niedziela, 9 lutego 2014

Paryskie kulinaria, l'epicerie de Bruno i ananasy w rumie.


Kiedy tak sobie myślę o moich paryskich podróżach, to dochodzę do wniosku, że mam niesamowite szczęście do ludzi i miejsc. Wiele osób narzeka na Francuzów, a zwłaszcza na Paryżan, ale ja nie mogę się do tego dołączyć. W Paryżu mówię po francusku typu "Kali jeść" i w większości porozumiewam się po angielsku, ale zawsze stykam się z wielką serdecznością. 
Ostatnio w Paryżu zatrzymałam się w hotelu w okolicach rue Montorgueil i kilka razy dziennie przechodziłam uliczką  rue Tiquetonne. Pierwszego dnia pobytu zaintrygował mnie maleńki sklepik z przyprawami L'epicerie de Bruno, który się tam znajdował. Weszłam do środka, pooglądałam, coś kupiłam, zamieniłam kilka słów z właścicielem i poszłam dalej. Następnego dnia rano spotkałam właściciela przed sklepem szykującego się do otwarcia i znowu zamieniliśmy kilka słów. Wracając, spotkałam go palącego papierosa i znowu krótka pogawędka. Następnego zaprosił mnie do sklepu przed otwarciem, żeby pokazać nową dostawę, po południu, żeby opowiedzieć o jaśminie, wieczorem kiedy zamykał, zdążył mi polecić bistro na kolację. I tak, przez cały mój pobyt kilka razy dziennie rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Wiadomości o świecie przypraw, które sprzedawane są w tym sklepiku chłonęłam jak gąbka, bo bogactwo tamtejszego asortymentu jest niesamowite. Tam poznałam aromat wanilii z Kongo, Tahiti i wyspy Reunion i... przepadłam. Wąchając wanilię umieszczoną w szklanych fiolkach, przypomniałam sobie jak to robiłam ponad trzydzieści lat temu w kuchni mojej babci. To takie wspomnienie, które do mnie wróciło po tylu latach, pod wpływem zapachu. 
Nauczyłam się tam też oceniać jakość waniliowych lasek. Od tego czasu jestem bardzo uważna kupując wanilię. 

Jak będziecie w Paryżu i będziecie chcieli kupić niezwykłe i zwykłe, doskonałej jakości przyprawy to polecam Wam ten sklepik. Nie dlatego, że właściciel jest przemiły, ale dlatego, że ma wielką wiedzę, którą chętnie się dzieli i olbrzymi wybór doskonałej jakości przypraw. To miejsce to skarb. 

W czasie mojej paryskiej przygody spotkałam jeszcze jedną niesamowitą osobę, która wprowadziła mnie w świat przypraw, ale to już będzie inna historia.

Dzisiaj mam dla Was prosty przepis na ananasy w waniliowym rumie. To  wspaniały deser, dodatek do lodów, baza do drinków (z sokiem z limonki, wodą i lodem), jak też kulinarny prezent. Ważne, żeby ananas był dojrzały.

L'epicerie de Bruno
30 Rue Tiquetonne, 75002 Paris,
czynne od wtorku do soboty: 10.30-14.30 i 15.30-19.30








Ananasy w rumie waniliowym

1 duży, świeży i dojrzały ananas
500 ml jasnego rumu
1 laska wanilii
4 łyżki brązowego, trzcinowego cukru 

Laskę wanilii przekroić na pół i wydrążyć czubkiem noża rdzeń. Ananasa obrać ze skórki (wyciąć też twarde oczka na powierzchni) i wykroić twardy rdzeń. Pokroić w plastry, a następnie w 2 cm kawałki. Włożyć do słoja. Dodać laski i rdzeń wanilii. Zasypać cukrem i zalać rumem. Jeżeli ananas nie jest zbyt słodki, dodać jeszcze 1 łyżkę cukru. Zamknąć słoik i zostawić na 2 tygodnie. Od czasu do czasu potrząsać słojem, żeby całość wymieszać.



Przepis Sigrid Verbert z książki "Smakowite prezenty"

13 komentarzy:

  1. bardzo ładne zdjęcia i ciekawy pomysł na połączenie ananasa z rumem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że Ci się podoba.

      Usuń
  2. piękne zdjęcia, a ananas cudny!

    OdpowiedzUsuń
  3. jak w laboratorium!:)
    fajne miejsce

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest - fiolki, słoiczki, buteleczki...

      Usuń
  4. Mam tę książkę i też mam w planach zrobienie takiego ananasa :) z rumem i wanilia na pewno świetnie się skomponuje smakowo :) A książkę bardzo lubię, jest świetnie wydana i ma zachwycające fotografie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo lubię tę książkę. Dla mnie jest to jedna z najlepszych książek kucharskich przetłumaczonych na polski. Świetne przepisy, piękne zdjęcia i fajne pomysły. Ja dałam połowę mniej rumu niż w oryginalnym przepisie i myślę, że to była bardzo dobra decyzja.

      Usuń
  5. Pod urokiem tej księgi po raz pierwszy zrobiłam chatnej :)

    OdpowiedzUsuń
  6. z Paryżaninami jest podobnie jak z naszymi rodakami za granica. zachowanie pewnej, mam nadzieje niezbyt licznej grupy wyrabia opinie całej reszcie. sama znam paru sympatycznych Paryżan i nie powiem, żebym spotkała się z jakąś przesadna nieuprzejmością w tym mieście. natomiast jak widzę zachowanie się turystów z paryska rejestracja na naszej prowincji to nie mam złudzeń, ze to jakaś inna "lepsza" rasa.
    przyprawy najczęściej kupuje w egzotycznych sklepikach w Belleville gdzie oprócz samych przypraw wiszą suszone jaszczurki i amulety na szczęście :)
    pozdrawiam z zalanej Bretanii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym całkowicie. Często naszą opinię wyrabiają te małe grupy z którymi się stykamy. Ja nieraz czerwieniłam się za Polaków spotkanych zagranicą. Co do Paryżan na prowincji. Coś w tym jest. Dobrze to obrazuje nasza historia z wiejskiej przychodni. Musieliśmy kiedyś skorzystać z usług przychodni w małej wiosce nad morzem. Weszliśmy, mówimy dzień dobry i z czym przyszliśmy. Lekarz spytał się nas o adres, który musiał zapisać na recepcie i jak mu odpowiedzieliśmy to zdumiony mówi, że jak Warszawiacy przychodzą do niego, to nie mówią na wstępie dzień dobry tylko:"jesteśmy z Warszawy". :) Pozdrawiam uroczą Bretanię. Czy u Was czasami nie pada?

      Usuń
  7. :) no właśnie coś w tym stylu
    nie, padać nie pada ... LEJE i wieje :( zalane drogi, pola, wyrwy w podmytych drogach, przewracające się drzewa, które już nie maja się czego trzymać korzeniami, niektórzy przekonali się, ze mieszkają poniżej poziomu morza :/ i tak od Wigilii. czegoś takiego jeszcze nie przerabiałam tutaj choć już przeżyłam kilka powodzi.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails