takie odległości, że szybciej wjechałyby do przeciwległego rowu lub lasu, niż minęłyby mnie w małej odległości. Kiedy tylko zbliżałam się do przejścia dla pieszych to samochody zatrzymywały się. To naprawdę jest kraj stworzony do jeżdżenia po nim rowerem.

W Finlandii dużo chodziłam sama po lasach. Chodziłam też nocami, bo nie mogłam spać. Białe noce były tak jasne, że czasami szłam do lasu w środku nocy, żeby poczytać książkę. Czasami kogoś spotykałam i wtedy słyszałam dzień dobry i zamienialiśmy kilka słów o tym, że... ciężko spać w taką noc. Czasami spotykałam ludzi w lesie daleko od miasta, ale zawsze czułam się bardzo bezpiecznie.

Kiedy opowiedziałam Finom o moich nocnych wędrówkach, to ostrzegli mnie nie przed ludźmi, ale przed... żmijami. Na drugi dzień kupiłam sobie kalosze ;-)

Największe jednak wrażenie zrobiło na mnie słowo luottamus - zaufanie. Coś co towarzyszy Finom na co dzień i na czym opiera się fiński styl życia. Aby to Wam bardziej przybliżyć, muszę przytoczyć pewną historię, która mi się przytrafiła.

Pewnego wieczoru robiłam zakupy w supermarkecie. Tuż przed zamknięciem, w pędzie i to czego wtedy nie wiedziałam, zostawiłam tam portfel. Z dużą sumą pieniedzy, dowodem, kartami...
Zorientowałam się, że go nie mam na drugi dzień, wiele, wiele godzin póżniej.
Wsiadłam na rower, zjechałam te swoje trzy kilometry w dół, jakie miałam do sklepu i bez żadnej nadziei poszłam się spytać czy może ktoś go nie znalazł.  A tam przemiła pani, spytała się o jego wygląd, otworzyła szufladę, w której była masa innych portfeli, telefonów i biżuterii i podała mój. Z wszystkimi pieniędzmi w środku!!!

Kiedy zobaczyła moje zaskoczenie, roześmiała się i powiedziała mi: luottamus. You are in Finland. 

Wtedy z radości, wracając na rowerze trzy kilometry pod górę  nawet nie odczuwałam zmęczenia;-) 

Nie ukrywam, że nie wierzyłam, że odzyskam pieniądze. Wtedy najbardziej zależało mi na dokumentach. Kiedy opowiadałam o tej sytuacji Finom, to nikt nie był zaskoczony. Wszyscy powtarzali słowo "luottamus" jako wyjaśnienie tej sytuacji. Zaufanie - na tym opierają się wzajemne relacje między ludźmi. Można zostawić nieprzypięty rower, można coś zostawić w sklepie, pod domem. Nie ważne co. Jak tam wrócisz, to to będzie tam nadal. I powiem Wam, że jest to niesamowite uczucie, zaznać tego bezpieczeństwa i zaufania. 

Kiedy pod koniec pobytu, my uczestnicy programu, przygotowywaliśmy wspólnie prezentację o fińskiej służbie zdrowia, to okazało sie, że wszyscy (dwadzieścia osób z szesnastu krajów, rozmieszczonych w dziesięciu fińskich szpitalach) zgadzamy się, że zaufanie to element fińskiego życia codziennego, który również ma wielkie znaczenie dla jakości fińskiej opieki zdrowotnej. Bo zaufanie jest obecne na co dzień. To zaufanie do drugiego człowieka. I to jest piękne i tego Finom bardzo zazdroszczę.

Moja fińska przygoda z zagubionym portfelem miała ciąg dalszy, bo okazało się, że w środku nie ma jednak dowodu. Wróciłam na drugi dzień do sklepu (te trzy kilometry z góry) i dowiedziałam się, że niestety dowodu nie ma. Portfel, który znaleziono na podłodze przy kasie był otwarty i jego zawartość była rozsypana,  ale wszystko co znaleziono, zostało zebrane.

Po pobycie w Finlandii, miałam jechać na tydzień do Szwecji i dopiero później miałam wracać do Polski przez Danię, więc przede mną było do przekroczenia kilka granic. Miałam ze sobą co prawda paszport, ale brak świadomości, gdzie jest mój dowód, trochę mnie niepokoił. I konieczność wyrobienia nowego dowodu. I tak kolejnego dnia znowu wsiadłam na rower, pojechałam znowu trzy kilometry w dół, tym razem na posterunek policji. 
To było kolejne ciekawe, fińskie doświadczenie.

Przemiły policjant, jedna kawa, drugi policjant, druga kawa i tak rozmawiamy po angielsku, a oni zapisują wszystko po fińsku. Kiedy skończyliśmy, to zaczęło się tłumaczenie z fińskiego na angielski tego co zapisali, trzecia kawa, podpisy i trzy kilometry na rowerze w górę z powrotem. Szczerze mówiąc, policjanci nie byli zaskoczeni, że odzyskałam pieniądze i karty, ale że nie było tam wszystkiego.

Na drugi dzień, telefon, żebym przyjechała, bo po rozmowie z trzecim policjantem, stwierdzili, że w sytuacji zagubienia dokumentu UE i przy przekraczaniu granic UE, lepiej, żebym miała zaświadczenie o zgłoszeniu utraty dokumentu. Rower, trzy kilometry w dół, jedna kawa, druga kawa, trzy kilometry w górę.

Kolejny dzień, kolejny telefon. Trzy kilometry w dół na rowerze, kawa i wiadomość, że dzwoniono ze sklepu, że dowód się znalazł. Wleciał pod stanowisko kasy i znaleziono go przy szukaniu. I znowu kawa, kolejne spisywanie informacji, tłumaczenie z fińskiego na angielski, kawa, podpisy i z powrotem trzy kilometry w górę. 

W czasie tych trzech dni wizyt na policji słowo "luottamus" słyszałam wielokrotnie. Nikt nie chciał myśleć, że mój dowód ktoś zabrał, tylko że trzeba go znaleźć. Dlatego w sklepie zarządzono poszukiwania dowodu. 

Zgubiony dowód kosztował mnie blisko dwadzieścia kilometrów w górę i w dół, naście wypitych kaw i niesamowite uczucie, że zaufanie do ludzi to jedno z najpiękniejszych uczuć jakich można doświadczyć.

O wodzie, kawie, śniegu, saunie, fińskim chlebie i bibliotekach opowiem Wam innym razem, bo nie chcę Was zanudzić moją miłością do Finlandii.

Dlaczego naszło mnie dzisiaj na fińskie wynurzenia?

Piąty lutego to w Finlandii dzień urodzin Johana Ludviga Runeberga, w którym jada się migdałowe ciastka jego imienia (Runebergintorttu).

Johan Ludvig Runeberg (1804-1877) był poetą piszącym w języku szwedzkim. Jego opowieści chorążego Stoola (fin. Vänrikki Stoolin tarinat), to najważniejszy (zaraz po Kalevali) fiński poemat epicki. Wiersz rozpoczynający ten poemat Maamme stał się, po przetłumaczeniu na język fiński, hymnem Finlandii.

 Runeberg w swoich dziełach opisywał życie zwykłych ludzi, fińską wieś i krajobrazy. Sławę i uznanie zyskał już za życia. Dzień Runeberga zaczęto obchodzić od dnia jego 50 urodzin.

Jest wiele historii  związanych z powstaniem tych ciastek. Według jednej były one dziełem żony poety - Fredriki Runeberg (autorki książki kucharskiej i matki siedmiorga dzieci).  Według innej twórcą był Lars Astenius - cukiernika z Porvoo, gdzie mieszkał poeta.

Ciastka robione są z migdałów i okruchów (piernika, chleba chrupkiego lub ciastek), dżemu malinowego i lukru. Aromatu ciasteczkom dodaje lekkie nasączenie ponczem.

Ja użyłam oprócz migdałów zgniecionego, finskiego chrupkiego chleba żytniego (TAKIEGO), który bez problemu można kupić w wielu sklepach. 

Ciastka piecze się w cylindrycznych, wysokich foremkach. Można również użyć formy do muffinów. 





Ciastka Runeberga


Runebergin torttu

125 g miękkiego masła
80 g drobnego cukru
1 jajko + 1 żółtko
50 g mielonych migdałów
100 g mąki pszennej tortowej
50 g drobno pokruszonego i zmielonego żytniego chleba chrupkiego (lub piernika lub herbatników)
1 łyżeczka mielonego kardamonu
1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
100 ml słodkiej śmietanki
50 ml soku wyciśniętego z pomarańczy

do nasączenia

1/2 szklanki (115 g) cukru
60 ml wody
1 - 11/2 łyżki (15-20 ml) likieru Amaretto lub rumu

wierzch

dżem malinowy (po 1 łyżeczce na ciastko)
cukier puder
woda
1 łyżeczka (5 ml) likieru Amaretto lub rumu


Nagrzać piekarnik do 180 stopni C.
Wysmarować masłem formy o kształcie cylindrów lub formę do muffinek.

W misce zmiksować masło z cukrem na puszystą masę. Cały czas miksując dodać jajko, a kiedy połączy się z masą maślaną, dodać żółtko i znowu zmiksować do połączenia.

Dodać mąkę, mielone migdały, kardamon, cukier waniliowy, sól i proszek do pieczenia. Zmiksować do połączenia. Dodać okruchy chleba (lub piernika lub herbatników) i śmietankę i ponownie zmiksować.

Dodać sok pomarańczowy i znowu zmiksować.

Masę przełożyć do foremek (do 3/4 wysokości). Wstawić do piekarnika i piec 12-15 minut.

Formę wyjąć z piekarnika i wystudzić ciasteczka całkowicie.

Zagotować wodę z cukrem na syrop. Gotować 2-3 minuty. Zdjąć z ognia i dolać rum. Wymieszać.

Ciasteczka wyjąć z formy i ewentualnie ściąć wierzchy, żeby były równe.
Ustawić ciasteczka (dnem do góry) i wyciąć ostrym nożem w ich wierzchach (wcześniejszych spodach) otwory na głębokość 1 cm.
Ciasteczka nasączyć syropem rumowym.
W dołki nałożyć po 1 łyżeczce dżemu.

Utrzeć gęsty lukier z wody, cukru pudru i rumu. Workiem cukierniczym lub torebką ze ściętą końcówką nałożyć z lukru wężyk wokół dżemu.




Przepis Brontë Aurell

niedziela, 3 lutego 2019

Babka pistacjowa


Pistacje to nasze ulubione orzechy. Najczęściej skubiemy takie prażone solone, ale też dodaję je do sałatek, koktajli, ciast i deserów. 
Lubię również pasty (masła) pistacjowe, ale tylko z takim krótkim składem. Najlepiej, kiedy jest tylko jeden składnik - pistacje. 

Do babki, na którą przepis znajdziecie poniżej, użyłam pasty pistacjowej, którą kupiłam w TYM sklepie, ale można oczywiście użyć  innej lub zrobić samemu miksując pistacje na pastę w malakserze o dużej mocy.

Pastę (masło) pistacjowe można kupić w wielu miejscach przez internet. Ja lubię masła wytwarzane na Podlasiu w firmie Maslove

Babka ma intensywny pistacjowy smak i kolor. Jest wilgotna i bardzo aromatyczna. 

Kusi mnie, żeby następnym razem dla odmiany użyć masła z prażonych orzechów laskowych lub migdałów. Modyfikować przepis na różne sposoby, bo sam przepis - baza jest bardzo dobry.

Babkę z masłem z orzechów laskowych oblałabym podgrzanym kremem typu gianduja lub Nutella, a migdałową polałabym białą czekoladą i obsypałabym liofilizowanymi malinami.

Będę wracać do tego przepisu.




Babka pistacjowa

150 g miękkiego masła
150 g pasty (masła) pistacjowego 100%
260 g drobnego cukru
280 g mąki pszennej tortowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
5 jajek
200 g kwaśnej śmietany lub jogurtu naturalnego
duża szczypta soli

wierzch
100 g białej czekolady
1 łyżka pasty (masła) pistacjowego 100%
garść posiekanych pistacji

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową.

Rozgrzać piekarnik do 170 stopni C.
Wysmarować masłem i obsypać mąką (wysypując jej nadmiar) formę do babki.

W misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą.
W drugiej misce zmiksować masło z cukrem na puszystą masę. Dodać pastę pistacjową i zmiksować do połączenia. Cały czas miksując, dodawać po jednym żółtku. A następnie miksując na wolnych obrotach dodawać na przemian śmietanę (jogurt) i mąkę wymieszaną z proszkiem i sodą.

Ubić białka na sztywną pianę. 
Połowę piany dodać do masy i delikatnie wymieszać szpatułką (nie miksować). Dodać resztę piany i ponownie  wymieszać szpatułką do uzyskania gładkiej, puszystej masy.

Ciasto przelać do formy i wstawić do piekarnika.
Piec babkę 55 minut lub do czasu, aż patyczek włożony do ciasta będzie suchy.
Wyłączyć i pozostawić babkę jeszcze na 5 minut w piekarniku. Po tym czasie uchylić drzwiczki i pozostawić babkę do całkowitego wystudzenia.

Wyjać ciasto z formy i postawić na kratce.
Na parze rozpuścić połamaną czekoladę z 1 łyżką pasty pistacjowej.
Płynną czekoladą oblać babkę i oprószyć posiekanymi pistacjami.


Przepis Monika Mądra - Pawlak i Jan Pawlak z książki "Lubię".

czwartek, 31 stycznia 2019

Faworki Ćwierczakiewiczowej



Jak nachodzi mnie ochota na faworki to wyciągam wałek i biorę się za ich robienie. W okresie karnawału można je niby kupić w każdej cukierni i sklepie, ale... No właśnie ale. Jak wiem jak potrafią smakować domowe zrobione z dobrego przepisu, to ciężko skusić się na te kupne.
Dla mnie idealny faworek powinien być niesamowicie cienki, kruchy i delikatny i powinien wręcz łamać się pod swoim ciężarem. Gruby i gumowaty faworek nie jest wart jedzenia.

Dzisiaj mam dla Was przepis dziewiętnastowiecznej słynnej autorki książek kucharskich Lucyny Ćwierczakiewiczowej. 
Jak biorę się za klasyczne przepisy, to najbardziej lubię opierać się na starych, sprawdzonym przepisach. Wtedy zaglądam do kulinarnych zapisków mojej mamy lub jej starych ksiażek kucharskich. Ten przepis znalazłam w książce Jana Czernikowskiego "Ciasta, ciastka. ciasteczka". Moja mama często z niej korzystała. Książka jest stara jak świat, poplamiona, a część kartek lata luzem, ale uwielbiam ją.

Jak macie ochotę na inny, rewelacyjny przepis faworkowy to polecam też autorstwa Neli Rubinstein. Znajdziecie go TUTAJ


Faworki Ćwierczakiewiczowej

400 g mąki pszennej tortowej + do podsypywania
4 łyżki drobnego cukru
2 łyżki (30 g) masła, w temperaturze pokojowej
8 żółtek
4 jajka (średnie)
1 łyżka mleka lub kwaśnej śmietany
pół łyżeczki aromatu arakowego
50 ml rumu (użyłam 80% rumu Stroh) lub spirytusu

 smalec lub olej lub ich mieszanka do smażenia
cukier puder z wanilią do posypania

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. 
W misce zmiksować wszystkie składniki ciasta do połączenia i uzyskania gładkiego i jednorodnego ciasta.
 Blat podsypać lekko mąką i wyłożyć na nią ciasto. Podsypując mąką tylko tyle, by ciasto się nie kleiło do blatu. Wyrabiać je dłońmi około 5 minut. Wyrabianie powinno polegać na składaniu i rozpłaszczaniu ciasta. W ten sposób wtłacza się w ciasto powietrze i w trakcie smażenia powstaną duże bąble. 

Ciasto zawinąć w folię spożywczą i odstawić na blacie (w temperaturze pokojowej) na 10 minut.

 Na małym gazie w dużym garnku lub w głębokiej patelni rozgrzać tłuszcz. Tłuszcz lepiej rozgrzewać długo niż szybko na dużej mocy. Powinien być bardzo gorący (smalec - 180 stopni C), ale nie może dymić. Przed smażeniem faworków trzeba sprawdzić temperaturę rozgrzania przez wrzucenie kawałka ciasta. W dobrze rozgrzanym tłuszczu faworki od razu wypływają na powierzchnię, a wokół smażącego się ciasta robi się bardzo dużo bąbelków powietrza.

Przygotować duży talerz wyłożony ręcznikami papierowymi. Ciasto podzielić na 5 części. 1 część wyłożyć na blat podsypany mąką. Resztę ciasta zawinąć ponownie w folię. 

Ciasto rozwałkować bardzo cienko. W razie potrzeby podsypać je jeszcze mąką. Ostrym nożem lub radełkiem (ja przeważnie używam noża do pizzy) podzielić je na paski ok 3 cm szerokie i 10 cm długie. Na każdym pasku zrobić wzdłuż na środku 3 cm nacięcie. Przez to nacięcie przeciągnąć jeden z końców paska. Smażyć porcjami po 3-4 faworki jednocześnie. Po około 20 sekundach kiedy od spodu zaczną się rumienić, przełożyć je widelcem lub drewnianym patyczkiem do szaszłyków na drugą stronę i smażyć jeszcze przez około 20 sekund do chwili, aż lekko zrumienią się z drugiej strony. Dobrze usmażone faworki  powinny  być lekko złote.

Faworki wyławiać łyżką cedzakową lub drewnianym patyczkiem i układać na  papierowych ręcznikach. Jeszcze gorące posypać cukrem pudrem. 

Tak samo postąpić z pozostałymi porcjami ciasta.



wtorek, 29 stycznia 2019

Pączki Iwaszkiewiczów.


Domowe pączki kojarzą mi się z moją mamą i babcią (mamą mamy). Babcia jak brała się za ich smażenie, to  robiła ich około setki i obdarowywała nimi całą rodzinę. Jedliśmy je przez 2-3 dni, a i tak zostawało ich trochę i mama je mroziła. Moja babcia najwięcej robiła pączków z wiśniami i pakowała je nam na drogę w papier pergaminowy. Paczuszki były starannie obwiązane sznurkiem i lubiliśmy nimi machać ku zgrozie dorosłych.

Moja mama według nas za to zawsze smażyła za mało pączków. Układała je na wielkiej kryształowej, secesyjnej paterze na wysokiej srebrnej, bogato zdobionej nodze. Patera pochodziła z jej rodzinnego domu i była bardzo cenną pamiątką, bo kiedyś należała do jej babci i przetrwała jako jedna z niewielu rzeczy czas wojny.

Mama układała górę pączków na paterze, a my zjadaliśmy po kilka sztuk w ciągu paru minut, bo najbardziej smakowały nam jeszcze ciepłe. I tak jest do tej pory. Ciepłe pączki znikają u nas błyskawicznie.

Mama tak jak babcia, najczęściej nadziewała pączki wisniami. Takimi domowymi, smażonymi w cukrze. Ja za to nadziewam je konfiturą z róży lub powidłami śliwkowymi wymieszanymi z rumem. I zawsze to robię po ich usmażeniu przy pomocy rękawa cukierniczego zakończonego tylką z końcówką do nadziewania. Dzięki temu nigdy nie mam problemu, że pączki się rozkleją w trakcie smażenia i nadzienie wypłynie i co najważniejsze mogę w pączka wcisnąć duuuużo nadzienia. 
W tym roku oprócz nadzienia z powideł i rumu, użyłam konfitury z owoców czarnego bzu z dodatkiem płatków róży i z owoców róży również z dodatkiem płatków.

Do tej pory co roku piekłam doskonałe staropolskie pączki z mojego ulubionego przepisu. Nie szukałam nowych przepisów, bo uważam, że są one idealne.

Pod koniec roku trafiła w moje ręce książka Marii Iwaszkiewicz "Kuchnia Iwaszkiewiczów. Przepisy i anegdoty" i zobaczyłam w niej przepis na pączki. Wiedziałam, że je wypróbuję, bo lubię takie stare, rodzinne przepisy na tradycyjne dania i wypieki z polskiej kuchni. 

Pączki mają bardzo delikatne ciasto, są wilgotne i aromatyczne i jak to pączki najlepiej smakują w dniu przyrządzenia, a jeszcze ciepłe znikają błyskawicznie.
To naprawdę świetne pączki z delikatnego ciasta. Z tego przepisu będę korzystała piekąc domowe pączki, ale z tego na staropolskie też, bo jest równie wspaniały.

Jeżeli macie ochotę na moją pierwszą, ulubioną pączkową recepturę to przepis znajdziecie TUTAJ.  W tamtym poście znajdziecie też trochę rad jak upiec idealne pączki i na co zwrócić uwagę przy ich przyrządzaniu. 


Pączki Iwaszkiewiczów

600 g mąki pszennej typu 550
1 szklanka (250 ml) mleka
30 g świeżych drożdży
130 g masła
70 g drobnego cukru
skórka starta z 1 cytryny
8 żółtek
2 jajka (średniej wielkości)
2 szczypty soli
50 ml rumu (użyłam rumu Stroh 80%)

cukier puder lub lukier utarty z sokiem z cytryny i rumem
konfitura różana lub inna
tłuszcz do smażenia (użyłam smalcu i oleju rzepakowego)


Mąkę przesiać do miski. 

W rondelku podgrzać mleko do letniej temperatury.

Wlać je do miseczki. Dodać drożdże i wymieszać do ich rozpuszczenia. Dodać 3-4 łyżki mąki i 2 łyżki cukru. Wymieszać i odstawić zaczyn na 15 - 20 minut. 

Rozpuścić masło i odstawić do przestudzenia do letniej temperatury.

Żółtka ubić z jajkami, solą i resztą cukru na jasną i puszystą masę. Dodać zaczyn, skórkę z cytryny i rum i wymieszać.

Dodać mąkę i zacząć miksować ciasto (końcówki haki). Najpierw na wolnych obrotach, żeby składniki połączyły się, a następnie na coraz szybszych. W sumie miksować około 10 minut.

Ciasto jest dość rzadkie, ale zacznie gęstnieć w trakcie miksowania. 

Ponownie zmniejszyć obroty i dodawać wąskim strumieniem masło. Kiedy połączy się z ciastem, zwiększyć obroty i miksować kolejne 5 - 7 minut.

Miskę z ciastem przykryć ściereczką i odstawić do wyrastania na 1 - 11/2 godziny. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.

Ciasto wyjąć na oprószony mąką blat i przez chwilę wyrabiać. 

Ciasto podzielić na równe kawałki (u mnie po 50 g) i uformować z nich kule. Można oczywiście nadziać je przed formowaniem, ale ja zawsze to robię po usmażeniu.
Do formowania pączków lekko natłuszczam dłonie olejem o neutralnym smaku.

Pączki ułozyć na lekko oprószonym blacie (tacy, desce...) i odstawić do ponownego wyrastania. Kiedy pączki rosną, rozgrzać w dużym garnku tłuszcz (u mnie mieszanka smalcu i oleju rzepakowego). Tłuszcz rozpuszczam  na bardzo małym o, ogniu, a dopiero później lekko zwiększam płomień. 
Pączki delikatnie włożyć do tłuszczu (ja smażę po 3-4 pączki) po kilka sztuk (powinny mieć luz w trakcie smażenia) i smażyć do zrumienienia, a wtedy, jeżeli same się nie obrucą, delikatnie obrócić je patyczkiem do szaszłyków lub czymś innym. Smażyć do zrumienienia drugiej strony.

Usmażone pączki wyjąć na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym i nadziać je konfiturą przy pomocy szprycy z długą końcówką.

Kiedy lekko przestygną polukrować je lub oprószyć cukrem pudrem.

Tak samo usmażyć pozostałe pączki.
Jeżeli tłuszcz rozgrzewa się zbyt mocno, włożyć do niego obrany i przepołowiony ziemniak.



Przepis Maria Iwaszkiewicz z książki "Kuchnia Iwaszkiewiczów. Przepisy i anegdoty"

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails