wtorek, 31 maja 2011

Domowa spiżarnia. Konfitury z rabarbaru, jabłek i owoców goji.



Owoce goji zaliczam do tej samej grupy produktów co ziarno quinoa i tonka. W jakiejś części świata znane od setek lat, dla pozostałych odkryte niedawno. Szybko zdobyły popularność, ze względu na smak i swoje właściwości. Myślę, że częściowo z ich popularnością wiążę się też potrzeba odkrywania nowych smaków i składników.

Czym właściwie jest owoc goji? To mała (2 cm), czerwona jagoda rosnąca na krzewie rośliny Lycium Barbarum (kolcowój szkarłatny). Wysokie na trzy metry krzewy porastają wzgórza i doliny Tybetu, Chin i Mongolii. Owoce wymagają specjalnej metody zbioru. Świeże po zetknięciu z dłońmi ulegają utlenianiu i ich skórka przybiera czarną barwę. Żeby temu zapobiec, owoce strząsa się na maty i suszy w cieniu.
Wielu specjalistów od żywienia uważa jagody goji za jedno z najzdrowszych pokarmów występujących na Ziemi.  Owoce bogate są w składniki odżywcze, witaminy i minerały. Są bardzo bogatym żródłem białka. Zawierają 19 różnych aminokwasów, w tym 8 aminokwasów egzogennych (które występują, tylko w pożywieniu i nie są produkowane w organizmie ludzkim). Goji to też bogate źródło pierwiastków śladowych. Zawiera ich w sumie 21, między innymi cynk, żelazo, miedź, wapno, german, selen i fosfor.  Owoce są też najbogatszym (z wszystkich produktów roślinnych) źródłem beta karotenu. Do tego należy jeszcze dołożyć bogactwo nienasyconych kwasów tłuszczowych (omega 6 i kwas linolowy) i antyoksydantów, działanie przeciwzapalne, wzmacniające odporność, obniżające poziom cholesterolu. Goji to też jedyny znany produkt naturalny, które stymuluje organizm do naturalnego produkowania hormonu wzrostu. Ma to wielki wpływ na spowolnienie procesów starzenia.
O owocach goji mogłabym pisać jeszcze długo, ale nie o to chodzi, żeby zarzucić Was encyklopedycznymi wiadomościami. Najważniejsze, że są bardzo zdrowe, smaczne i bez problemu można je kupić od pewnego czasu w Polsce. Ja przeważnie wykorzystuję je do ciast i ciasteczek (na przykład w zastępstwie żurawiny) i do dań mięsnych. 

Dzisiaj zaczynam na blogu cykl przepisów na przetwory. W mojej spiżarni zaczynają się piętrzyć słoiki wypełnione wiosennymi owocami. Teraz przyszedł czas na podzielenie się przepisami. Na początek zapraszam na pyszną konfiturę z rabarbaru, jabłek i owoców goji. Prosty przepis na bardzo udane i pyszne połączenie składników. 




Konfitura z jabłek, rabarbaru i owoców goji.
Apple rhubarb conserve with goji berries.

4 szklanki (440 g) pokrojonych w 1 cm kostkę, obranych i pozbawionych gniazd nasiennych jabłek (odmiany Golden delicious, Jonagold, Idared, Spartan)*
szklanki (220 g) pokrojonych w 1 cm kostkę, obranych i pozbawionych gniazd nasiennych jabłek (odmiany McIntosh, Cortland, Empire)**
3 szklanki (360 - 400 g) rabarbaru pokrojonego w 1 cm kawałki
3/4 szklanki (175 ml) wody
szklanki cukru
szklanka cukru żelującego (2:1)***
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/2 szklanki suszonych owoców goji (ewentualnie suszonej żurawiny)
1/4 szklanki calvadosu (opcjonalnie)

W dużym garnku o grubym dnie wymieszać oba rodzaje jabłek, rabarbar i wodę. Doprowadzić do zagotowania i gotować przez 5 minut mieszając od czasu do czasu. Dodać oba rodzaje cukru, cynamon, owoce goji i gotować mieszając (na dużym ogniu) przez 2 minuty. Dodać calvados i gotować jeszcze przez 1 minutę. Przełożyć gorące konfitury do wysterylizowanych, suchych słoików. Zakręcić i pozostawić do całkowitego wystudzenia. Sprawdzić czy wklęsły się denka pokrywek. 
Z przepisu wychodzi 8 słoików o pojemności 250 ml.

