czwartek, 31 stycznia 2019

Faworki Ćwierczakiewiczowej



Jak nachodzi mnie ochota na faworki to wyciągam wałek i biorę się za ich robienie. W okresie karnawału można je niby kupić w każdej cukierni i sklepie, ale... No właśnie ale. Jak wiem jak potrafią smakować domowe zrobione z dobrego przepisu, to ciężko skusić się na te kupne.
Dla mnie idealny faworek powinien być niesamowicie cienki, kruchy i delikatny i powinien wręcz łamać się pod swoim ciężarem. Gruby i gumowaty faworek nie jest wart jedzenia.

Dzisiaj mam dla Was przepis dziewiętnastowiecznej słynnej autorki książek kucharskich Lucyny Ćwierczakiewiczowej. 
Jak biorę się za klasyczne przepisy, to najbardziej lubię opierać się na starych, sprawdzonym przepisach. Wtedy zaglądam do kulinarnych zapisków mojej mamy lub jej starych ksiażek kucharskich. Ten przepis znalazłam w książce Jana Czernikowskiego "Ciasta, ciastka. ciasteczka". Moja mama często z niej korzystała. Książka jest stara jak świat, poplamiona, a część kartek lata luzem, ale uwielbiam ją.

Jak macie ochotę na inny, rewelacyjny przepis faworkowy to polecam też autorstwa Neli Rubinstein. Znajdziecie go TUTAJ


Faworki Ćwierczakiewiczowej

400 g mąki pszennej tortowej + do podsypywania
4 łyżki drobnego cukru
2 łyżki (30 g) masła, w temperaturze pokojowej
8 żółtek
4 jajka (średnie)
1 łyżka mleka lub kwaśnej śmietany
pół łyżeczki aromatu arakowego
50 ml rumu (użyłam 80% rumu Stroh) lub spirytusu

 smalec lub olej lub ich mieszanka do smażenia
cukier puder z wanilią do posypania

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. 
W misce zmiksować wszystkie składniki ciasta do połączenia i uzyskania gładkiego i jednorodnego ciasta.
 Blat podsypać lekko mąką i wyłożyć na nią ciasto. Podsypując mąką tylko tyle, by ciasto się nie kleiło do blatu. Wyrabiać je dłońmi około 5 minut. Wyrabianie powinno polegać na składaniu i rozpłaszczaniu ciasta. W ten sposób wtłacza się w ciasto powietrze i w trakcie smażenia powstaną duże bąble. 

Ciasto zawinąć w folię spożywczą i odstawić na blacie (w temperaturze pokojowej) na 10 minut.

 Na małym gazie w dużym garnku lub w głębokiej patelni rozgrzać tłuszcz. Tłuszcz lepiej rozgrzewać długo niż szybko na dużej mocy. Powinien być bardzo gorący (smalec - 180 stopni C), ale nie może dymić. Przed smażeniem faworków trzeba sprawdzić temperaturę rozgrzania przez wrzucenie kawałka ciasta. W dobrze rozgrzanym tłuszczu faworki od razu wypływają na powierzchnię, a wokół smażącego się ciasta robi się bardzo dużo bąbelków powietrza.

Przygotować duży talerz wyłożony ręcznikami papierowymi. Ciasto podzielić na 5 części. 1 część wyłożyć na blat podsypany mąką. Resztę ciasta zawinąć ponownie w folię. 

Ciasto rozwałkować bardzo cienko. W razie potrzeby podsypać je jeszcze mąką. Ostrym nożem lub radełkiem (ja przeważnie używam noża do pizzy) podzielić je na paski ok 3 cm szerokie i 10 cm długie. Na każdym pasku zrobić wzdłuż na środku 3 cm nacięcie. Przez to nacięcie przeciągnąć jeden z końców paska. Smażyć porcjami po 3-4 faworki jednocześnie. Po około 20 sekundach kiedy od spodu zaczną się rumienić, przełożyć je widelcem lub drewnianym patyczkiem do szaszłyków na drugą stronę i smażyć jeszcze przez około 20 sekund do chwili, aż lekko zrumienią się z drugiej strony. Dobrze usmażone faworki  powinny  być lekko złote.

Faworki wyławiać łyżką cedzakową lub drewnianym patyczkiem i układać na  papierowych ręcznikach. Jeszcze gorące posypać cukrem pudrem. 

Tak samo postąpić z pozostałymi porcjami ciasta.



wtorek, 29 stycznia 2019

Pączki Iwaszkiewiczów.


Domowe pączki kojarzą mi się z moją mamą i babcią (mamą mamy). Babcia jak brała się za ich smażenie, to  robiła ich około setki i obdarowywała nimi całą rodzinę. Jedliśmy je przez 2-3 dni, a i tak zostawało ich trochę i mama je mroziła. Moja babcia najwięcej robiła pączków z wiśniami i pakowała je nam na drogę w papier pergaminowy. Paczuszki były starannie obwiązane sznurkiem i lubiliśmy nimi machać ku zgrozie dorosłych.

Moja mama według nas za to zawsze smażyła za mało pączków. Układała je na wielkiej kryształowej, secesyjnej paterze na wysokiej srebrnej, bogato zdobionej nodze. Patera pochodziła z jej rodzinnego domu i była bardzo cenną pamiątką, bo kiedyś należała do jej babci i przetrwała jako jedna z niewielu rzeczy czas wojny.

Mama układała górę pączków na paterze, a my zjadaliśmy po kilka sztuk w ciągu paru minut, bo najbardziej smakowały nam jeszcze ciepłe. I tak jest do tej pory. Ciepłe pączki znikają u nas błyskawicznie.

Mama tak jak babcia, najczęściej nadziewała pączki wisniami. Takimi domowymi, smażonymi w cukrze. Ja za to nadziewam je konfiturą z róży lub powidłami śliwkowymi wymieszanymi z rumem. I zawsze to robię po ich usmażeniu przy pomocy rękawa cukierniczego zakończonego tylką z końcówką do nadziewania. Dzięki temu nigdy nie mam problemu, że pączki się rozkleją w trakcie smażenia i nadzienie wypłynie i co najważniejsze mogę w pączka wcisnąć duuuużo nadzienia. 
W tym roku oprócz nadzienia z powideł i rumu, użyłam konfitury z owoców czarnego bzu z dodatkiem płatków róży i z owoców róży również z dodatkiem płatków.

Do tej pory co roku piekłam doskonałe staropolskie pączki z mojego ulubionego przepisu. Nie szukałam nowych przepisów, bo uważam, że są one idealne.

Pod koniec roku trafiła w moje ręce książka Marii Iwaszkiewicz "Kuchnia Iwaszkiewiczów. Przepisy i anegdoty" i zobaczyłam w niej przepis na pączki. Wiedziałam, że je wypróbuję, bo lubię takie stare, rodzinne przepisy na tradycyjne dania i wypieki z polskiej kuchni. 

Pączki mają bardzo delikatne ciasto, są wilgotne i aromatyczne i jak to pączki najlepiej smakują w dniu przyrządzenia, a jeszcze ciepłe znikają błyskawicznie.
To naprawdę świetne pączki z delikatnego ciasta. Z tego przepisu będę korzystała piekąc domowe pączki, ale z tego na staropolskie też, bo jest równie wspaniały.

Jeżeli macie ochotę na moją pierwszą, ulubioną pączkową recepturę to przepis znajdziecie TUTAJ.  W tamtym poście znajdziecie też trochę rad jak upiec idealne pączki i na co zwrócić uwagę przy ich przyrządzaniu. 


Pączki Iwaszkiewiczów

600 g mąki pszennej typu 550
1 szklanka (250 ml) mleka
30 g świeżych drożdży
130 g masła
70 g drobnego cukru
skórka starta z 1 cytryny
8 żółtek
2 jajka (średniej wielkości)
2 szczypty soli
50 ml rumu (użyłam rumu Stroh 80%)

cukier puder lub lukier utarty z sokiem z cytryny i rumem
konfitura różana lub inna
tłuszcz do smażenia (użyłam smalcu i oleju rzepakowego)


Mąkę przesiać do miski. 

W rondelku podgrzać mleko do letniej temperatury.

Wlać je do miseczki. Dodać drożdże i wymieszać do ich rozpuszczenia. Dodać 3-4 łyżki mąki i 2 łyżki cukru. Wymieszać i odstawić zaczyn na 15 - 20 minut. 

Rozpuścić masło i odstawić do przestudzenia do letniej temperatury.

Żółtka ubić z jajkami, solą i resztą cukru na jasną i puszystą masę. Dodać zaczyn, skórkę z cytryny i rum i wymieszać.

Dodać mąkę i zacząć miksować ciasto (końcówki haki). Najpierw na wolnych obrotach, żeby składniki połączyły się, a następnie na coraz szybszych. W sumie miksować około 10 minut.

Ciasto jest dość rzadkie, ale zacznie gęstnieć w trakcie miksowania. 

Ponownie zmniejszyć obroty i dodawać wąskim strumieniem masło. Kiedy połączy się z ciastem, zwiększyć obroty i miksować kolejne 5 - 7 minut.

Miskę z ciastem przykryć ściereczką i odstawić do wyrastania na 1 - 11/2 godziny. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.

Ciasto wyjąć na oprószony mąką blat i przez chwilę wyrabiać. 

Ciasto podzielić na równe kawałki (u mnie po 50 g) i uformować z nich kule. Można oczywiście nadziać je przed formowaniem, ale ja zawsze to robię po usmażeniu.
Do formowania pączków lekko natłuszczam dłonie olejem o neutralnym smaku.

Pączki ułozyć na lekko oprószonym blacie (tacy, desce...) i odstawić do ponownego wyrastania. Kiedy pączki rosną, rozgrzać w dużym garnku tłuszcz (u mnie mieszanka smalcu i oleju rzepakowego). Tłuszcz rozpuszczam  na bardzo małym o, ogniu, a dopiero później lekko zwiększam płomień. 
Pączki delikatnie włożyć do tłuszczu (ja smażę po 3-4 pączki) po kilka sztuk (powinny mieć luz w trakcie smażenia) i smażyć do zrumienienia, a wtedy, jeżeli same się nie obrucą, delikatnie obrócić je patyczkiem do szaszłyków lub czymś innym. Smażyć do zrumienienia drugiej strony.

Usmażone pączki wyjąć na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym i nadziać je konfiturą przy pomocy szprycy z długą końcówką.

Kiedy lekko przestygną polukrować je lub oprószyć cukrem pudrem.

Tak samo usmażyć pozostałe pączki.
Jeżeli tłuszcz rozgrzewa się zbyt mocno, włożyć do niego obrany i przepołowiony ziemniak.



Przepis Maria Iwaszkiewicz z książki "Kuchnia Iwaszkiewiczów. Przepisy i anegdoty"

czwartek, 24 stycznia 2019

Sernik czekoladowy z syropem klonowym, kajmakiem i pekanami czyli sernik o Kanadzie z poznańskiej La Ruiny.


W tym roku zima, to dla mnie czas pieczenia serników. Odkąd mam książki Pawlaków z poznańskiej La Ruiny, to najczęściej piekę z ich przepisów. Te serniki są bogate w smaku i niezwykłe. 

Przerabiam po kolei ich sernikowe przepisy i będę się Z Wami nimi dzielić.

Ten dzisiejszy jest czekoladowy z nutą kajmaku i syropu klonowego. Do tego ma chrupkie skarmelizowane orzechy. I ten cudowny wierzch zrobiony z klonowego karmelu. Na drugi raz wierzch zrobię z podwójnej porcji i Wam też to radzę. 

I co ważne w pieczeniu serników to po wystudzeniu wstawcie go na noc do lodówki. Każdy sernik na tym zyskuje. Sernik jest duży, ale idealnie przechowuje się przez kilka dni, więc bez problemu zdążycie go zjeść. 

I pamiętajcie też, żeby masę serową z dodatkami miksować  na wolnych obrotach. Taki napowietrzony sernik bardzo rośnie w trakcie pieczenia, a potem spektakularnie opada i pęka w trakcie studzenia.

Przepis pochodzi z poznańskiej La Ruiny, więc do jego zrobienia użyłam sera białego z Wielkopolski - ze Strzałkowa. Do tej pory do serników używałam śmietankowego, tym razem wiejskiego 12%. Jak pisze Monika w książce "Lubię", do pieczenia używa twarogu o zawartości tłuszczu 7-10%. Dzięki temu czuć w serniku lekko kwaskowaty smak sera. Ser w jej sernikach jest dość chudy, ale pozostałe dodatki już nie: kremówka, masło, czekolada, kajmak... 

Jeżeli jesteście miłośnikami ciężkich serników o bogatym smaku, to ten przepis jest dla Was.



Sernik o Kanadzie
(czekoladowy z syropem klonowym, kajmakiem i pekanami)

spód
120 g mąki pszennej raowej
75 g masła
65 g cukru trzcinowego
20 g chrupkiego pieczywa
szczypty soli

masa serowa
1000 g sera białego (użyłam 12% sera wiejskiego ze Strzałkowa)
200 g dulce de leche (użyłam kajmaku z puszki z Gostynina)
20 g mąki pszennej
4 jaja
200 g cukru trzcinowego
200 ml śmietanki kremówki
100 g gorzkiej czekolady
180 ml mlecznej czekolady
100 g masła
100 g orzechów pekan
50 ml syropu klonowego
szczypta soli

wierzch
50 ml syropu klonowego
30 g masła
50 ml śmietanki kremówki
sól w płatkach

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni C. Wyłożyć papierem do pieczenia dno i boki tortownicy o średnicy 26 stopni C. Papier na bokach powinien wystawać poza brzegi formy, bo sernik wychodzi wysoki.

Przygotować spód.
Roztopić masło w rondelku.
Pokruszyć chleb chrupki. Do miski włożyć wszystkie składniki spodu i wymieszać.
Wsypać na dno tortownicy, równomiernie rozrowadzić i docisnąć całość palcami, żeby wytworzył się zwarty spód.
Wstawić do piekarnika i piec 14 minut. Wyjąć tortownicę z piekarnika i odstawić, żeby spód wystygł i stwardniał. 
Zmniejszyć temperaturę piekarnika do 165 stopni C.

Przygotować masę serową.
Włożyć masło do rondelka i podgrzewać, aż masło nabierze lekko brązowego koloru i zacznie pachnieć orzechowo.
Zdjąć rondelek z kuchenki i odstawić do wystygnięcia.

Zmielić ser na gładką masę.

Wlać kremówkę do rondelka i doprowadzić do zagotowania. Zdjąć rondelek z kuchenki i wsypać do śmietanki połamane na kawałki oba rodzaje czekolady. Mieszać do uzyskania gładkiej i lśniącej masy. 

Przygotować skarmelizowane orzechy.
Podgrzać na patelni syrop klonowy, dodać orzechy i smażyć do uzyskania byrsztynowego koloru.
Przelać orzechy na papier do pieczenia i wystudzić. Grubo posiekać.

Do miski miksera włożyć twaróg i kajmak i zmiksować na wolnych obrotach do połączenia. Cały czas miksując (na wolnych obrotach, żeby nie doprowadzić do napowietrzenia masy) dodawać kolejne składniki. Najpierw mąkę i zmiksować do połączenia, a potem cukier i sól. Następnie dodawać po jednym jajku. Kiedy masa jest gładka, dodać masę czekoladową, a następnie przecedzone palone masło. Na koniec dodać posiekane skarmelizowane orzechy i całość delikatnie wymieszać.

Przelać masę do formy i wstawić do piekarnika. Piec całość 50 minut. Boki powinny być ścięte, a środek powinien pozostać lekko trzęsący. 
Wyłączyć piekarnik i pozostawić sernik jeszcze na 20 minut. 
Po tym czasie wyjąć z piekarnika i pozostawić do wystudzenia.

Wystudzony wstawić na noc do lodówki. 

Przed podaniem przygotować karmel klonowy.

Na patelni mocno rozgrzać syrop klonowy. Dodaj masło i wymieszać do połączenia. Dolać kremówkę i ponownie wymieszać. Chwilę gotować, aż masa lekko zgęstnieje. Polać karmelem wierzch sernika i oprószyć płatkami soli.
Można jeszcze posypać pekanami.



Przepis Monika Mądra-Pawlak i Jan Pawlak z książki "Ameryka"

niedziela, 13 stycznia 2019

Trzy składniki. Szybkie ciasteczka migdałowe.


Dzisiaj mam dla Was jeden z przepisów, który miałam opublikować w grudniu, więc nie dziwcie się tym świątecznym dekoracjom na zdjęciach.

Ciasteczka migdałowe, do których zrobienia potrzebne są tylko trzy składniki, są niezwykle proste i szybkie do wykonania.  I pozwalają zużyć białka, których zawsze jest w nadmiarze (przynajmniej w mojej kuchni). Te ciasteczka z wierzchu są delikatnie chrupiące, a w środku ciągnące. I znikają błyskawicznie, bo są pyszne.

Jeżeli chcecie zrobić szybko coś słodkiego albo wykorzystać białka, ten przepis Wam się przyda.


 Ciasteczka migdałowe

200 g mielonych migdałów
200 g drobnego cukru
2 duże białka jajek

cukier puder do posypania wierzchu

Nagrzać piekarnik do 170 stopni C.
Wyłożyć papierem do pieczenia 2 duże, płaskie blachy.

W dużej misce wymieszać mielone migdały z cukrem.
W drugiej misce zmiksować na sztywną pianę białka.
Dodać do migdałów 3-4 łyżki piany i wymieszać. Dodać resztę piany i wymieszać delikatnie całość szpatułką do połączenia.

Nakładać łyżką porcje ciasta zachowując pomiędzy nimi 3 cm odstępy. Wstawić do piekarnika jedną blachę i piec około 10 minut do lekkiego zrumienienia. Wyjąć blachę z piekarnika i odstawić na 10 minut, a w tym czasie piec drugą porcję ciastek. Upieczone wyjąć i odstawić na 10 minut. Po tym czasie zdjąć delikatnie z blachy. 
Świeżo upieczone ciasteczka są chrupiące, ale z godziny na godzinę miękną.

Wystudzone można delikatnie oprószyć cukrem pudrem.

Ciasteczka przechowywać w puszce przez kilka dni. 



poniedziałek, 7 stycznia 2019

Poznańska La Ruina i Raj i ich wietnamskie ciasto bananowe.


Pierwszy raz w poznańskiej La Ruinie i Raju byłam ponad sześć lat temu. Gdzieś o nich usłyszałam lub przeczytałam i tak zwabiona rekomendacją trafiłam tam pewnego letniego wieczoru. Od tego czasu, prawie przy każdej wizycie w Poznaniu, wpadaliśmy tam zjeść coś na wytrawnie lub chociażby na kawałek słynnego sernika. 

W czasie ostatniego sylwestrowego pobytu zamówiliśmy wszystko co zostało ;) i długo siedzieliśmy zatopieni w rozmowie, zasłuchani w muzyce w tle i zaczytani w książkach Moniki i Jana. Czas szybko płynął, a za oknem Śródkę otaczała gęsta, zimowa noc. 

Czas La Ruiny i Raju na Śródce dobiega końca. Jeszcze tylko do końca marca będzie można zjeść tamtejsze specjały. Od kwietnia w nowej odsłonie i z nowymi pomysłami Monika i Jan zapraszają nas na ulicę Św. Marcina. Myślę, że to doskonały adres na zjedzenie ich nieortodoksyjnych rogali świętomarcińskich czyli wspaniałych w smaku, zrobionych na maśle z orzechami włoskimi i marcepanem.

Trochę szkoda, bo dla mnie Śródka to Raj i Ruina, ale... coś się kończy i coś nowego zaczyna. Zobaczymy czym nas ta para znowu zachwyci.

Kiedy wróciłam z Poznania do domu, to pierwszą rzeczą jaką chciałam zrobić było upieczenie sernika z jednej z ich książek. Oczywiście na dobrym serze z Wielkopolski czyli ze Strzałkowa. 

Niestety czas świąteczno noworoczny przetrzebił półki w okolicznych sklepach i jedyny dostępny ser, to był ser w wiaderku  z dodatkiem... wielu dodatków. W tej sytuacji, odstawiłam na bok plany sernikowe, ale nie odstawiłam książek.

Przejrzałam zapasy w kuchni, uśmiechnęłam się do kiści brązowiejących bananów i wiedziałam już co zrobię - wietnamski bananowiec. Powiem szczerze, że nie jestem znawczynią wietnamskich słodyczy, a wręcz nie mam o nich pojęcia. Z ich słodkości znam tylko kawę słodką jak ulep czyli kawę po wietnamsku z dodatkiem słodzonego mleka skondensowanego. 

Monika pisze, że ciasto w konsystencji przypomina zakalec albo pudding, a mi przypomina pieczony omlet, a najbardziej francuskie clafoutis. To takie ciasto - nieciasto. Jeżeli szukacie czegoś lekkiego, puszystego i delikatnego, to ten przepis nie jest dla Was. 

U mnie części domowników najbardziej smakowało to ciasto na ciepło, reszcie na zimno. Pojawił się też głos, że jednak Francuzi, jeżeli chodzi o cukiernictwo, nadal nie są zagrożeni. Ale jednak ciasto - nieciasto zniknęło bardzo szybko.

Jedyna zmiana jakiej bym dokonała w przepisie, to dosypałabym dużą garść rodzynek namoczonych przez noc w whisky albo w mocnym, aromatycznym rumie.






Wietnamski bananowiec z La Ruiny

7 dużych bananów (po około 200 g każdy)
40 g cukru pudru
60 ml whisky
5 jajek
150 ml mleka kokosowego
200 ml słodkiego mleka zagęszczonego (skondensowanego)
100 g stopionego masła
szczypta soli
150 g mąki pszennej tortowej
100 g posiekanej gorzkiej czekolady
60 g rodzynek namoczonych w whisky lub rumie przez noc (opcjonalnie)

Do miski włożyć sześć bananów pokrojonych w plasterki. Dosypać cukier puder i dolać whisky. Wymieszać i odstawić na 2o minut.

Ubić jajka na puszystą masę. Dodać mleko kokosowe, słodkie zageszczone i przestudzone masło. Zmiksować do połączenia. Dodać sól i mąkę i jeszcze raz zmiksować do połączenia. 

Dodać banany, czekoladę i ewentualnie rodzynki. Całość delikatnie wymieszać szpatułką.

Ciasto przelać do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia o wysokich brzegach i o średnicy 20 cm. Na wierzchu ułożyć pokrojonego w plastry banana i wstawić formę do piekarnika nagrzanego do 190 stopni C.

Piec 60-65 minut. 
Wyłączyć piekarnik i zostawić w nim ciasto jeszcze na kilka minut, a następnie uchylić drzwiczki i zostawić ciasto do wystudzenia.

Wierzch posypać cukrem pudrem, polukrować lub polać solonym karmelem.



Przepis Monika Mądra - Pawlak i Jan Pawlak z książki "Lubię".

piątek, 4 stycznia 2019

Senapssill czyli szwedzkie śledzie w sosie musztardowym


Przed świętami chciałam zamieścić jeszcze kilka przepisów, ale nasz przedświąteczny czas obfitował w wiele nieprzewidzianych sytuacji i zabrakło mi na to czasu. 

Wszystkie te nieopublikowane jeszcze przepisy mogą się Wam przydać także poza świętami, więc zdecydowałam, że podzielę się nimi z Wami teraz. Jak tego nie zrobię, to przepadną mi gdzieś w odmętach, a szkoda byłoby (według mnie).

Mam nadzieję, że po świętach, nie macie jeszcze dość światełek, gwiazdek i błyszczących choinek i wytrzymacie jeszcze przez chwilę patrząc na moje zdjęcia ;-)

Dzisiaj zapraszam Was na szwedzkie śledzie w sosie musztardowym. Trochę ich już na blogu jest, ale wierzcie mi wszystkie te przepisy różnią się między sobą.

Oprócz świetnego smaku, ten przepis ma jeszcze jedną wielką zaletę. Jest super prosty i szybki do zrobienia. W skrócie mogłąbym napisać: wymieszaj wszystkie składniki i już.





Szwedzkie śledzie w sosie musztardowym
Senapssill

1 łyżka octu z białego wina
3 łyżki oleju słonecznikowego
2 łyżki crème fraîche lub gęstej, tłustej i kwaśnej śmietany
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżki słodkiej musztardy (świetnie sprawdza się TA lub TA dostępna w sklepach Ikea)
1 łyżka musztardy Dijon
2 łyżki słodkiej śmietanki
1 łyżka majonezu
1 szalotka (bardzo drobno posiekana)
3 łyżki posiekanego kopru
3 łyżki posiekanego szczypiorku
250 marynowanych śledzi (pokrojonych w 2 cm kawałki)

Wymieszać w misce wszystkie składniki (oprócz śledzi) do uzyskania jednolitego sosu. Dodać śledzie i ponownie wymieszać. Odstawić na noc do lodówki, żeby wszystkie smaki przegryzły się.



Przepis Brontë Aurell z książki "Scandikitchen Christmas"

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails