wtorek, 20 listopada 2018

Na szybko. Pieczony dorsz z sosem pomidorowym.



Jak ten listopad pędzi. Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że do Świąt zostało dużo czasu, a już za chwilę mamy grudzień. 

Przyszły tydzień spędzę poza domem na spotkaniu z grupą ludzi (teraz mogę powiedzieć, że już przyjaciół), którą poznałam w Finlandii. Poznaliśmy się pewnego wiosennego wieczoru w Helsinkach, spędziliśmy razem miesiąc poznając tajniki fińskiej służby zdrowia i polubiliśmy tak bardzo, że za tydzień spotkamy się znowu. Tym razem w czeskiej Pradze. Tak spontanicznie, żeby pobyć znowu ze sobą, a nie żeby pracować.

Cieszę się na ten wyjazd bardzo, chociaż te parę dni poza domem pod koniec listopada, spowoduje, że po powrocie będę musiała bardzo przyspieszyć. A może właśnie taki wyjazd da mi potrzebny zastrzyk energii. No i popatrzę na Pragę na nowo. Jako dziecko, często tam jeździłam z rodzicami, ale to co zapamiętałam najbardziej z tamtego okresu, to kredki i ołówki, które kupował mi tata.

Koniec listopada na blogu to będą szybkie dania i parę przepisów, które czeka na publikację od dawna. Za to w grudniu, od samego początku, możecie spodziewać się tylko  przepisów, do wykorzystania na świątecznym stole. Będą oczywiście słodkości, ale też kolejne skandynawskie śledzie, których ciągle nie mam dość. 
I coś fińskiego też na pewno będzie, bo moja miłość do tego kraju jest w ciągłym rozkwicie.

Planuję też napisać o kilku miejscach, które są dla mnie idealne na świąteczne zakupy (w których można kupować stacjonarnie i on line) i o książkach (w większości kulinarnych), które ostatnio kupiłam i uważam, że warte są polecenia. 

To tyle o tym co wkrótce, a na razie zapraszam Was na szybkie danie z dodatkiem ryby. Takie z cyklu, co nie wymaga wielu składników, jest szybkie do zrobienia, bardzo smaczne i zdrowe. 

Oczywiście czerwoną cebulę możecie zastąpić białą, dorsz inną rybą, oregano ulubionym ziołem... Potrakciujcie ten przepis jako inspirację.

Czy potrzeba czegoś więcej?



Pieczony dorsz z sosem pomidorowym

oliwa z oliwek
500 g małych ziemniaków 
1 duża czerwona cebula(posiekana)
2 puszki (2x400 g) pomidorów siekanych w sosie własnym
50 g oliwek kalamata bez pestek (posiekanych)
2 łyżki listków świeżego oregano (lub 1 łyżeczka suszonego)
1 łyżka koncentratu pomidorowego
1 łyżeczka cukru
100 ml czerwonego wina
4 filety z dorsza (po około 150 g każdy)

kilka listków świeżej bazylii

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni C.

W żeliwnej formie do zapiekania lub innej rozgrzać mocno oliwę. Dodać pokrojone na 2-4 części (w zależności od wielkości) nieobrane, umyte ziemniaki. Posolić je i wymieszać całość, żeby oliwa pokryła ziemniaki z każdej strony i wstawić foremkę do piekarnika na 25-30 minut (czas uzależniony jest od wielkości cząstek ziemniaków), aż ziemniaki będą chrupiące na wierzchu i prawie miękkie w środku. 

Kiedy ziemniaki pieką się, przygotować sos. 
Na patelni rozgrzać oliwę i dodać cebulę. Smażyć mieszając 3-4 minuty. Posolić, dodać pomidory z puszki, oliwki, oregano, koncentrat pomidorowy, cukier i wino.
Doprowadzić sos do zagotowania i gotować na małym ogniu około 10 minut, mieszając od czasu do czasu.

Sos powinien lekko zgęstnieć.

Doprawić go do smaku solą i pieprzem.

Wyjąć z piekarnika foremkę z ziemniakami. Wymieszać je, żeby ewentualnie oderwały się od dna.

Zalać je gorącym sosem.

Zrobić w sosie spodem łyżki cztery wgłębienia i w każde wgłębienie położyć kawałek ryby. Posolić ją i skropić oliwą.
Wstawić całość do piekarnika i zapiekać przez 8-10 minut lub do chwili, kiedy dorsz będzie upieczony.

Wierzch gotowego dania posypać posiekaną bazylią. Podawać od razu.


niedziela, 18 listopada 2018

Powrót do smaków dzieciństwa - blok czekoladowy


Pewnego słonecznego, jesiennego dnia poszliśmy na spacer "w miasto". Chodziliśmy po parkach, uliczkach mniej lub bardziej znanych. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, ale też o tym, że mieszkając tu rzadko wybieramy się tak, żeby powłóczyć się po "naszym" mieście. Najczęściej edziemy w konkretne miejsce, żeby coś załatwić albo do lasu poza miasto, ale chodzić po nim jak turysta, to rzadko. 

Latem lub wiosną, kiedy dzień jest długi, czasami wsiadam z rowerem w metro, wysiadam na przypadkowej stacji i jeżdżę po okolicach, odkrywając nowe miejsca, kawiarenki, skwery..., ale tak na co dzień to nie.

Na Powiślu wstąpiliśmy na kawę do mojej ulubionej kawiarni. W gablocie nęciły ciasta i tarty, ale mój syn wybrał blok czekoladowy. Po chwili mąż też. Przy stoliku enty raz opowiedziałam wspomnienie z dzieciństwa, że miałam taką ciotkę, na której imieniny uwielbiałam chodzić jako dziecko. Ze względu na jajka faszerowane i blok czekoladowy. 

I tak pijąc kawę i zajadając blok czekoladowy, zaczęliśmy rozmawiać o słodyczach jakie jadaliśmy w dzieciństwie. Ja byłam szczęściarą, bo miałam dziadków mieszkających na Starym Mieście w pobliżu sklepu firmowego Wedla. A tam pracowała sprzedawczyni, która była córką krawcowej mojej babci przed wojną. I zaczeliśmy wspominać... chałwę w puszce, ptasie mleczko, delicje, czekoladę Jedyną i mleczną z orzechami, torcik waflowy... 

Ja w dzieciństwie lubiłam jeszcze blok galaretkowy w paski we wściekłych kolorach obsypany cukrem (brrr), krówki, ale tylko ciągnące i Vibovit zjadany na sucho ;-)
Innym przysmakiem z mojego dzieciństwa był skoncentrowany sok jabłkowy lub z czarnej porzeczki. 

W pobliżu mojego domu był sklep mleczarski. Oprócz typowych produktów, sprzedawano tam mój przysmak. W zamrażarkach leżały pudełka, w których były maleńkie, podłużne torebeczki ze skoncentrowanym sokiem. Nad zamrażarką wisiała kartka z napisem "towar eksportowy". Uwielbiałam wyciskać ten sok wprost do ust. Czasami opowiadam komuś o tym, ale nikt nie pamięta takiego produktu. Zaczynałam myśleć, że coś mi się pomyliło, ale moja mama potwierdza, że coś takiego kupowała. 

Kiedy wracaliśmy do domu z głowami pełnymi świeżo odkurzonych wspomień, powiedziałam do męża, żeby zatrzymał się przy sklepie. I pobiegłam po... mleko w proszku w niebieskim, foliowym opakowaniu (oczywiście).

Odszukałam przepis na blok czekoladowy i niedługo później znowu cieszyliśmy się smakiem zapamiętanym z dzieciństwa. 
I to naprawdę było dobre ;-)

A mój mąż w dziecińswie zajadał się słodzonym, mlekiem skondensowanym w tubce :-)


Blok czekoladowy

250 g masła
1 szklanka (200 g) cukru
1/2 szklanki (125 ml) pełnotłustego mleka
1/2 szklanki (125 ml) śmietanki kremówki (można zastąpić mlekiem)
6 łyżek gorzkiego kakao (bez cukru)
400 g mleka w proszku (użyłam klasycznego w niebieskich opakowaniach z OSM Siedle, nie należy używać granulowanego)
120 g bakalii (orzechów włoskich, rodzynek, suszonych żurawin, moreli...)
100 g herbatników (użyłam maślanych firmy Leibniz)

Formę keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia lub folią spożywczą)

Do garnka wlać mleko i śmietankę. Dodać cukier i masło. Podgrzewać aż masło i cukier rozpuszczą się, a masa będzie gorąca. Przelać gorącą masę do miski i cały czas ją mieszając, dodawać po trochu mleko. Mieszać, aż składniki połączą się. Dodać bakalie i herbatniki. Wymieszać. 

W trakcie mieszania ciasteczka wystarczająco połamią się. Nie trzeba ich łamać przed dodaniem. Masa stygnąc, szybko gęstnieje, więc całość trzeba zrobić dość szybko.

Masę przełożyć do foremki i docisnąć (dłońmi lub łyżką), żeby wyrównać powierzchnię.
Wystudzony do temperatury pokojowej blok, wstawić do lodówki do całkowitego stężenia (na około 2-3 godziny).

Podawać pokrojony w cienkie plastry.
Można przechowywać w lodówce około 1 tygodnia.




poniedziałek, 12 listopada 2018

Małże Mouclade - klasyczny, francuski przepis.



Małże, mule, omułki... nazw mają dużo, odmian też. Najważniejsze, że są bardzo proste i szybkie do przygotowania.  Tak szybkie, że warto przygotować sobie wcześniej składniki, nakryć stół, otworzyć wino i pokroić bagietkę.
Przygotowując mule trzeba pamiętać o kilku zasadach. Kupujemy naprawdę świeże. Żywe mule mają szczelnie zamknięte skorupki, te z lekko otwartymi muszlami, trzeba lekko postukać. Jeżeli zamkną się, są dobre, jeżeli pozostaną otwarte, to wyrzucamy je. Tak samo postępujemy ze wszystkimi otwartymi mulami lub z tymi, które mają pokruszone skorupy.

Po ugotowaniu, postępujemy odwrotnie. Otwarte są dobre, a te które pozostały zamknięte, wyrzucamy. 
Przed przygotowaniem mule myjemy pod bieżącą, zimną wodą, czyszcząc skorupki szczoteczką.

Przekładamy je na sito i odstawiamy przygotowując resztę składników.
Mule potrzebują sporego garnka z pokrywką. Najczęściej podawane są w emaliowanym garnku. Ja lubię używać mojego żeliwnego z emalią w środku. 

Dzisiejszy przepis na mule Mouclade to francuski klasyk z zachodniego wybrzeża kraju. Mule przyrządza się z sosem śmietanowym z dodatkiem curry lub szafranu (w zależności od regionu), białego wina i odrobiny koniaku. 
Czasami jednym ze składników sosu jest żółtko.
 Do tego klasyczne dodatki takie jak szalotka, natka, czosnek. 

Mule Mouclade czasami podawane są po pozbawieniu skorupek.
Ja lubię takie bez obierania, kiedy z jednej muszli można zrobić sobie narzędzie do wyjmowania małży ze skorup.

W moim przepisie używam oprócz przyprawy curry szczypty szafranu. Lubię, kiedy sos nabiera leciutko złocistego koloru.


 Małże Mouclade

szczypta szafranu (można ewentualnie pominąć)
1000 g świeżych małży w skorupach        
120 ml wytrawnego, białego wina
25 g masła
1 szalotka (drobno posiekana)
2 ząbki czosnku  (drobno posiekane)
1/2 łyżeczki przyprawy curry
2 łyżki (30 ml) koniaku
1 łyżeczka mąki pszennej (można pominąć)
200 ml  crème fraîche lub śmietanki kremówki
3 łyżki posiekanej natki pietruszki

Szafran przełożyć do malutkiej miseczki i zalać 1 łyżką (15 ml) ciepłej wody.

Małże oczyścić, umyć i odrzucić te w otwartych skorupach.

W garnku zagotować wino, włożyć małże, przykryć pokrywką i gotować 3-4 minuty. Od czasu do czasu wstrząsnąć garnkiem lub zamieszać małże łyżką.

Kiedy małże są otwarte, przelać je przez sitko, zachowując płyn.
Zamknięte małże odrzucić.

W garnku rozpuścić masło. Dodać szlotkę, czosnek i curry.
Podsmażać mieszając i nie dopuszczając do zbrązowienia. Dodać koniak i podgrzewać, aż prawie cały odparuje.
Dodać mąkę i podgrzewać mieszając około 1 minuty.
Dodać szafran z wodą i 1-2 łyżki płynu z gotowania małży (płynu nie nabierać z dna, bo może tak być trochę piasku). 

Wymieszać.
Sos doprowadzić do zagotowania i podgrzewać przez 1-2 minuty. Dodać crème fraîche (śmietanę)  i podgrzewać przez 3 minuty mieszając. Sos powinien częściowo się zredukować. Dodać soli do smaku i natkę. Wymieszać, dodać małże i podgrzewać całość przez 1-2 minuty.

Podawać od razu z bagietką.



niedziela, 11 listopada 2018

Kilka słów o książce "Prosto" Yotam'a Ottolenghi i prosty przepis na jabłecznik


Ostatnio wiele osób pyta się mnie, gdzie kupiłam to czy tamto albo jakie książki kucharskie polecam. Wymyśliłam więc, że trochę o tym będę pisać. O małych producentach ładnych rzeczy, które świetnie sprawdzą się jako prezent, o sklepikach prowadzonych przez pasjonatów, którzy sprzedają piękne przedmioty i o nowych książkach kucharskich, które kupuję z myślą o nowych inspiracjach i smakach. To nie będą artykuły sponsorowane, tylko moje opowieści o tym co lubię.

Zbliżają się święta, a ja w tym roku postanowiłam przygotować się do nich wcześniej, żeby niczego nie zostawiać na ostatnią chwilę i delektować się grudniem, a nie biegać w ostatniej chwili po sklepach.

Mam nadzieję, że mój pomysł Wam spodoba się i przyda się coś z rzeczy, o których będę pisać.

Na początek będzie trochę o książkach kucharskich. Dzisiaj skupię się na jednej.

Dwa razy do roku odbywa się szaleństwo książkowe, kiedy wydawnictwa zasypują nas nowościami. Robię wtedy porządki na regałach, żeby zmieścić kolejne pozycje. Część książek, których przez jakiś czas nie używałam oddaję znajomym, a część do biblioteki. To jest trochę tak jak z ubraniami. Od czasu do czasu trzeba przewietrzyć szafę.

Książki kucharskie staram się kupować bardzo świadomie i nie w ilościach hurtowych i bez opamiętania. Są jednak tacy autorzy, których książki zamawiam w ciemno, kiedy pojawi się tylko zapowiedź. Jednym z nich jest Yotam Ottolenghi. Najnowsza "Prosto" to moja siódma książka Yotama (i pierwsza po polsku). 

Książki Yotam'a Ottolenghi szczerze mówiąc uwielbiam. Za niesamowite połączenia smaków, za bogactwo warzyw i przypraw w przepisach i za dopracowane receptury.

Aby w pełni korzystać z wielu jego przepisów, dobrze zaopatrzeć się wcześniej w niektóre składniki takie jak za'atar, syrop (melasę) z granatów, tahini, czarny czosnek, berberys, kiszone cytryny, pastę tahini, sumak czy różaną harissę. O tę ostatnią przyprawę będzie chyba najtrudniej. Ja zrobiłam ostatnio spory jej zapas i teraz korzystam z radością z przepisów, w której jest składnikiem. Jeżeli będziecie mieć problem z jej nabyciem, możecie do zwykłej pasty harissa dodać trochę suszonych płatków róży i zostawić na 2-3 dni, żeby aromaty się połączyły.

Jeżeli już będziecie szczęśliwymi posiadaczami powyższych składników, możecie korzystać z książek Yotam'a bez żadnych problemów. Jeżeli nie, to i tak z większości jego przepisów.

Najnowsza książka z założenia pełna jest dań, które są łatwe i szybkie do przygotowania. Podzielona jest dość tradycyjnie na kilka rozdziałów (brunch, warzywa na surowo, warzywa gotowane i pieczone, ryż, kasze i strączkowe, makarony, mięso, ryby i owoce morza i desery).

Dania tam zawarte, to nie jest powtarzanie przepisów z innych podobnych w  książek. Czuć tu charakterystyczny styl Yotam'a. 

Podoba mi się w tej książce oznaczenie przepisów. Na takie, które można przygotować w 30 minut (czyli idealne, żeby zrobić po powrocie z pracy), na dania do 10 składników, na dania, które mozna przygotować wcześniej, na dania dla leniwych czyli jednogarnkowe, które wystarczy wstawić do piekarnika lub na kuchenkę i "same" się robią, na dania łatwiejsze niż się wydają i na potrawy z wykorzystaniem składników ze spiżarni. To co warto mieć w spiżarni to oprócz przypraw, o których pisałam powyżej, to łatwo dostępne jajka, cebula, cytryny, jogurt, kasze, tuńczyk czy rośliny strączkowe w puszce...

W książce są przepisy, które można wykorzystać z wielu okazji. Jajka z porami i za'aatarem lub omlety z harissą i serem manchego przyrządzić na niespieszne weekendowe śniadanie, a ciasto z cheddarem, fetą i jalapeno wziąć do pracy na lunch, na piknik lub w podróż. Dużo jest dań, które można zjeść na lekki obiad lub stworzyć z kilku z nich wystawną kolację. 

I do tego w książce znajdziecie bardzo interesujące przepisy na zupy, które uprzyjemnią jesienne lub zimowe dni. Do mnie przemawia dyniowa z pomarańczą, szafranem i harissą i soczewicowa z pomidorami, curry i mlekiem kokosowym.

Są w książce też przepisy na dania klasyczne, ale potraktowane bardzo indywidualnie, jak na przykład na makaron z oliwkami, kaparami, pomidorkami koktajlowymi i harissą lub na makaron alla Norma lub gnocchi alla romana (jak ja dawno ich nie robiłam).

Dział z kaszami przerobię chyba cały, a przepisy ziemniaczane też. Już mam ochotę na pieczone frytki z oregano i fetą lub smażone ziemniaki z rozmarynem i sumakiem albo pieczone ziemniaki z harissą i confit z czosnku lub frytki z batatów z wędzoną papryką, czosnkiem i sumakiem.

Jest też trochę przepisów na dania mięsne i rybne. Kurczaka rzadko przyrządzam, ale tego z oliwkami, daktylami i białym winem zrobię na pewno. Kusi mnie też przepis na rostbef z harissą (oczywiście różaną), kiszoną cytryną i sosem z papryki albo przepis na tatara z pstrąga z palonym masłem i pistacjami.

Dział z deserami jest dość krótki (kto ma ochotę na więcej, szczerze polecam książkę "Słodko) i na wypróbowanie wielu przepisów będę musiała poczekać kilka miesięcy (pieczone truskawki z sumakiem i kremem jogurtowym, friand ze śliwkami i jeżynami, ciasto orzechowe z brzoskwiniami i malinami), ale są takie, na które sezon jest teraz: clafoutis z figami i tymiankiem, szwajcarskie, czekoladowe gwiazdki brunsli czy korzenny jabłecznik. 

Na ten ostatni, przepis znajdziecie poniżej. 

To naprawdę bardzo prosty i szybki przepis. Ciasto jest dość ciężkie, maślane i waniliowe, a jego wierzch pokrywają słodko kwaśne cząstki korzennych jabłek. 

Na samym końcu znajdziecie propozycje menu na różne okazje z wykorzystaniem przepisów z książki. Rozdział podzielony jest na codzienne obiady z podziałem na pory roku, na weekendowe brunche, na lunche lub kolacje z przyjaciółmi, uroczyste kolacje, uczty tapas lub w stylu bliskowschodnim. 

Ta książka pełna jest sezonowych, zdrowych i intrygujących dań z bliskowschodnim twistem.

U mnie będzie w częstym użyciu.

"Prosto"
Yotam Ottolenghi
ilość stron: 308
ilość przepisów: 140
wydawnictwo: Filo
cena okładkowa: 69,99 zł





Korzenny jabłecznik

130 g miękkiego masła (w temperaturze pokojowej)
150 g drobnego cukru
3 jajka (lekko roztrzepane)
2 łyżeczki naturalnego ekstraktu z wanilii
300 g mąki pszennej tortowej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
200 g kwaśnej śmietany  (w temperaturze pokojowej) - użyłam 18% ze Strzałkowa

3-4 jabłka (część odmiany kwaśnej, część słodkiej) - po obraniu i wykrojeniu gniazd nasiennych powinny ważyć około 600 g
130 g brązowego cukru demerara
1 łyżka przyprawy korzennej (użyłam mieszanki cynamonu, goździków, kardamonu i imbiru)

Wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia tortownicę o średnicy 23 cm.

Rozgrzać piekarnik do 160 stopni (z termoobiegiem).

Masło zmiksować z cukrem na gładką i jasną masę. Cały czas miksując, dodawać po trochu jajka i ekstrakt z wanilii i miksować do połączenia.

Mąkę przesiać z solą i proszkiem do pieczenia.

Dodać do masy jajeczno maślanej śmietanę i mąkę z dodatkami w dwóch porcjach naprzemiennie (śmietana, część mąki, śmietana, część mąki). Miksować tylko do połączenia składników.

Ciasto przełożyć do formy i wyrównać powierzchnię.

Jabłka obrać, przekroić na 4 częśći i starannie wykroić gniazda nasienne.
Każdą ćwiartkę jabłka przekroić na 3 części. Jabłka włożyć do miski, posypać cukrem i korzenną przyprawą i starannie wymieszać. 
Przełożyć owoce na wierzch ciasta i wstawić tortownicę do piekarnika.

Piec ciasto 60-65 minut. 

Wyjąć z piekarnika i odstawić na 30 minut.
Przełożyć na talerz lub paterę.

Kroić ciasto nożem z ząbkami, dzięki czemu jabłka da się ładnie i równo pokroić.





Przepis Yotam Ottolenghi z książki "Prosto"

poniedziałek, 5 listopada 2018

Zupa krem z marchwi z imbirem i mlekiem kokosowym


Czy jest coś lepszego w jesienny, szary dzień niż kubek (miseczka) rozgrzewającej zupy? Gotuję ich ostatnio dużo, korzystając z bogactwa jesiennych warzyw na targu. Moje zupy są najczęściej bardzo proste i na warzywnych wywarach. Oprócz klasyków z marchwi, dyni, buraków, robię też dużo zup z pieczonego kalafiora lub papryki. 

Najczęściej są to ostatnio zupy w formie kremów. Powód tego jest prosty. Część zupy ląduje w termosie jako ciepły posiłek dla mojego syna, który spędza całe dnie na uczelni, a będąc dokładnym, to na dwóch uczelniach. 

Kiedy byłam miesiąc w Finlandii, mój syn w tajemnicy przed wszystkimi, złożył papiery na drugi kierunek studiów. Wydawało mi się, że kierunek lekarski jest wystarczająco czasochłonny, ale okazało się, że nie. W połączeniu z inżynierią biomedyczną, tworzy satysfakcjonujący duet dla mojego dziecka:-) 

Uważajcie, na jak długo opuszczacie dom, bo wasza nieobecność może zaowocować koniecznością gotowania dużej ilości zup ;-)

Co do dzisiejszej zupy. To niesamowicie prosty przepis łączący marchew, imbir i mleko kokosowe. Idealne połączenie smaków. Najtrudniejsze w przygotowaniu tej zupy to pokrojenie marchwi, ale jak macie dobrze naostrzony nóż, to krojenie potrafi sprawić tylko przyjemność.

Zeszklenie marchwi przed dodaniem bulionu do warzyw, potęguje smak zupy. I właśnie o to chodzi, o spotęgowanie smaku i przyjemność przy jedzeniu.




Zupa krem z marchwi z imbirem i mlekiem kokosowym

3  łyżki oleju o neutralnym smaku (na przykład z pestek winogron)
1000 g marchwi (obranej i pokrojonej w 1-2 cm kawałki)
50 g korzenia imbiru (obranego i pokrojonego w bardzo drobną kostkę)
1 papryczka chilli (bez gniazd nasiennych, pokrojona w 3 mm kawałki)
2 duże ząbki czosnku (bez łupiny, lekko rozgniecione)
1500 ml bulionu warzywnego
100-200 ml mleka kokosowego
sok z 1-2 limonek
sól

Do garnka wlać olej, dodać marchew, imbir, czosnek i chilli. Przykryć pokrywką i podsmażać na małym ogniu przez około 10 minut, mieszając od czasu do czasu. Warzywa nie powinny się zrumienić, a tylko zeszklić lekko.

Dolać bulion i zwiększyć ogień i gotować zupę około 10 minut (aż marchew będzie miękka). Dodać mleko kokosowego (ilość zależy od tego, jak mocno wyczuwalny smak kokosa chcecie mieć). 

Zmiksować zupę na gładki krem. Doprawić do smaku solą i sokiem z limonki.


Przepis Trine Hahneman "Copenhagen food"

sobota, 3 listopada 2018

Moja ulubiona szarlotka. Klasyczna, maślana, z dużą ilości kruszonki (bez proszku do pieczenia)



Zdarzyło mi się zjeść ostatnio kawałek szarlotki z pobliskiej cukierni. Ten smak, konsystencję ciasta i masy jabłkowej zapamiętam na długo. Nie wiem jak można tak sknocić, coś w sumie prostego i uważanego za jedno z naszych narodowych ciast.

Mój szarlotkowy wzór jest prosty. Cienki spód z kruchego, niezbyt słodkiego ciasta, masa jabłkowa kwaskowata i pachnąca cynamonem i spód z maślanej kruszonki posypany z wierzchu cienką warstwą cukru pudru.

Nie lubię w szarlotce proszku do pieczenia, ścierania wierzchniej części ciasta na tarce, nie lubię zagęszczania jabłek mąką ziemniaczaną, czy kukurydzianą, nie lubię warstwy bezy pod kruszonką...

Nie mówię, że takie ciasta są złe, ale to dla mnie nie jest idealna szarlotka. Czasami dodaję do jabłek mielonych goździków, rodzynek, czy posiekanych orzechów włoskich, ale jeżeli mówimy o klasycznej szarlotce, to znajdziecie na nią przepis poniżej.

Do szarlotki lubię mieszać różne gatunki jabłek: kwaśne szare renety i boskopy i słodkie golden delicious. Te kwaśne to jakieś trzy czwarte masy jabłkowej. Jeżeli nie możecie kupić boskopów (w Wielkopolsce do kupienia na każdym targu :-)), to użyjcie tylko szarej renety i golden delicious (można je zastąpić championami).

Spód do ciasta zawsze podpiekam. Dzięki temu pozostaje chrupiący. Lubię go posmarować cieniutką warstwą konfitury z płatków róży. Nadaje to szarlotce delikatnego, a niezwykłego smaku i zapobiega utracie kruchości przez ciasto.

Nad tym przepisem trochę pracowałam i udoskonalałam go, chcąc osiągnąć smak idealnej dla mnie szarlotki. Teraz jestem już z niego bardzo zadowolona, więc puszczam go w świat i dzielę się nim z Wami.

Szarlotkę z tych proporcji piekę w ceramicznej formie do tart o średnicy 30 cm Jeżeli będziecie piec ciasto w metalowej formie, czas pieczenia trzeba będzie trochę skrócić.

I nie będę już mówić, że kulka lodów waniliowych podana z kawałkiem podgrzanej (w piekarniku, a nie mikrofalówce) szarlotki, tworzy wszystkim znany, ale cudowny zestaw. 





Szarlotka z kruszonką (ulubiona)


masa jabłkowa
1300 g jabłek (1000 g kwaśnych odmian typu szara reneta, boskop i 300 g słodkiej odmiany typu golden delicious)
135 g cukru
1 łyżka mielonego cynamonu

ciasto
250 g mąki pszennej tortowej
150 g miękkiego masła
2 żółtka
50 g cukru pudru
szczypta soli
2 łyżki (30 ml) śmietanki kremówki
2 łyżki cynamonu

kruszonka
150 g miękkiego masła
100 g cukru pudru
1 łyżeczka pasty z wanilii lub naturalnego ekstraktu
szczypta soli
200 g mąki pszennej tortowej

Przygotować masę jabłkową.
Jabłka obrać, wykroić bardzo starannie gniazda nasienne, a miąższ pokroić w 1 cm kostkę. Włożyć owoce do garnka, przykryć go przykrywką i dusić do miękkości na małym ogniu. Zdjąć pokrywkę, dosypać cukier i cynamon, wymieszać i dusić jeszcze 1-2 minuty.
Odstawić do wystudzenia.

Przygotować ciasto.
Zmiksować miękkie masło z cukrem i solą. Dodać żółtka i śmietankę i zmiksować do połączenia. Dodać mąkę i zmiksować szybko do uzyskania ciasta.

Formę do tart o średnicy 30 cm wysmarować masłem. Na dno położyć kawałek papieru do pieczenia. Ciastem wyłożyć dno i częściowo boki formy.
Wstawić na godzinę do lodówki (można i na całą noc).

Przygotować kruszonkę.
Zmiksować miękkie masło z cukrem, wanilią i solą. Zmiksować szybko z mąką. Przez chwilę wyrabiać ciasto dłońmi, aż do powstania większych i mniejszych kawałków kruszonki.
Wstawić miskę z kruszonką  na godzinę do lodówki (można i na całą noc).

Nagrzać piekarnik do 180 stopni C. Schłodzone ciasto ponakłuwać widelcem i wstawić do piekarnika na około 15 minut. Ciasto powinno się lekko podpiec i delikatnie zrumienić.

Formę wyjąć z piekarnika i na cieście delikatnie rozprowadzić 3 łyżki konfitury z płatków róży. Na nie wyłożyć masę z jabłek. Na wierzchu równomiernie rozsypać kruszonkę i wstawić formę ponownie do piekarnika. Piec ciasto jeszcze około 40-45 minut, aż kruszonka nabierze złotego koloru.

Wyjąć z piekarnika i wystudzić. 

Wystudzoną szartlotkę posypać delikatnie cukrem pudrem.






LinkWithin

Related Posts with Thumbnails