*jabłka odmian utrzymujących kształt po zagotowaniu
**jabłka odmian rozpadających się po zagotowaniu
*** 1 szklankę cukru żelującego można zastąpić szklanką zwykłego cukru i 55 g pektyny w proszku


Przepis z książki "250 home preserving favorites" autorstwa Yvonne Tremblay.

sobota, 28 maja 2011

Strawberry cheesecake ice cream czyli lody idealne.



Moje pierwsze wspomnienia związane z lodami to lody kupowane w pobliskiej, nieistniejącej już  restauracji Kaszubskiej. To były takie prawdziwe lody, robione ze śmietany, żółtek i owoców. Nakładane szpatułką wielkie porcje. Po zjedzeniu na podniebieniu czuć było masło. To lody mojego dzieciństwa. Potem były lody bambino jedzone na plaży drewnianymi patyczkami. Były śmietankowe i miały opakowanie przypominające małe kostki masła. Potem nastąpił przeskok do innego świata i poznałam smak lodów Häagen-Dazs i Ben & Jerry. I już nic nie było tak jak dawniej. Nie łatwo dawałam się namówić na zjedzenie kupnych lodów. W czasie podróży zawsze wypatrywałam w sklepach tych charakterystycznych pojemniczków i wtedy nic nie było wstanie powstrzymać mojego łakomstwa. Minęły lata i lody Häagen-Dazs można kupić też w Polsce. Sentyment do nich pozostał i nadal nie potrafię przejść koło nich obojętnie.

Dzisiejsze lody, mają smak idealny. Taki jak właśnie lubię. Połączenie słodyczy z lekką słonością serka Philadelphia. Są bardzo proste w wykonaniu, a fantastyczne w smaku. 


W następnym poście zapraszam Was na początek sezonu przetworów i kilka słów o owocach goji.


Strawberry Cheesecake Ice Cream

225 g śmietankowego serka Philadelphia
400 g słodzonego mleka w puszce
1/3 szklanki śmietanki kremówki
1 łyżeczka startej skórki z cytryny
1 1/2 szklanki świeżych truskawek
3 ciasteczka digestive połamane na 1/2 cm kawałki
                      
  • Zmiksować razem do połączenia się składników mleko skondensowane, kremówkę, serek i skórkę cytrynową. Przelać do plastikowego, płaskiego pojemnika i wstawić do zamrażalnika na 4 godziny. Truskawki zmiksować blenderem na gładko. Masę truskawkową przelać do pojemnika z lodami. Dodać pokruszone ciastka i wymieszać. Nie trzeba robić tego bardzo dokładnie. Pojemnik ponownie wstawić do zamrażalnika i zostawić go tam na minimum 8 godzin. Lody wyjąć z lodówki na 5-10 minut przed podaniem. Wtedy łatwiej nakłada się lody.

Przepis z książki: Spread a Little Joy" wydanej przez Kraft foods
.

piątek, 27 maja 2011

Prostota w wiosennym cieście czyli tarta rabarbarowa.


Często jest tak, że mamy wielką ochotę na coś słodkiego i domowego, ale czasu nam nie starcza na pracochłonne wypieki. Idealnym rozwiązaniem jest dzisiejsza tarta rabarbarowa. To takie połączenie rabarbarowego crumble z herbatnikowym spodem. Zwykle nie używam proszku do pieczenia do tart. Teraz zastosowałam się do przepisu. Wyszło pyszne ciasto, takie połączenie kruchego ciasta z maślanym herbatnikiem. Tarta fantastycznie smakuje na ciepło. Z kulką waniliowych lodów tworzy bajeczny smak. 
Miłego weekendu.

Tarta rabarbarowa.
Rhubarb tart.

ciasto
150 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
100 g miękkiego masła
85 g drobnego cukru
1 żółtko

nadzienie
300 g rabarbaru (obranego i pokrojonego na 1 cm kawałki)
2 łyżki brązowego cukru
50 g miękkiego masła
60 g drobnego cukru
50 g płatków owsianych
 1/4 startego ziarna tonka lub rdzeń z laski wanilii

Nagrzać piekarnik do 200 stopni C. W misce połączyć mąkę i proszek do pieczenia. Dodać bardzo miękkie masło i wymieszać całość palcami do uzyskania kruszonki. Dodać żółtko i cukier. Wymieszać całość do połączenia się składników. Ciasto wyłożyć do 20 cm, wysmarowanej masłem formy do tart. Wyrównać powierzchnię. Rabarbar wymieszać z brązowym cukrem, ziarnem tonka lub wanilią. Wyłożyć na wierzch ciasta. W miseczce wymieszać masło, cukier i płatki owsiane. Wyłożyć na wierzch nadzienia rabarbarowego. Ciasto wstawić do piekarnika i piec na złotobrązowo 20 - 30 min (u mnie 30 minut).


Przepis  Miisa Mink z książki "Nordic Bakery cookbook".

środa, 25 maja 2011

Skandynawskie drożdżówki z serem i rabarbarem.



Ostatnio zauważyłam u siebie pewne uzależnienie. Kilka razy w miesiącu przychodzi do mnie listonosz z przesyłką z książkami kucharskimi. Nie potrafię sobie odmówić kolejnej, która mnie zaintryguje. Moje szczęście w tym uzależnieniu polega na tym, że zakupy są bardzo udane. Jestem bardzo zadowolona z nowych nabytków. 
Z uzależnieniami trzeba jednak walczyć. Muszę i ja. Na szczęście mam wiele nowych książek pełnych przepisów, które będę testować. 

Zapraszam Was dzisiaj na bardzo proste i łatwe w wykonaniu drożdżówki z dodatkiem sera i rabarbaru. W oryginale dodatkiem do sera są kawałeczki ananasa z puszki. Nie czas teraz na ananasa, teraz jest czas rabarbaru. Kwaskowaty rabarbar i słodki aksamitny serek otulony drożdżowym ciastem to bardzo udane połączenie. Samo ciasto jest fantastyczne. Doskonale się formuje i wyrabia. Nie potrzebne jest podsypywanie blatu mąką. 


Drożdżówki z serem i rabarbarem.

ciasto
7 g suszonych drożdży
250 ml ciepłego mleka
1 jajko lekko ubite
85 g drobnego cukru
1/2 - 1 łyżeczka mielonego kardamonu
500 g mąki pszennej
100 g rozpuszczonego masła

1 jajko lekko ubite do posmarowania

nadzienie
2 jajka
170 g tłustego twarożku
130 g greckiego jogurtu
220 g rabarbaru pokrojonego w 1 cm kawałki 
2 łyżki drobnego cukru do posypania rabarbaru
2 łyżki miodu
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżeczki naturalnego ekstraktu z wanilii 

Drożdże wymieszać z ciepłym mlekiem i odstawić na 5 minut do rozpuszczenia. Dodać jajko, cukier, kardamon i 3/4 ilości mąki. Zmiksować (końcówki haki) do uzyskania miękkiego ciasta. dodać masło i resztę mąki. ponownie wyrobic do uzyskania gładkiego ciasta. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na 30 - 60 minut. Ciasto powinno podwoić swoją objętość. Ciasto wyjąć na blat i wyrabiać dłońmi przez 2 minuty. Z ciasta odrywać kawałki i formować kule. Lekko je spłaszczyć i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zachować 4 - 5 cm odstępy między kawałkami ciasta. Pozostawić do wyrośnięcia na 30 minut. Rabarbar wymieszać z cukrem. Wszystkie pozostałe składniki serowego nadzienia wymieszać razem. Dno kieliszka oprószyć mąką i wciskać go w środek każdego kawałka ciasta. Dzięki temu powstaną dołki do napełnienia nadzieniem. Każdy dołek napełnić serowym nadzieniem. Na wierzchu ułożyć kawałki rabarbaru. Brzegi ciasta posmarować rozbełtanym jajkiem. Drożdżówki piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 15-20 minut. Ciasto ma być złotego koloru. Studzić na kratce.



Przepis  Miisa Mink z książki "Nordic Bakery cookbook".

niedziela, 22 maja 2011

Jak z francuskiej piekarni III. Croissanty z nadzieniem migdałowym.



Uwielbiam migdałowe croissanty. W czasie pobytów we Francji zaczynam nimi dzień i kończę. W trakcie dnia również niejednokrotnie nie potrafię się im oprzeć. Na lotnisku po przylocie kieruję kroki do lotniskowej kawiarni i kupuję pierwszego, a potem... są następne. Zjadłam ich już dziesiątki (setki aż boję się napisać, ale tak może być). Jadłam te z najlepszych paryskich cukierni i z tych maleńkich lokalnych. Jednak najlepsze (i najtańsze) jadłam w maleńkiej, lokalnej piekarni w normandzkiej wiosce. Tego cudownego smaku nigdy nie zapomnę, a trafiłam tam przez przypadek, a dokładnie przez czerwone światła. 
Parę lat temu planowaliśmy rodzinny pobyt we Francji. Był środek lata i chcieliśmy pokazać dzieciom Normandię i Bretanię. Niestety sprawy zawodowe mojego męża uniemożliwiły nam wspólny wyjazd. Mogliśmy odłożyć eskapadę na następny rok albo mogłam jechać sama z dziećmi. Nie byłam pewna czy dam radę. W końcu, musicie o tym wiedzieć, jestem kierowcą autostradowo - miejskim. Korki to moje środowisko, autostradą też nie pogardzę, ale zasadniczo, żeby jechać muszę mieć po dwa pasy w każdym kierunku. Wszelkie wyjazdy weekendowo wakacyjne to działka mojego męża. On urodził się z kierownicą w ręku. Przejechać dla niego tysiąc kilometrów to sprawa normalna, dla mnie sto stanowiło problem. Podjąć decyzję pomogła mi wiara męża w moje umiejętności. Powiedział krótko: dasz radę, a jeżeli nie, wiem, że zawrócisz. 
Kilka dni później siedzieliśmy w samolocie. Jak nam się leciało, a emocji było wiele, możecie przeczytać TUTAJ
Potem były już tylko piękne chwile. Pobyt w ukochanym Paryżu, odkrywanie nowych miejsc, odwiedzanie znanych. I nadszedł dzień wyjazdu dalej. Pożyczony samochód (oczywiście Peugeot, w końcu miały być francuskie klimaty) i w drogę. Pierwszych stu kilometrów nigdy nie zapomnę. Ciągle byłam zaskoczona, że daję radę, zastanawiałam się czy nie powinnam zrobić przerwy na odpoczynek i zadawałam sobie pytania czy ja jestem odpowiedzialna...  A potem...  prawie dwa tysiące kilometrów w kilka dni, jazda po stromych, średniowiecznych uliczkach szerokości samochodu ze złożonymi lusterkami, parkowanie jak Francuzi na miejscach długości samochodu i... miałam z tego wiele radości. Z tej wyprawy wróciłam jako zupełnie inny kierowca. Za nami był pożar na autostradzie, najbardziej zakorkowany weekend we Francji, kiedy wszyscy obywatele wyruszyli na wakacje, ulewa tak wielka, że zepsuły się wycieraczki,  przekonanie policjanta, że tego wykroczenia, o które mnie podejrzewa nie zrobiłam... I mnóstwo wspaniałych chwil.
Przez pierwsze dni jeździliśmy wg wcześniej ustalonego planu, a potem był żywioł. Pikniki na plaży w ustronnych zatoczkach, odwiedziny u lokalnych producentów calvadosu i cydru, zajadanie się naleśnikami, zwiedzanie urokliwych miasteczek, zachody słońca przy latarniach morskich. Bajka. 
Któregoś dnia wyruszyliśmy skoro świt do Mont St Michel. Bez śniadania, bo było bardzo rano. Głód dokuczał nam coraz bardziej, ale żadna napotkana kawiarnia nie podobała się nam wystarczająco. I wtedy w wiosce, przez którą przejeżdżaliśmy zapaliły się czerwone światła. Stanęliśmy. Kiedy zapaliły się zielone, dzieci krzyknęły: piekarnia po prawej. Szybki skręt i po chwili otwieraliśmy drzwi piekarni. Ten zapach, który otoczył nas po otwarciu drzwi, zapamietam na zawsze. Wybraliśmy parę brioszek i kiedy przyszło do płacenia, piekarz wyniósł wielką blachę gorących migdałowych croissantów. Szybka zmiana zamówienia i po chwili zajadaliśmy się, siedząc na kamiennym murku, najlepszymi croissantami w życiu. Gorąca kawa w papierowym kubku, ciepłe croissanty i gołe stopy oparte o nagrzane kamienie. To było jedno z najwspanialszych śniadań w moim życiu. 

Dzisiejsze croisanty przenoszę mnie myślami do tamtych chwil. Przepis jest tak prosty jak niemiecka autostrada równa. Chwila mieszania, a potem cudowna rozkosz dla naszego podniebienia. Ten przepis to baza. Reszta zależy do Waszej inwencji. Możecie do kremu migdałowego dodać kawałki czekolady, świeże maliny, lemon curd, konfiturę z róży, nutellę. Pamiętajcie tylko o jednym. Kupcie najlepsze croissanty, jakie znajdziecie. MUSZĄ być zrobione na maśle. Kiepskie, upieczone na margarynie albo innym tłuszczu cukierniczym odbiorą Wam 90% przyjemności.

Inne moje ulubione przepisy na wypieki jak z francuskiej piekarni znajdziecie poniżej.



Croissanty migdałowe.
Croissants aux Amandes

6 croissantów (kupionych przynajmniej dzień wcześniej, muszą być lekko podsuszone)
2 - 4 łyżki płatków migdałowych
cukier puder 

 syrop 
2 łyżki cukru 
2 łyżki rumu 
1 szklanka wody 

nadzienie migdałowe 
100 g cukru 
100 g zmielonych migdałów
100 g miękkiego masła 
szczypta soli
2 jajka
1/2 łyżeczki naturalnej esencji waniliowej 

Syrop: do rondelka wlać wodę, dodać cukier i rum. Gotować na średnim ogniu mieszając. Doprowadzić do wrzenia i gotować 1-2 minuty. Zdjąć z ognia  i pozostawić do wystudzenia. Przelać do głębokiego talerza. 

Nadzienie migdałowe: przesypać cukier, zmielone migdały i sól do miski i dokładnie wymieszać. Dodać masło i zmiksować na gładką masę. Dodać jajka, po jednym na raz, cały czas miksując.
Nagrzać piekarnik do 180 stopni C. Wyłożyć blachę do pieczenia pergaminem.
Przekroić rogaliki na pół.
Każdą połówkę zamoczyć w syropie, tak aby całe były zwilżone. 
Położyć na pergaminie dolną połówkę croissanta i posmarować ją (grubo) nadzieniem migdałowym. Przykryć górną częścią rogala. Posmarować górę nadzieniem i posypać płatkami migdałowymi.
Wyjeżdżam na kilka dni. W tym czasie nie będę miała możliwości odpowiedzi na Wasze komentarze, ale z wielką przyjemnością przeczytam je po powrocie. Na następny post zapraszam w środę wieczorem.
Piec  croissanty ok. 12-13 minut, aż płatki się zezłocą. Ostudzić na kratce. 
Pyszne są lekko ciepłe.
 



przepis Clotilde Dusoulier z (Chocolate & Zucchini)

sobota, 21 maja 2011

Tarta na maj - cytrynowo szparagowa.



Na moim targu coraz mniej szparagów. Ceny idą w górę, a sprzedawcy dramatycznym głosem wieszczą zbliżający się koniec sezonu. Staram się nie poddawać tym czarnym przepowiedniom i cieszę się, że jeszcze trochę podelektujemy się szparagami.
Dzisiaj zapraszam na bardzo prostą i dobrą tartę ze szparagami i cytrynowym akcentem. Dobrze smakuję również wystudzona. Mój mały - duży synek razem z kolegami zajadał się tymi małymi w szkole na drugie śniadanie. 

Ostatnio smaruję wierzch podpieczonej tarty rozbełtanym jajkiem, które później dodaję do nadzienia. Nadzieniu uszczuplenie tak małej ilości jajka nie szkodzi, a ciasto jest dzięki temu chrupkie i nie rozmiękka od nadzienia. Ciasto po posmarowaniu piekę jeszcze kilka minut. 



Tarta ze szparagami i cytrynowym serkiem ricotta.

kruche ciasto*
250 g mąki
150 g masła
1/2 łyżeczki soli
1 jajko lekko ubite widelcem
1 łyżka mleka

nadzienie
2 jajka i 1 żółtko
150 ml śmietanki kremówki
150 g sera ricotta
skórka starta z 1/4 cytryny
sok z 1/2 cytryny
pęczek zielonych szparagów
sól morska do smaku
posiekane liście mięty

Ciasto: wszystkie składniki połączyć przy pomocy miksera lub rąk do uzyskania gładkiego i spójnego ciasta. Uformować kulę, lekko ją spłaszczyć. Owinięte folią spożywczą ciasto wstawić do lodówki na 1 godzinę. W lodówce można je przechowywać do 5 dni, a w zamrażalniku do 3 miesięcy. Formę do tart wysmarowć masłem lub wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto rozwałować i przełożyć do formy. Ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i na wierzch wysypać  fasolkę lub ceramiczne kuleczki do pieczenia. Formę wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni C i piec przez 20 minut. Zmniejszyć temperaturę do 180 stopni, usunąć z ciasta papier z fasolkami (kulkami) i podpiec je jeszcze przez 8 minut. Ciasto ma się lekko zezłocić.

Nadzienie: umyć szparagi i odłamać im twarde końcówki (przytrzymać szparaga w 1/3 jego długości - licząc od końca- i zgiąć, szparag sam się złamie w miejscu, gdzie kończy się twarda część). Szparagi włożyć do gotującej się, lekko osolonej i pocukrzonej wody. Gotować kilka minut na chrupko. Wyjąć i odłożyć do przestudzenia. Jajka i żółtko lekko rozbełtać widelcem, a następnie wymieszać z solą, skórką i sokiem z cytryny, śmietaną i serkiem. Masę wylać na gorące ciasto wyjęte z piekarnika. Na wierzchu ułożyć szparagi. Piec w 180 stopniach przez 20-30 minut na złoto. Wyjąć tartę z piekarnika i pozostawić do lekkiego przestudzenia na 10 minut. Posypać miętą. Tę tartę lubię polać na wierzchu 1-2 łyżkami oliwy cytrynowej (oliwa z oliwek wyciskana razem ze skórkami cytrynowymi).

Rozbełtanym jajkiem do nadzienia smaruję cienko wierzch upieczonego ciasta. Jest wtedy bardziej chrupkie i nie namaka od nadzienia.

Kruche ciasto wg przepisu Michela Roux.





czwartek, 19 maja 2011

Korzenny makaron ze szparagami. Prosto i pysznie.



To ostatnio jedno z moich ulubionych, szybkich dań wiosennych. Niesamowicie aromatyczny makaron ze szparagami. Proste składniki, mało pracy, a duży efekt. Przygotowania trwają tyle co gotowanie makaronu. 
Spróbujecie?


Makaron ze szparagami i korzennym masłem.
Pappardelle with spiced butter.

100 g masła
2 łyżki oliwy
6 średnich szalotek drobno posiekanych w kostkę
1/4 łyżeczki nitek szafranu
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/2 łyżeczki słodkiej, mielonej papryki
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1/4 łyżeczki suszonej papryki chilli w płatkach
1/4 łyżeczki mielonej kurkumy
1/4 łyżeczki morskiej soli
250 g jajecznego makaronu pappardelle
250 g zielonych szparagów pokrojonych na 3 cm kawałki
1/2 szklanki (60 g) uprażonych nasion pinii
2 łyżki posiekanych liści mięty
2 łyżki posiekanych liści natki lub kolendry

W dużym garnku zagotować osoloną wodę. Dodać makaron. Na patelni rozgrzać masło i oliwę. Dodać szalotkę i smażyć ją  przez 6 minut. Szalotka powinna być szklista, a masło lekko zbrązowiałe. Dodać wszystkie przyprawy i sól. Pod koniec gotowania makaronu dodać do niego szparagi. Gotować na chrupko około 2-3 minuty. Odcedzić makaron ze szparagami. Dodać do korzennego masła. Wymieszać dokładnie. Przełożyć do miseczek. Posypać orzeszkami pinii i liśćmi mięty i natki. 

wtorek, 17 maja 2011

Flan z groszku i szparagów. W kolorach wiosny.


Lubię musy warzywne. Są proste i szybkie do wykonania, a bardzo smaczne i efektowne. Do tego dają wręcz nieograniczone możliwości. Teraz na wiosnę moje ulubione musy to ten dzisiejszy i zrobiony ze słodkiej, młodej  marchewki (przepis na mus marchewkowy znajdziecie tutaj). 




Mus z groszku i szparagów.
Garden peas & asparagus mousse.

2 łyżki oliwy z oliwek
300 g zielonych szparagów
300 g ziaren młodego groszku (może być mrożony)
2 arkusze (lub 2 łyżeczki) żelatyny
4 łyżki białego wina lub 3 łyżki soku z cytryny
140 ml śmietany kremówki
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
1/2 łyżki posiekanych liści świeżego estragonu

sos vinaigrette
2 łyżeczki musztardy Dijon
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
2 łyżki octu z białego wina
6 łyżek oliwy z oliwek
1-2 ząbki czosnku drobno posiekane
1/2 łyżki posiekanych liści świeżego estragonu
1/2 łyżeczki cukru

W miseczce wymieszać musztardę, czosnek, sól, cukier i pieprz. Cały czas miksując (najlepiej małą trzepaczką) dodawać oliwę do uzyskania gładkiego i aksamitnego sosu. Dodać 1/2 łyżki estragonu. Wymieszać. Pojemniczki w których będzie zastygać mus (u mnie 6 o pojemności 100 ml każdy) posmarować oliwą. Szparagi pokroić na kawałki i razem z groszkiem ugotować na parze. Można również ugotować warzywa w wodzie. Zmiksować je na gładką masę. Żelatynę namoczyć w winie lub soku cytrynowym. Podgrzać do rozpuszczenia. Dodać do zmiksowanych warzyw i wymieszać. Dodać śmietankę, resztę estragonu, sól i pieprz. Wymieszać i przelać do foremek. Wstawić do lodówki na około 3 godziny do ścięcia się masy. Podawać z mieszanką sałat polane sosem.

niedziela, 15 maja 2011

Zapachniało cynamonem. Klasyczne skandynawskie drożdżowe bułeczki.


Mam słabość do skandynawskich, drożdżowych wypieków. Nie wiem, czy to długie i ciemne zimy miały wpływ na stworzenie doskonałych receptur, czy były inne powody. W każdym bądź razie, nic tak nie smakuje, gdy za oknem chmury i deszcz, jak szwedzkie wypieki. Dzisiaj zapraszam na klasyczne cynamonowe bułeczki. Mocno maślane, pachnące cynamonem i kardamonem, idealnie słodkie. Doskonale smakują zarówno na ciepło, wyjęte prosto z pieca, jak i wystudzone. Zaletą tych bułeczek jest również duża prostota i przyjemność ich robienia. Ciasto doskonale się wałkuje i formuje. Nie potrzebne jest żadne podsypywanie wałka mąką. Ciasto rozwałkowałam na macie silikonowej. Ułatwia to bardzo rolowanie ciasta.
Przepis jest na dużą ilość bułeczek. Jeżeli będziecie robić je z połowy, dodajcie małe jajko. Ja zrobiłam z całości. Połowę uformowanych bułeczek zostawiłam na noc w lodówce do porannego wypieku. Nie zaszkodziło to ich konsystencji, ani smakowi.
Miłej niedzieli.

Polecam inne skandynawskie, drożdżowe wypieki.







Bułeczki cynamonowe.
Classic cinnamon buns.

ciasto
570 ml ciepłego mleka
150 g drobnego cukru
45 g świeżych drożdży
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
180 g rozpuszczonego masła
1 duże jajko
1 kg mąki

nadzienie
200 g masła w temperaturze pokojowej (bardzo miękkiego)
200 g ciemnego brązowego cukru
3 łyżki cynamonu

glazura
85 g drobnego cukru
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny
100 ml wody

Zmiksować  razem w dużej misce mleko, cukier, drożdże, kardamon, stopione masło i jajko. Cały czas miksując (końcówki haki) dodawać mąkę. Miskę z wyrobionym ciastem przykryć ściereczką i pozostawić na godzinę do wyrośnięcia (powinno podwoić swoją objętość). Ciasto przełożyć na lekko posypany mąką blat (zrobiłam to na silikonowej macie) i rozwałkować na grubość 1/2 cm. Na wierzchu rozsmarować miękkie masło na całej powierzchni. Jeżeli masło jest dobrej jakości i było pozostawione na kuchennym blacie przez 2 godziny po wyjęciu z lodówki, robi się to z łatwością. Całość posypać brązowym cukrem i cynamonem. Zrolować całe ciasto. Kroić na 6 cm bułeczki po skosie. Mają wyglądać jak trapezy ułożone do siebie w przeciwnych kierunkach. Środek każdego trapezu można lekko docisnąć patyczkiem ułożonym na płasko na cieście. Dzięki temu boki rozwiną się jeszcze ładniej w trakcie pieczenia. 
Bułeczki ułożyć na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pozostawić do ponownego wyrośnięcia na 30 - 60 minut (powinny podwoić swoją objętość). Wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni C. Piec 20 - 25 minut na złotobrązowo. Bułeczki wyjąć z piekarnika i posmarować glazurą. Wstawić je ponownie do piekarnika na 1 - 2 minuty. Wyjąć i wystudzić na kratce.

Glazura: zagotować cukier, wodę i sok z cytryny. Zmniejszyć ogień i gotować całość przez około 10 min do lekkiego zgęstnienia.  



Przepis  Miisa Mink z książki "Nordic Bakery cookbook".

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails