poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Co lubię i sałatka z pieczonej marchewki i ziaren quinoa.


Dwie Anny Marie (Kucharnia i Backwards-in-high-heels) zaprosiły mnie do zabawy w "LUBIĘ...". Zgodnie z zasadami (cytuję) powinnam wskazać 10 rzeczy, które lubię, podać krótkie uzasadnienie oraz wytypować 10 kolejnych blogów, by posłać zabawę dalej.

A ja lubię:


1. Start samolotem. Uwielbiam te emocje, które mi wtedy towarzyszą. Tę całkowitą zależność i oddanie się w ręce pilota i losu (mimo, że w życiu codziennym nie lubię takiej zależności). Te chwile, gdy rozpędzony samolot odrywa się od ziemi i te tony blachy przeciwstawiają się grawitacji. Niby rozumiem prawa fizyki, ale zawsze ten moment mnie dziwi i zachwyca. Jako dziecko miałam chorobę lokomocyjną. Mój tata w pewnym momencie "odmówił" wożenia mnie nad morze samochodem. Podróż trwała trzy razy dłużej. W związku z tym byłam wsadzana w samolot w Warszawie i odbierana w Gdańsku. Uwielbiałam to i... nie miałam choroby lokomocyjnej tam wysoko. Piękne wspomnienia.

2. Poranną kawę niespiesznie pitą o świcie i popołudnie z książką. Niezależnie od pory roku biorę kubek i wychodzę do ogrodu. Wtedy mam najwięcej pomysłów, energii. Snuję plany. Popołudnie, kiedy moje tempo zwalnia to czas gotowania, pieczenia i czytania.

3. Czas oczekiwania. Uwielbiam zaplanować sobie podróż z dużym wyprzedzeniem. Kupno biletów, a potem tygodnie planów, czytania książek o tym miejscu, wyszukiwania sklepów i restauracji, które odwiedzę w czasie podróży. Nie jestem dobrą klientką ofert last minute. Chociaż jak KTOŚ mi powie, może pojedziemy jutro do... jestem wtedy pierwsza spakowana.

4. Mój raj na ziemi nad morzem. Wspomnienia, piękne chwile, cudowne otoczenie i beztroska. Pogoda jest na drugim planie.

5. Paryż o każdej porze dnia i roku. Nigdy mi się nie nudzi i zawsze z radością tam jadę. Mam tam wydeptane swoje ścieżki, ukochane sklepy, muzea i restauracje. Każda podróż to jednak zawsze też nowe odkrycia.

6. Wyrabianie ciasta dłońmi.  To jak ciasto zmienia wygląd, konsystencję pod wpływem ciepła i ruchów rąk. Te fazy, które przechodzi od lepkiej brei do gładkiej kuli.

7. Rodzinne wyjazdy na narty w marcu. Kiedy mam wszystko naraz. Najbliższych, wiosnę i zimę w jednym miejscu, słońce i lazurowe niebo nad sobą i smakołyki włoskiej kuchni na wyciągnięcie ręki.

8. Pakowanie prezentów. To coroczne wymyślanie nuty przewodniej dekoracji choinki, stołu, opakowania prezentów. To zbieranie materiałów, malowanie, haftowanie, szycie, wypalanie... Co roku inaczej.

9. Podróżowanie.  Poznawanie nowych miejsc, odkrywanie "swoich" zakątków, sklepów, restauracji.  Zakupy na targach . Próbowanie innej kuchni, poznawanie nowych produktów. Uczucie zachwytu i ciekawości, które mi wtedy towarzyszy.

10. Jazdę na rowerze w sukience. Nie pytajcie się dlaczego.

Do zabawy zapraszam :

Basię odkrywa nowe i przypomina znane
Anoushkę wszystko co robi chcę zjeść
Lidkę odkrywa kulinarnie najdalsze zakątki świata
Polkę za cudowne zdjęcia i to co robi
Miss coco z którą podróżuję po cudownych miejscach
Spencera będzie najlepiej gotującym lekarzem
Antoniego potrafi przegonić najczarniejsze chmury.
Monikę w tym co pisze jest tyle ciepła, refleksji
Magdalenę cudownie pisze i promuje  polską kuchnię
Tilianarę szczęśliwie gotuje i ma cudowne pomysły

Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, ale dziesiątka zobowiązuje.


Dzisiaj zapraszam Was na sałatkę z dodatkiem ziaren quinoa. Dlaczego taką? Pierwszy raz jadłam quinoę wysoko w przestworzach, nad chmurami. Nie wiedziałam co jem, ale bardzo mi smakowało. Spytana stewardesa, nie umiała odpowiedzieć jak nazywają się te ziarenka. Zostało mi poszukiwanie. I nazwy i samego produktu. Trochę to trwało, ale się udało. Od tego czasu quinoa gości u nas stale. Mój synek jadłby ją codziennie. Drugi składnik to ciecierzyca, której nie cierpiałam, bo zawsze jadłam tę z puszki. Taka namoczona i ugotowana w domu była odkryciem. Jeszcze pieczona marchewka, clue tej sałatki. Pyszna, słodka i aromatyczna. Pieczenie warzyw wzmacnia ich smak i wydobywa z nich to co najlepsze. Do sałatki użyłam marokańskiej, mieszanki przypraw zrobionej przeze mnie. Nadmiar można przechowywać w szczelnym pojemniku. Przyprawa jest rewelacyjna. Moja ulubiona mieszanka do potraw z marokańskim twistem. I jeszcze dużo cytryny. Krótko mówiąc tak pyszna, że dzieciaki dopominają się o nią codziennie. Po powrocie z pracy domowe chwile zaczynam od pieczenia marchwi.




Marokańska sałatka z pieczoną marchewką, ciecierzycą z dodatkiem ziaren quinoa.
Moroccan Roasted Carrot and Chickpea Quinoa Salad

4 duże, obrane marchewki, pokrojone w 1 cm plastry
3 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka marokańskiej mieszanki przypraw*
1 szklanka ziaren quinoa (użyłam mieszanki białej i czerwonej)
2 - 21/2 szklanki wody
2 łyżeczki marokańskiej mieszanki przypraw
1 szklanka ugotowanej ciecierzycy
1/4 szklanki posiekanej czerwonej cebuli
1/4 szklanki rodzynek
1/4 szklanki uprażonych nasion pini
1 garść posiekanej kolendry lub natki
3 łyżki oliwy z oliwek
1 cytryna (skórka otarta i sok)
1 łyżeczka marokańskiej mieszanki przypraw

sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
Pokrojoną marchew rozłożyć na blasze do pieczenia wyłożonej folią aluminiową. Polać ją 3 łyżkami oliwy i 1 łyżką mieszanki przypraw. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i piec przez 20 - 30 min. Obrócić raz w czasie pieczenia. Ziarna quinoa opłukać wodą na sitku, wsypać do garnka, dodać 2 łyżeczki mieszanki przyprawowej, zalać wodą i gotować do czasu, aż ziarna wchłoną całą wodę i będą ugotowane.
W misce wymieszać quinoę, ciecierzycę, marchew, cebulę, rodzynki, pini i kolendrę. Wymieszać 3 łyżki oliwy z oliwek, sok i skórkę z cytryny, 1 łyżeczkę marokańskiej mieszanki przypraw. Zalać sosem sałatkę, wymieszać i ewentualnie dosolić i popieprzyć.




Marokańska mieszanka przypraw*

2 łyżeczki mielonej papryki (użyłam wędzonej)
1 łyżeczka mielonej kurkumy
1 łyżeczka mielonego kuminu (kminu rzymskiego)
1 łyżeczka mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonej kolendry 
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu 
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1 łyżeczka soli (użyłam morskiej wędzonej)

Wszystkie składniki razem wymieszać. Przechowywać w szczelnym pojemniczku.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Pożegnanie wakacji i deser różano malinowy od Pierre'a Hermé.





Świat się zmienia. Niby jest to stara prawda znana wszystkim, ale są takie momenty kiedy do mnie ten fakt wyraźnie dociera. Nad morze w to samo miejsce jeżdżę odkąd skończyłam rok. Więc obserwuję zmiany jakie zaszły w moim małym raju. Kiedyś to była maleńka wioska rybacka. Wszyscy się znali i miejscowi i przyjezdni. Jedna żwirowa droga, pełna dziur i kolein. Jeden sklep czynny przez dwa miesiące w roku, sezonowa poczta, stary kościół i bezkresne plaże o białym, gładkim piasku. Z grupą dzieciaków biegaliśmy po lesie, budowaliśmy szałasy, odkopywaliśmy ruiny starej strażnicy. Wycieczki rowerowe były codziennością. Na łąki po kwiaty, na borówki i jagody do lasu, po wrzosy, po mleko, po ryby. Woda w morzu nigdy nie była za zimna, a lato nigdy nie było za gorące.

A teraz? To modna i popularna miejscowść, na plażach w barach gra muzyka do późna, po drodze ciężko przejść lawirując wśród samochodów, rowerów, pieszych, czterokołowych pojazdów. Sklepów i smażalni jest więcej niż grzybów w lesie, do rybaków po rybę trzeba ustawić się w kolejce, na plaży odgradzać swój kawałek piasku. Kiedyś nisko latały wojskowe samoloty zdmuchując z plaży parawany, a teraz latają paraotnie z podwieszanmi reklamami i prywatne awionetki. Kiedyś można było iść plażą do następnej miejscowości nie spotykając nikogo. Teraz trzeba iść daleko, żeby mieć swoje 10 m kwadratowych piasku.

Czy jest lepiej? Czy jest gorzej? Nie wiem. Na pewno jest inaczej. Mimo wszytko to miejsce zostanie moim rajem na ziemi.
Tak trochę sentymentalnie zrobiło mi się pod koniec lata. Żegnajcie wakacje. Żegnaj Bałtyku. Będę tęsknić i wspominać piękne chwile.

A na osłodę coś naprawdę pysznego. Deser malinowo - różany z warstwą z owoców litchi autorstwa Pierre'a Hermé. Ten aksamit musów, to połączenie smaków... Doskonałość!











Emotion Ispahan


Biszkopt Joconde

165 g jajek (waga bez skorupek)
125 g zmiksowanych na mąkę migdałów
3 g glukozy w płynie (użyłam, ale myślę, ze można pominąć, jeżeli nie macie)
100 g cukru
10 g cukru inwertowanego (użyłam, ale myślę, że można pominąć, jeżeli nie macie)
35 g mąki
25 g roztopionego masła
110 g białek
30 g cukru

Zmiksować razem migdały, cukier zwykły i inwerowany, glukozę i połowę ilości jajek przez 5 minut. Dodać resztę jajek i masło i miksować przez kolejne 6 minut. W drugiej misce zmiksować białka. Pod koniec miksowania dodać 30 g cukru. Na masę jajeczną wyłożyć pianę i wsypać przesianą mąkę. Wymieszać wszystko delikatnie trzepaczką (nie miksować). Na dużej blasze (takiej z wyposażenia piekarnika) wyłożyć papier do pieczenia. Wylać na to ciasto i wygładzić powierzchnię na grubość około 0,5 cm. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 205 stopni C i piec przez 8 minut. Wystudzić. Z ciasta wyciąć (foremką, obręczą do ciast, szklanką) krążki wielkości naczynia, w którym będzie podawany deser. Biszkopt można upiec 1-2 dni wcześniej.

Różany ganache

125 g białej kuwertury (lub białej czekolady)
125 g śmietanki kremówki
8 g syropu z płatków róży
1 g likieru różanego

Zagotować w rondelku śmietankę. Zdjąć z ognia i dodać do niej połamaną kuwerturę (czekoladę). Energicznie mieszać do rozpuszczenia i połączenia się składników. Dodać syrop i wymieszać. Do wystudzonej masy dodać likier i wymieszać. Trzymać w temperaturze pokojowej.


Krem różany

225 g różanego ganache
150 g śmietanki kremówki

Ubić kremówkę na bitą śmietanę. Cały czas miksując wlewać wąskim strumieniem różany ganache. Odstawić.


Mus malinowy

250 g malin
38 g cukru
5 g żelatyny w płatkach (u mnie 3 płatki)

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Maliny zmiksować z cukrem. Przetrzeć przez sitko, aby pozbyć się pestek. Przelać do rondelka, dodać odciśniętą z wody żelatynę .Podgrzewać, cały czas mieszając do rozpuszczenia się żelatyny.


Mus z litchi

300 g obranych litchi (użyłam z puszki)
38 g cukru
5 g żelatyny w płatkach (u mnie 3 płatki)
30 g soku z cytryny

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Zmiksować litchi z cukrem i sokiem z cytryny. Przelać do rondelka, dodać odciśniętą z wody żelatynę. Podgrzewać, cały czas mieszając do rozpuszczenia się żelatyny.


Maliny do dekoracji
4 makaroniki migdałowe*


Na dnie 4 szklanek ułożyć po trzy maliny. Zalać je musem z litchi. Wstawić do lodówki do zastygnięcia. Na wierzchu musu połążyć po jednum krążku biszkoptu. Zalać musem malinowym i wstawić do lodówki do stężenia. Na wierzchu ułożyć po 1 krążku biszkoptu i na to wyłożyć różany ganache. Udekorować makaronikiem, malinami i płatkami róży. Podawać schłodzone.

* makaroniki zrobione są z przepisu na różane makaroniki Pierre'a Hermé. Przepis znajdziecie tutaj Ja ich teraz nie robiłam. Miałam trochę zamrożonych z poprzedniej produkcji.


Myślę, że deser będzie równie pysznie smakować jeżeli zrobicie go tylko z trzech warstw: różanej, litchi i malinowaj. Sądzę, że poza sezonem malinowym można użyć mrożonych owoców.

piątek, 27 sierpnia 2010

Tęskno mi i pyszne ciasto na pocieszenie.



Zatęskniłam za Rumunią i Bukaresztem. Chociaż jest tam teraz blisko 40 stopni w cieniu, chciałabym tam być. W myślach widzę jak o świcie z koszykiem w ręku biegnę na targ po najlepsze na świecie pomidory. Po słodkiego, pachnącego i rozgrzanego melona, po dynię piżmową. Jeszcze torebka croissantów i bagietka od Paula. Miły powrót do chłodnego mieszkania, kawa i pyszne śniadanie. Potem lenistwo z książką w ręku, chłodny kieliszek wina i wielogodzinna siesta ,aż upał zelżeje. A po południu wszystko to czym Bukareszt zachwyca. Rozmarzyłam się, chociaż nie tak zupełnie. Jeszcze niedawno to były moje osobiste przeżycia i poprostu za tym tęsknię. Za niezliczonymi parkami, za przemiłymi ludźmi, za pełnymi magii i klimatu cerkwiami, za muzeami z najlepszym malarstwem, za sklepami pełnymi smakołyków, za kawiarniami z francuskim klimatem, za plątaniną kabli na słupach, za gromadami psów wylegującymi się na środku ulicy, za... Tęsknię nawet za szczekającym godzinami psem za oknem.
Rumunia i Bukareszt nie są dobrze znane Polakom. Często patrzymy na nie stereotypowo. Ja zresztą też tak kiedyś robiłam. A co mnie tak teraz nastroiło ? Przeczytałam co o tym pisze Polak w Bukareszcie na swoim blogu  Przeczytajcie i poczujcie ten klimat.

 A ciasto? Jedno z naszych ulubionych. Od wielu, wielu lat w gości u nas domu i zawsze zachwyca. Dla miłośników mleka skondensowanego, dla Polaków w Bukareszcie, dla wszystkich...

Idealnie smakuje wyjęte prosto z lodówki i jest bardzo szybkie i proste do zrobienia.

Zdjęcia i rumuńskie klimaty znajdziecie jeszcze u mnie tutaj i tutaj i tutaj.









Ciasto z mlekiem skondensowanym, orzechami i migdałami.

2 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru pudru
1 szklanka (220 g) miękkiego masła
szczypta soli

masa
1 puszka (400 g) słodzonego mleka skondensownego
1 duże jajko lekko rozbełtane
100 g płatków migdałowych
1 łyżeczka naturalnej esencji waniliowej lub rdzeń z 1/2 wanilii
1 szklanka grubo posiekanych orzechów laskowych

Zmiksować razem mąkę, cukier, masło i sól. Ciasto wyłożyć do formy z papierem do pieczenia.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C na 10 - 15 minut i podpiec na złoto. W tym czasie wymieszać w misce wszystkie składniki na masę. Wylać na podpieczone ciasto i piec 25 minut do lekkiego zezłocenia się wierzchu. Podawać w temperaturze pokojowej lub schłodzone w lodówce.

środa, 25 sierpnia 2010

Lekko skarmelizowane confit cebulowe czyli uniwersalny dodatek do wielu dań. .


Lubię karmelizowaną cebulę z octem balsamicznym, za cudowne połączenie słodko-kwaśnego smaku. Długo duszona nabiera słodyczy i gęstości. To taki dodatek z charakterem.
Świetnie współgra z serami. Mój  ulubiony duet to confit z dojrzałą Goudą. Sprawdzi się również jako dodatek do mięs, tart i  zup. Dodajcie łyżkę do zupy dyniowej albo kalafiorowej. 
 Jak lubicie takie smaki to polecam tartę Tatin z jej dodatkiem


Confit z czerwonej cebuli z dodatkiem porto.
(Red Onion Confit with Port Wine)

2 łyżki masła
2-3 łyżki oliwy z oliwek
400 g czerwonej cebuli pokrojonej w plasterki
5 gałązek świeżego tymianku
1 liść laurowy
2-3 łyżki jasnego, brązowego cukru (użyłam muscovado)
sól morska
świeżo zmielony pieprz
75 g pokrojonych w paski suszonych śliwek
sok z 1/2 pomarańczy
3 łyżki octu balsamicznego (użyłam balsamicznego figowego)
100 ml porto

Na patelni rozgrzać masło i 2 łyżki oliwy. Dodać cebulę i smażyć wszystko na małym ogniu przez 10 minut od czasu do czasu mieszając. Dodać liść laurowy, gałązki tymianku, cukier i sól. Wymieszać i smażyć 10-15 minut, aż cebula zmięknie. Zamieszać całość co jakiś czas.
Dodać śliwki, sok z pomarańczy, porto i ocet balsamiczny. Posolić do smaku. Dusić na małym ogniu przez 15 minut, mieszając od czasu do czasu. Dodać resztę oliwy i wymieszać. Można jeszcze ewentualnie dosolić lub dodać więcej octu. Przechowywać w lodówce do tygodnia.



Przepis z książki: Perfect Pickles, Chutneys & Relishes, Catherine Atkinson.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Letnią porą ciasto z jagodami.


Uwielbiam jagodowe ciasta. Kryją w sobie urok letnich wieczorów, porannego zbierania owoców, wspomnienie gonitw po lesie w dzieciństwie i urok  beztroski wakacji . Poza sezonem korzystam z mrożonych owoców, ale nic nie zastąpi takich zebranych własnoręcznie prosto z krzaczka. Zawsze wtedy jestem wyposażona w kalosze. Mimo wielkiej przyjemności z buszowania wśród jagód, zawsze zachowuję czujność patrząc pod nogi. Taka moja żmijowa fobia. Przegrywa ona jednak z potrzebą zjedzenia świeżo upieczonego ciasta.
Ciasto jest bardzo proste i szybkie w wykonaniu. Aromat i kwaśność cytryn świetnie współgra ze słodyczą mleka i z jagodami.



Jagodowa krajanka z cytrynowym nadzieniem.
(Blueberry Crumb Bars with Lemon Cream Filling)

3/4 szklanki rozpuszczonego masła
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka mąki pszennej z pełnego przemiału

1 szklanka płatków owsianych
1 szklanka brązowego cukru
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 duże jajko (białko i żółtko oddzielnie)
300 ml skondensowanego słodkiego mleka
1/4 szklanki soku z cytryny
1 łyżeczka startej skórki cytrynowej
2 szklanki jagód

Zmiksować razem masło, obydwa rodzaje mąk, cukier, sól, płatki owsiane, proszek do pieczenia, aż do uzyskania kruszonki. Odłożyć 1 szklankę masy na wyłożenie na wierzch ciasta.
Do pozostałej masy dodać lekko rozbełtane białko i wymieszać. Przełożyć masę do kwadratowej formy o boku 20 cm, wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawić na 10 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C. W tym czasie połączyć w misce żółtko z mlekiem skondensowanym, sokiem i skórką z cytryny. Na ciasto wylać masę, posypać całość jagodami. Wstawić ponownie do piekarnika na 7 - 8 minut. Na wierzchu rozspać odłożoną wcześniej 1 szklankę kruszonki i ponownie wstawić do piekarnika na 20 - 25 minut, aż do zezłocenia się wierzchu. Wystudzone ciasto pokroić na kwadraty.

Do ciasta można też dodać 1/2 łyżeczki cynamonu lub/i  1/2 szklanki posiekanych orzechów (pekany/włoskie). Mąkę z pełnego przemiału można zastąpić zwkłą pszenną. Ciasto jest również bardzo dobre z innymi kwaskowatymi owocami np. z czarnymi porzeczkami, wiśniami, malinami...


sobota, 21 sierpnia 2010

Dawno obiecany przepis czyli bułeczki z suszonymi pomidorami.


Kiedyś obiecałam Komuś ten przepis. Kiedyś czyli dawno, bardzo dawno. Zawsze szybko dzielę się moimi przepisami, ale  teraz tak nie było. Długa droga za nami, która właśnie dobiegła końca.
Specjalnie dla Ciebie te bułeczki D. Jak będziesz je piekła, wspomnij sobotni ranek. A ja zaczynam zgłębiać szwedzką kuchnię.

A bułeczki? Nasze ulubione. Pachnące i aromatyczne. Nie do znudzenia. Piekę je od czterech lat, a ciągle nie mamy ich dość. 


Bułeczki z suszonymi pomidorami.

675 g (6 szklanek) mąki pszennej (najlepiej chlebowej)
2 łyżeczki soli morskiej (lub 1,5 łyżeczki zwykłej)
25 g świeżych drożdży
25 g (2 łyżki) cukru pudru
400 ml (1 i 2/3 szklanki) ciepłego mleka
15 ml (1 łyżka) koncentratu pomidorowego
75 ml (5 łyżek) oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
75 ml (5 łyżek) oliwy  ze słoika z suszonymi pomidorami
75 g (3/4 szklanki) suszonych pomidorów (pokrojonych w paski lub kostkę)
1 duża cebula posiekana w drobną kostkę
2 ząbki czosnku posiekane w cienkie plastry

Do miski wlać mleko, dodać drożdże, cukier puder i 2 łyżki mąki. Wymieszać wszystko i odstawić na 10 minut. Dodać koncentrat pomidorowy, sól i wymieszać do uzyskania gładkiej konsystencji. Wlać dwa rodzaje oliwy i dosypać mąkę. Wyrabiać mikserem (końcówki haki) lub dłońmi przez 6 - 8 minut . Przykryć ściereczką i odstawić na dwie godziny do wyrastania. Po tym czasie dodać suszone pomidory, cebulę i czosnek. Ponownie wyrabiać ciasto przez 3 minuty. Z ciasta uformować (dłońmi posmarowanymi olejem) bułki i przełożyć je na blachę wyłożoną papierem. Odstawić na 20 - 40 minut do wyrastania. Bułki można posmarować rozbełtanym jajkiem lub posypać mąką. Piec w piekarniku nagrzanym do 190 do zrumienienia (10 - 15 minut). Z ciasta można uformować też dwa bochenki chleba, ale należy wtedy wydłużyć czas pieczenia. Bułki odstawić na chwilę na kratkę do lekkiego wystudzenia. Bułeczki są pyszne na ciepło.


Przepis pochodzi z książki A taste of the Mediterranean.

środa, 18 sierpnia 2010

Kotleciki z łososia smażone... przy świecy.


Ostatni weekend dał mi się we znaki. Dom nagrzał się do granic niemożliwości i ciężko było w tej temperaturze zebrać myśli, a co dopiero robić coś innego. Jedyna sensowna myśl krążąca po  mojej głowie dotyczyła kąpieli w zimnym Bałtyku. Jak ja mogłam kiedyś narzekać na temperatury w naszym morzu? Ile ja bym dała za tę delikatną bryzę i orzeźwiający chłód wody.
Ochłodę dostałam, ale w formie burzy. Burza, która przyszła, nie była taka zwyczajna, z pohukiwaniem piorunów, ale groźna i potężna, kiedy żywioł daje znać o swojej mocy. Wichura, ulewa, grad, połamane drzewa i... brak prądu (przez kilkanaście godzin). Nie pamiętam takiej sytuacji w mieście. Brak prądu nad morzem jest na porządku dziennym i stanowi pewną atrakcję dla nas mieszczuchów, ale tutaj był dużą niespodzianką. Pomimo szalejących żywiołów jeść trzeba, a więc wyciągnęłam wszystkie świece (trzy), patelnię i przy pomocy latarki czołowej (jak dobrze, że mężowie potrzebują takich rzeczy) przyrządziłam kotleciki z łososia. Wśród ciemności rozświetlonej blaskiem świecy słychać było pytanie: kiedy znowu je zrobię? To jest dla nich najlepsza rekomendacja, bo moi domownicy są  rozpasani i przyzwyczajeni do codziennie innych smaków.  Nie sugerujcie się zdjęciami. Ciężko je robić, jak nie widać końca czubka nosa.
Noc również nie przyniosła ukojenia. Obudził nas huk łamiących się drzew. Teraz jest już dobrze. Chłodniej i jest prąd, a więc zapraszam na kotleciki.


Kotleciki z dzikiego łososia z tymiankiem.
(Wild salmon cakes)
2 liście laurowe
500 ml mleka
500 g łososia ( 3 steki)
3 średnie kartofle (600 g)
1 łyżeczka świeżego tymianku lub 1/2 łyżeczki suszonego
1 jajko lekko ubite
4 dymki posiekane razem ze szczypiorem
80 g tartej bułki
olej do smażenia
bułka tarta do obtoczenia

sos
2 łyżki majonezu
4 łyżki jogurtu naturalnego
sól do smaku
1/2 łyżeczki cukru
1 łyżka soku z cytryny
2 łyżki kaparów

W garnku zagotować mleko wraz z liśćmi lurowymi. Włożyć do niego łososia i kiedy mleko ponownie się zagotuje, zmniejszyć ogień. Łosoś powinien być całkowicie przykryty mlekiem. Gotować rybę 5 - 7 minut. Zostawić całość do wystudzenia. Obrane kartofle ugotować do miękkości, a następnie je ubić na gładko. Rybę obrać z ości i skóry i dodać jej kawałki do kartofli. Dołożyć lekko ubite jajko, sól,, tymianek, dymkę i bułkę tartą. Całość dokładnie wymieszać. Lekko zwilżonymi dłońmi uformować kotleciki, które następnie obtoczyć w bułce tartej. Smażyć z dwóch stron (po 3-4 minuty) na rozgrzanym oleju. Podawać z sosem. Kotleciki są smaczne zarówno na ciepło jak i na zimno.
Sos: wszystkie składniki wymieszać w miseczce.


Przepis Ross Dobson z książki "Kitchen seasons"

sobota, 14 sierpnia 2010

Na upały malinowe semifreddo z miodem i pistacjami.






Miód należy do tych produktów, które zawsze muszę mieć w domu w dużym wyborze. Z kwiatów pomarańczy, lawendowy, gryczany, wrzosowy, piniowy, z orzechów włoskich, akacjowy... i ten najlepszy tegoroczny. Złocisty, lejący,  kwiatowy, z łąk wśród których jeżdżę na rowerze w czasie wakacji.

Mój synek marzy o posiadaniu ula na własność i samodzielnej pracy związanej z wytwarzaniem miodu. Na razie musi mu wystarczyć zaprzyjaźniony pszczelarz i jego pasieka. Miejsce rzeczywiście jest niezwykłe. Wśród łąk, daleko od dróg, ale blisko morza, w krainie bocianów. Każda wyprawa tam napełnia mnie przeświadczeniem, że jestem w jednym z najpiękniejszych miejsc. Co roku zaopatrujemy się tam w zapas cudownego miodu. Dla mojego synka zapaleńca jest specjalny jednodniowy (dopiero pozyskany z ula) i do tego plastry miodu pełne złocistego specjału. Nie ma nic lepszego niż wyjadanie miodu łyżeczką wprost ze słoika albo kawałek miejscowego twarogu polanego bursztynowym płynem.
Ula na razie nie będziemy mieć, ale coraz częściej myślę o adopcji roju pszczół. Na świecie jest to coraz popularniejsza forma wsparcia pszczelarstwa i pozyskiwania "własnego" miodu. A pszczół jest niestety coraz mniej...

A deser? Pyszne, delikatne semifreddo z lekką różaną nutą i posmakiem miodu. Do tego maliny i pistacje. Prosty i pyszny deser na upalne dni. Jedyny jego minus to to, że za szybko znika.









Malinowe semifreddo z miodem i pistacjami.
6 żółtek
3 łyżki miodu
40 g drobnego cukru
250 ml śmietanki kremówki (36%)
2 łyżeczki wody różanej
150 g malin
3 łyżki posiekanych pistacji
miód do polania
posiekane pistacje do posypania

Ubić żółtka z cukrem i miodem na gładką i puszystą masę. W drugiej misce ubić kremówkę na sztywno. Połączyć masę żółtkową z wodą różaną i bitą śmietaną przy pomocy trzepaczki. Foremkę (np, keksówkę) w której będziemy zamrażać deser, wyłożyć folią spożywczą, pozostawiając dłuższe wolne brzegi, które posłużą do przykrycia deseru. Masę wylać do formy, zawinąć szczelnie folią i wstawić do zamrażalnika na 1 - 2 godziny. Wyjąć semifreddo, odwinąć folię z wierzchu i wsypać do lekko zmrożonej masy pistacje i maliny. Wymieszać, ponownie zawinąć i wstawić do zamrażalnika na całą noc. Dodatki można wmieszać już do płynnej msy, ale wtedy jet większe prawdopodobieństwo, że opadną na dno. Deser wyjąć 10 minut przed podaniem, pokroić w plastry, polać miodem i posypać pistacjami.




Przepis pochodzi z książki Every Day autorstwa Billa Grangera.

Pasieka Edmund Bianga
Żarnowiec 51
84-110 Krokowa

wtorek, 10 sierpnia 2010

Letnie wspomnienia i letni sernik na zimno.


Wiatr we włosach, słońce na twarzy i słony smak skóry to wszystko co mi się kojarzy z beztroskimi chwilami wakacji. Nie widzę tłumów na plaży, ani nie słyszę warkotu skutera wodnego. Niespieszne chwile, swoboda, spotkania z bliskimi, jazda na rowerze w sukience, burzliwe rozmowy o polityce, wschody i zachody słońca, piasek osypujący się z włosów, bąble od komarów, kwiaty zrywane na łąkach, sejmiki bocianie, kąpiele w zimnym Bałtyku, cykanie świerszczy, roziskrzone świetliki w mroku… To są moje ukochane letnie chwile. Są też dania i ciasta, które robię tylko tu. Jednym z nich jest sernik na zimno. Robiła go zawsze moja mama, od paru lat robię go i ja. Może to wspomnienie smaku dzieciństwa, może idealny dobór składników, nie wiem, ale dla mnie jest to najlepszy sernik na zimno.




Wakacyjny sernik na zimno.

5 żółtek
1 szklanka (110 g) cukru pudru
750 g homogenizowanego serka waniliowego (najchętniej używam z mleczarni Gdańsk Maćkowy lub Rolmlecz)
200 g masła w temperaturze pokojowej (miękkiego)
herbata (mocna, zaparzona w ½ szklanki (125 ml) wody)
100 g herbatników (Petit Beurre, be-be)
2 łyżki rumu
4 łyżki bakalii (rodzynek namoczonych w rumie, orzechów włoskich, skórki pomarańczowej)
1 laska wanilii lub 1 cukier waniliowy z prawdziwą wanilią
Owoce (truskawki, jagody, maliny, brzoskwinie, jeżyny…)
Żółtka ubijamy w misce na parze z cukrem pudrem i rdzeniem wanilii do momentu aż zgęstnieją, zbieleją i osiągną temperaturę 60 stopni C*. Miskę z masą jajeczną odstawiamy na 5 minut do lekkiego ostygnięcia. Do masy dodajemy masło i wszystko razem miksujemy do połączenia składników. Dodajemy 1 łyżkę rumu i bakalie. Mieszamy. Dodajemy  serki waniliowe i mieszamy całość łyżką. Herbatę wlewamy do miseczki i dodajemy 1 łyżkę rumu. Każdy herbatnik zanurzamy przez sekundę w herbacie i układamy je jeden obok drugiego w tortownicy lub misce. Nakładamy na tą herbatnikową warstwę ½ masy serowej. Na nią kolejna warstwa namoczonych herbatników i reszta masy serowej. Na wierzchu układamy owoce. Ja najbardziej lubię ten sernik z truskawkami lub jagodami, ale mogą być prawie każde owoce. Najlepsze są lekko kwaskowe. Idealnie równoważą słodki smak masy serowej. Całość wkładamy na noc do lodówki. Podajemy schłodzony.



*Jeżeli nie macie termometru kuchennego, to trzeba wykonać próbę palca. Jeżeli palec włożony do masy jajecznej szybko wyciągamy, bo jest mu za ciepło, to znaczy, że temperatura jest idealna i można powiedzieć addio ewentualnej salmonelli.





 Pozdrowienia dla uroczej właścicielki dłoni.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails