niedziela, 29 lipca 2012

Love story z espadrylami w tle i tarta owocowa Christine Ferber.


Wróciliśmy. Przywitał nas upał i ukochany dom. Z wysokimi temperaturami radzę sobie już całkiem nieźle. Skwar na południu Francji i w Szwajcarii był dla mnie dobrą szkołą. Za nami niezwykłe miejsca, przygody, smaki. Wspaniała podróż pełna wrażeń i wspaniałych przeżyć. Teraz nadszedł czas na rozpakowanie bagaży, przejrzenie blisko czterech tysięcy zdjęć i ułożenie sobie w głowie wszystkich przeżytych chwil. Dużo tego wszystkiego. 

Tydzień temu była nasza rocznica ślubu. Byliśmy wtedy w Prowansji w naszym ukochanym miejscu. Kamienny, tradycyjny dom, cudowni prowansalscy gospodarze i nasze święto. Słońce grzało od samego rana, cykady szalały, a nas otaczał zapach dzikiego tymianku, rozmarynu i lawendy, który roznosił na około silnie wiejący mistral. Francuzi cmokali niezadowoleni z wiatru, a my byliśmy szczęśliwi. Zimny wiatr dawał ukojenie rozgrzanym ciałom i porywał wszystko co spotykał na swojej drodze. Po pysznym, tradycyjnie francuskim śniadaniu, wyruszyliśmy w drogę. Targ staroci w L'Isle-sur-la-Sorgue, czterogodzinny, niesamowity obiad w wyróżnionej przez Michelin restauracji i wizyta w słynnych winnicach Châteauneuf-du-Pape. Tak wyglądał ten nasz dzień. Poza planem dostaliśmy siedzenie na brzegu Rodanu w porywającym wietrze i obserwowanie akcji gaśniczej lasu przeprowadzanej przez samoloty Canadair. To naprawdę robi wrażenie, kiedy pod nosem trzy samoloty podchodzą do lądowania na rzece, nabierają wodę, wznoszą się wypełnione nią i lecą na drugi brzeg, żeby wypuścić tony wody na płonący las. 
Tak siedzieliśmy sobie patrząc na to wszystko. Nad nami prażące słońce i niebo o niezwykłym kolorze, wokół nas szalejący mistral, a na stopach espadryle. Już takie dobrze zużyte, lekko spłowiałe od słońca, najwygodniejsze. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz mojego przyszłego męża miał na sobie espadryle. Wokół nas była szarość i bród warszawskiego dworca wschodniego, a ja widziałam tylko te szmaragdowe espadryle na opalonych, gołych stopach. On podobno zapamiętał mnie całą z tej chwili, ja tylko te stopy. Minęło dwdzieścia kilka wspólnych lat, a my wspólnie w espadrylach, świętowaliśmy  naszą rocznicę ślubu pijąc najdroższe w życiu wino. Zaszaleliśmy i kupiliśmy jeszcze jedną, szlachetną butelkę wina, której kilkuletnie leżakowanie nada jeszcze pełni. Wypijemy ją na trzydziestą rocznicę ślubu.

Dzisiaj dzielę się z Wami tylko odrobiną tego co za nami. Muszę sama wszystko ułożyć w swojej głowie i ochłonąć. A było tego trochę. Wspaniały pobyt w Alzacji i wina z tego regionu i słodkości i konfitury Christine Ferber, tydzień na barce po kanałach Langwedocji, kilka dni w Prowansji, czekoladowe warsztaty w najstarszej fabryce czekolady w Szwajcarii, wytwórnie serów, tłocznie oliwy. Przygody, nieprzewidziane sytuacje, wspaniałe pikniki, nowe smaki i wspaniali ludzie... Mam co Wam opowiadać.

Dzisiejszy przepis to taka kwintesencja naszych wakacji. Przepis Christine Ferber (której poświęcę osobny post) na letnią tartę owocową z kremem z dodatkiem werbeny. Uwielbiam ten smak. Tak dla mnie smakuje Prowansja.
Udanego, letniego tygodnia Wam życzę. Dziękuję za Wasze komentarze i maile. Będę na nie wkrótce odpowiadać.







Tarta owocowa z kremem werbenowym

kruche ciasto
250 g mąki pszennej
75 g cukru pudru
150 g miękkiego masła
1 jajko lekko ubite
1/4 łyżeczki soli
1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią
masło do wysmarowania formy

werbenowy krem  pâtissière
500 ml (2 szklanki) mleka pełnotłustego
2 x 10 cm gałązki z listkami świeżej werbeny cytrynowej lub 1 łyżka wysuszonych liści
125 g drobnego cukru
5 żółtek
50 g śmietanki kremówki
40 g mąki ziemniaczanej lub skrobi kukurydzianej

obłożenie
400 g letnich owoców (jagód, truskawek, malin, porzeczek...)

Zmiksować w misce masło z cukrem pudrem, cukrem waniliowym, solą i jajkiem. Dodać mąkę i krótko zmiksować do połączenia się składników. Z ciasta uformować płaski dysk, zawinąć go w folię spożywczą i włożyć do lodówki na 3 godziny (lub całą noc). Ciasto wyjąć z lodówki, odstawić na kilka minut, żeby lekko zmiękło i rozwałkować na średnicę około 30 cm. Posmarować masłem foremkę do tart o średnicy 28 cm. Wyłożyć ją ciastem i przyciąć brzegi do wielkości formy. Wstawić formę z ciastem do lodówki na 30 minut. Wyjać ciasto z lodówki i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na około 20 minut. Upieczone ciasto powinno być złociste. Ja swoje piekłam przez połowę czasu obciążone kulkami ceramicznymi ułożonymi na cieście na arkuszu papieru, następnie zdjęłam je razem z papierem do pieczenia i dopiekłam ciasto na złoto. Ciasto pozostawić do całkowitego wystudzenia.
W rondlu zagotować mleko ze śmietanką i z listkami werbeny. Zdjąć je z ognia i odstawić na 30-40 minut do naciągnięcia. Po tym czasie mleko przecedzić i ponownie zagotować. Kiedy mleko się podgrzewa zmiksować żółtka z cukrem i z mąką. Cały czas miksując dolewać do żółtek wąskim strumieniem gorące mleko. Przelać całość z powrotem do rondla i ponownie podgrzewać do zgęstnienia kremu cały czas mieszając. Krem powinien być gładki i jedwabisty, bez grudek. Krem przełożyć do czystej miski, przykryć folią spożywczą (tak, żeby przylegała do powierzchni kremu) i odstawić do wystudzenia. Następnie przełożyć do lodówki do schłodzenia (można go tam przechowywać do 24 godzin).
Krem wyłożyć na upieczony spód. Wierzch przybrać owocami. 
W gorące dni tartę przechowuję w lodówce. 



Przepis Christine Ferber z książki "Mes tartes".

środa, 11 lipca 2012

W drogę ku francuskiej przygodzie. I ciasteczka na drogę.



Nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. Torby spakowane, plany zrobione i wyruszamy ku przygodzie. Trzy tygodnie wakacji pod francuskim i szwajcarskim niebem przed nami. Ostatni okres to było dla mnie istne szaleństwo. Dużo spraw do załatwienia, do zrobienia, a upalna aura nie sprzyjała działaniom. Czasami miałam wrażenie, że ze wszystkim mam pod górkę. Sprawy się mnożyły, czasu brakowało, a upał doskwierał. 
Teraz przed nami nowe doświadczenia, ciekawe miejsca, leniwe dni, nowe smaki i zapachy i dużo wrażeń. 

Dwie kobiety, pięciu mężczyzn (w tym trzech nieletnich), rowery i duża, biała barka na francuskim kanale. Brakuje tylko wąskiego psa*. Stare miasta, małe wioski, kilometry winnic i aleje obrośnięte platanami. Tak wygląda nasza główna część wakacji. Sama jestem ciekawa jak to będzie. To moje pierwsze doświadczenie z podróżowaniem barką, z pokonywaniem śluz, z nocowaniem na kanale i ze smakami Langwedocji.
Jak mi się uda od czasu do czasu odezwę się do Was. Na razie się żegnam i życzę Wam wspaniałych lipcowych dni, gdziekolwiek będziecie. 

Zostawiam Wam przepis na pyszne ciasteczka z dodatkiem prażonych, solonych orzeszków makadamia. W ciasteczkach jednym z głównych składników jest serek Philadelphia. To taki przepis, gdzie łączy się smak słony i słodki. Bardzo to lubię.
*W nawiązaniu do książki "Z wąskim psem do Carcasonne" - autor Terry Darlington.



Serowe ciasteczka z orzechami makadamia
Macadamia cream cheese cookies

280 g (2 szklanki) mąki pszennej
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
120 g serka Philadelphia
8 łyżek (120 g) masła (w temperaturze pokojowej)
1/2 szklanki jasnego, brązowego cukru
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
1 jajko
100 g posiekanych, solonych orzeszków makadamia (dałam makadamia i nerkowce)

W misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia i sól. Odstawić. W drugiej misce zmiksować serek z masłem na gładką masę. Dodać cukier, wanilię i jajko. Miksować przez 1 minutę. Dodać zawartość miski z sypkimi składnikami i miksować (krótko!) do połączenia. Dodać orzechy i wymieszać. Wstawić miskę z ciastem do lodówki na 3 godziny (lub na całą noc). Ze schłodzonego ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego i układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec przez około 15-18 minut na złoto w temperaturze 180 stopni C.



niedziela, 1 lipca 2012

Kurki i makaron czyli szybkie letnie danie.


Jeszcze niedawno tęskniłam za ciepłem, a dzisiaj marzę o chłodzie. Kiedy słupek rtęci na termometrze przekracza 30 stopni, zwalniam obroty i tak naprawdę nie mam energii na nic. Po raz pierwszy cieszy mnie perspektywa zakupów  w centrum handlowym. Z klimatyzowanego samochodu do klimatyzowanego sklepu. Chyba tylko na to mnie dzisiaj stać. Gdyby nie zaistniała konieczność zrobienia ostatnich zakupów przed wyjazdem, nic nie wyciągnęłoby mnie na chodzenie w weekend po centrum handlowym. 
Jak wyszłam dzisiaj rano do ogrodu na poranną kawę uderzyła mnie fala gorącego powietrza. Była 7 rano,  a upał panował już tropikalny.
 Pamiętam skwarne dni pod koniec sierpnia w Bukareszcie. Środek dnia spędzaliśmy w chłodnym mieszkaniu, oddając się sjeście, czytaniu i popijaniu zimnej lemoniady. Popołudnia to był czas zwiedzania i poznawania miasta. Radziliśmy sobie w czasie gorących wieczorów prostym rozwiązaniem. Godzina spacerów po parkach (a tych mają bardzo dużo) i starych uliczkach, następnie wizyta w klimatyzowanym muzeum (a te mają wspaniałe), godzina spacerów.... Pewnego popołudnia razem z synkiem poniosło nas w miasto daleko. W okolicy nie było żadnego muzeum, a temperatura w cieniu przekraczała 42 stopnie. W słońcu...  wolę nie wiedzieć. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że dalej już nie dam rady iść. Zadzwoniłam do męża... przyjedź po nas, bo wtapiamy się w asfalt. Nie zapomnę tej chwili, kiedy wsiedliśmy do chłodnego samochodu. To było jak dotknięcie raju. 

Dobrze zrobiło mi napisanie tych słów. Dzisiejsze temperatury to jednak nic strasznego przy tamtych. Chyba zdobędę się na trochę aktywności. 



Letni makaron z kurkami

250 g makaronu
400 g kurek
2 szalotki (lub 1 średnia cebula) drobno posiekane
2 ząbki czosnku drobno posiekane
200 g śmietanki kremówki
2 łyżki masła
1 łyżka oliwy
2 łyżki posiekanych ziół typu szczypiorek, koper, kolendra lub 1 łyżka listków tymianku, estragonu, bazylii
sól
świeżo zmielony pieprz

Ugotować makaron w dużej ilości posolonej wody. Na patelni rozpuścić masło wraz z oliwą. Dodać oczyszczone i umyte kurki. Smażyć na średnim ogniu, mieszając od czasu do czasu przez 5 minut. Czas smażenia zależy od wielkości grzybów. Dodać szalotki i czosnek i mieszając smażyć 3 minuty. Ewentualnie dodać jeszcze 1 łyżkę masła. Wszystko powinno być zeszklone, a nie mosno przysmażone. Wlać śmietankę, połowę ziół, sól i pieprz. Dusić przez 2 minuty, częściowo odparowując śmietankę. Dodać ugotowany i odcedzony makaron. Podgrzewać mieszając przez 1-2 minuty. Posypać resztą ziół i ewentualnie świeżo startym parmezanem lub gruyerem. Podawać od razu.



LinkWithin

Related Posts with Thumbnails