poniedziałek, 31 maja 2010

Burzowe wspomnienia i czekoladowe eklerki Pierre'a Hermé.


Obiecałam sobie w ostatni weekend, że się wyśpię. Żadnych budzików i wstawania skoro świt. Jak sobie obiecałam, tak zrobiłam. W niedzielę obudziłam się o 6 rano. Wszyscy w domu spali, a ja siadłam sobie z kawą i książką pod kocykiem i ... było mi dobrze. O 8 wymyśliłam sobie, że zrobię czekoladowe eklerki, a o 9... były już gotowe. Potem wir dnia wciągnął mnie w swoje objęcia, a po południu znalazłam się z synem po drugiej stronie miasta. Kiedy wyruszyliśmy w drogę powrotną spadła na nas ściana deszczu. Wycieraczki dawały z siebie wszystko, a opony odprowadzały wodę zgodnie z hasłem reklamowym.  Mimo tych starań nie widziałam nic przed sobą, ani za sobą. Najrozsądniejszym wyjściem było gdzieś się zatrzymać i przeczekać to szaleństwo przyrody. Niestety wszystkie miejsca gdzie mogłam stanąć były pod drzewami. W sytuacji kiedy pomiędzy błyskiem, a grzmotem  mogłam tylko mrugnąć oczami i zatrzepotać rzęsami, takie miejsce postoju nie było najrozsądniejszym wyjściem. Ruszyłam dalej do domu. Dwadzieścia kilometrów pokonałam w półtorej godziny. Długo, ale w całości i bezpiecznie. Po tych emocjach, jak wpadliśmy cali mokrzy do domu, najlepszą rzeczą była pyszna czekoladowa eklerka i kubek herbaty. Dobrze, że wstałam rano i upiekłam te eklerki. Mało, że niesamowicie pyszne, to jeszcze idealne, gdy wraca się do domu, a za oknem szaleje burza i leje deszcz. 
I tak moje myśli popłynęły w stronę tych największych burz w moim życiu. Burze to taki żywioł, który jednocześnie mnie zachwyca, fascynuje i napawa lękiem. Lubię wtedy bezpiecznie być w domu i przez okno podziwiać szaleństwo żywiołu. Pierwsza burza, która wywarła na mnie wrażenie spotkała mnie, kiedy jako dziecko leciałam sama wysoko i daleko od rodzinnego domu, a pioruny uderzały na około samolotu. Nie wylądowaliśmy tam, gdzie było w planach, a burzę opisywano jako burzę stulecia. Kolejna burza, której wspomnienie jest wciąż żywe, to ta sprzed wielu lat, kiedy z miesięcznym synkiem wyjechałam nad morze. Mieszkaliśmy w małym, drewnianym domku wśród drzew. Pioruny uderzały co chwilę, morze huczało groźnie, a błysków było tak dużo, że noc stawała się dniem. W elektrowni wyłączono prąd i my tak po ciemku, przy jednej świeczce, siedzieliśmy podziwiając moc żywiołu. Ja żałowałam, że nie mamy piorunochronu, a synek.... przespał całą noc. Kolejna burza, która nie dała o sobie zapomnieć złapała mnie z dziećmi w samolocie nad Szwajcarią. Dwa podejścia do lądowania, Zurych miał się zamienić w Genewę, a turbulencje rzucały naszym samolotem. Przelatujące myśli, po co nam to było. Mój mąż straci całą rodzinę naraz. W tym czasie mój synek był szczęśliwy, że tak wygląda lot samolotem i tylko żałował, że nie było tak cały czas. Strach w oczach ludzi, a szczęście w oczach mego dziecka. Drugie dziecię (nastolatka) w tym czasie czytało książkę, nie rozumiejąc czym się tak można ekscytować. Normalny lot. Zaprawiona w lataniu.
Były jeszcze gwałtowne, letnie burze, kiedy uciekaliśmy z plaży w strugach deszczu, i te wyczekane, pierwsze wiosenne. Burze, dalekie, mruczące i te gwałtowne, pokazujące moc żywiołu.
Zaczął się sezon burzowy, będą emocje.


Kilka słów o eklerkach. Mam słabość do Pierre'a Hermé i jego wypieków. Nigdy się jeszcze na nich nie zawiodłam, a potrafią unieść na wyżyny smaku. Eklerki wbrew pozorom robi się szybko i prosto. Przepis na ciasto jest świetny. Jeszcze nie zdarzyło mi się, aby nie urosły, nie dopiekły się w środku, czy nie wyszły. Doskonałe do nadziewania na słodko lub wytrawnie. Masa to czekoladowy krem robiony z mleka, żółtek, czekolady i mleka. Zagęszczony mąką kukurydzianą. Dodałam do niej świeże, pokrojone w kostkę truskawki. Fantastyczne połączenie.
Jeszcze polewa. Początkowo chciałam zrobić klasyczny czekoladowy ganache, ale w końcu zdecydowałam się na tą polecaną przez PH. I wiecie co, to jest najlepsza czekoladowa polewa jaką zrobiłam. Aksamitna, gładka, błyszcząca i cudownie czekoladowa. Doskonała do lodów i ciast. I do maczania w niej truskawek. Idealna.


Czekoladowe eklerki
chocolate eclairs

krem czekoladowy
2 szklanki (500 g) mleka 3,2%
4 duże żółtka jaj
6 łyżek (75 g) cukru
3 łyżki skrobi kukurydzianej (corn starch)
200 g gorzkiej czekolady pokrojonej (połamanej) na małe kawałki
2 1/2 łyżki (40 g) masła w temperaturze pokojowej
1 szklanka truskawek pokrojonych w kawałki

polewa czekoladowa
1/3 szklanki (80 g) śmietanki kremówki 30%
100 g gorzkiej czekolady pokrojonej na drobne kawałki
4 łyżeczki (20 g) masła w temperaturze pokojowej
7 łyżek (110 g) sosu czekoladowego*

sos czekoladowy*
130 g gorzkiej czekolady drobno pokrojonej
1 szklanka (250 g) wody
1/2 szklanki (125 g) śmietanki kremówki 30%
1/3 szklanki (70 g) cukru

ciasto ptysiowe
1/2  szklanki (125 g) mleka 3,2%
1/2 szklanki (125 g) wody
115 g masła pokrojonego na kawałki
1/4 łyżeczki cukru
1/4 łyżeczki soli
1 szklanka (140 g) mąki
5 dużych jaj (w temperaturze pokojowej)


Przygotować krem czekoladowy. W rondelku zagotować mleko. W czasie kiedy mleko się gotuje, zmiksować żółtka z cukrem i skrobią kukurydzianą. Do zmiksowanych żółtek dodać gorące mleko i zmiksować je razem. Przelać wszystko z powrotem do rondelka i cały czas mieszając gotować do zgęstnienia kremu. Zdjąć z ognia i dodać czekoladęi masło. Wymieszać wszystko na gładką masę. Miskę z masą włożyć do drugiej miski z zimna wodą i lodem. Schłodzić mieszając od czasu do czasu. Przykryć folią i przełożyć do lodówki. Masa ma być zimna i stężeć.

Ciasto ptysiowe: przygotować 2 płaskie blachy wyłożone papierem do pieczenia. Nagrzać piekarnik do 190 stopni C. W rondelku zagotować na dużym ogniu wodę, mleko, masło, sól i cukier. Zmniejszyć ogień na średni  i dodać mąkę na raz. Mieszać drewnianą łyżką przez 3 minuty, aż wszystkie składniki się połączą, a ciasto się upraży i straci wygląd surowego (ma wyglądać jak na pierwszym zdjęciu). Zdjąć z ognia, przełożyć do miski i cały czas miksując, dodawać po jednym jajku. Miksować do uzyskania gładkiej, lśniącej masy (zdjęcie drugie). Jeszcze ciepłe ciasto przełożyć do rękawa cukierniczego z końcówką o przekroju 2 cm. Wyciskać wężyki z ciasta o długości 11 cm. Zachować pomiędzy nimi 5 cm odstępy (zdjęcie trzecie). Można również, jeżeli nie macie rękawa, nakładać ciasto łyżką i wtedy będą ptysie. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec bez otwierania 7 minut. Drzwiczki piekarnika lekko uchylić i włożyć trzonek drewnianej łyżki. Ma pozostać wąska szpara. Piec tak 5 minut. Otworzyć piekarnik i obrócić blachę tak żeby te eklerki co były z przodu piekarnika znalazły się z tyłu. Piec jeszcze 8 minut. Całkowity czas pieczenia to 20 minut. Eklerki delikatnie (bez zgniatania) przenieść na kratkę i wystudzić. Wystudzone przekroić na pół.

Przygotować polewę czekoladową. Zacząć od przygotowania sosu. Wszystkie składniki włożyć do rondelka i gotować do zgęstnienia, mieszając od czasu do czasu, przez 15 minut. Do przygotowania polewy, wlać do rondelka śmietankę i zagotować. Zdjąć z ognia. Dodać posiekaną czekoladę i mieszać okrężnymi ruchami od środka do zewnątrz. Kiedy czekolada się rozpuści, przełożyć miskę z masą do drugiej miski wypełnionej zimną wodą z lodem. Cały czas mieszając dodać masło i sos czekoladowy. Po połączeniu składników, polewa jest gotowa.

Przekrojone eklerki napełnić kremem czekoladowym, posypać truskawkami i przykryć wierzchem ciastka. Polać polewą.


Sos czekoladowy* -  sosu wychodzi trochę wiecej niż potrzeba do polewy. Nie zmniejszam jednak jego ilości, tylko nadmiar wykorzystuję jako bazę do gorącej czekolady. Dodaję do gorącego mleka i mieszam. Sos można  przechowywać w lodówce przez 7 dni.


Przepis Pierre Hermé z książki "Chocolate desserts".

sobota, 29 maja 2010

Krakowskie klimaty i... aromatyczna chałka na śniadanie.


Ostatni weekend spędziłam w Krakowie. Beztroski czas spacerów, odwiedzin w znanych miejscach, chłonięcie atmosfery miasta, karmienie gołębi razem z synkiem i zajadanie się pierogami. Bardzo lubię je jeść, ale nie mam wprawy w ich lepieniu. Wykorzystuję więc każdą możliwość i chodzę tam,  gdzie można zamówić naprawdę dobre. Ostatnie krakowskie odkrycia to restauracje Wesele i Marmolada. Dobre dania i wina, a do tego miła i szybka obsługa. Ale nie o pierogach dzisiaj będzie. Przy każdej wizycie w grodzie Kraka udaję się na krakowski Kazimierz. Obowiązkowy punkt programu to, oprócz spacerów po starych uliczkach, wizyty w kawiarni Antonio i Muzeum Inżynierii Miejskiej. Muzeum jest idealne do odwiedzin z dziećmi, można poznawać zasady fizyki i samemu wykonywać doświadczenia, które pozwolą zrozumieć zasady nią kierujące. Do tego wielka kolekcja starych samochodów i motorów. Wszystko to mieści się w starych, odrestaurowanych budynkach zajezdni tramwajowej. Mimo, że nie była to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu, mój syn spędził tam ostatnio pięć godzin. Drugim obowiązkowym miejscem na Kazimierzu jest wspomniana wcześniej włoska kawiarnia. Nowoczesna w wystroju, z pysznymi deserami i miłą swobodną atmosferą. Dobre miejsce na chwilę odpoczynku, dobrą kawę, mały posiłek i smakowity deser.
W czasie każdej podróży odwiedzam księgarnie. Teraz miałam na to całkiem dużo czasu, bo mój syn szalał z bochnem chleba i stadem gołębi. Ja w tym czasie spędzałam czas wśród półek z ksiażkami. Jedną z tych, które kupiłam była książka pt. "Przysmaki żydowskie we wspólczesnej kuchni" autorstwa Estery i Malki Kafka. Mam teraz źródło ciekawych przepisów i zaczynam zgłębiać temat żydowskiej kuchni. Na pierwszy ogień  poszedł przepis na chałkę. Do tego konfitura z polskich, pachnących truskawek i czerwonego pieprzu oraz trochę pysznego masła z mleczarni w Hajnówce (które kupiłam na krakowskim placu (nie targu, ani bazarze). Kompozycja pyszna i beztroska jak sobotni ranek.










Chałka jest dość słodka i niesamowicie pachnąca masłem i cytryną. Ten przepis idealnie nadaje się do pieczenia w formie keksówce, jest doskonałą alternatywą dla śniadaniowej brioszki.

Chałka mouna.
(przepis sefardyjski)

500 g mąki pszennej
130 g masła stopinego
7 g suchych drożdży
45 ml letniej wody
105 ml letniego mleka
2/3 szklanki cukru
4 jajka
szczypta soli
 skórka starta z pomarańczy lub cytryny

Drożdze wymieszać w misce z mlekiem i wodą. Jak się rozpuszczą dodać połowę mąki i cukru, Wymieszać i odsstawić na pół godziny w ciepłe miejsce. Ubić lekko 4 jajka z drugą połową cukru (odłożyć 3 łyżki masy jajecznej do posmarowania chałki przed pieczeniem). Do miski dodać jajka, startą skórkę, sól i resztę mąki. Miksować końcówkami do ciasta drożdżowego (haki). Gdy składniki się połączą,
dolewać masło, cały czas miksując .Ciasto odstawić w przykrytej misce na godzinę. Po tym czasie wyrobić ciasto rękę przez chwilę, żeby je odgazować i przełożyć do formy keksówki wysmarowanej masłem. Ponownie odstawić na godzinę. Posmarować pozostawioną masą jajeczną i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, Piec około 30 minut (po tym czasie sprawdzić patyczkiem, czy jest upieczone w środku). Jeżeli chałka za szybko się rumieni, przykryć ją folią aluminiową  (błyszczącą stoną do góry).
Ja często skracam czas wyrastania ciasta drożdżowego o połowę wstawiając je do piekarnika nagrzanego do 30 stopni.


Antonio Cafe
Pl. Wolnica 13
Kraków

Restauracja Marmolada
ul. Grodzka 40
Kraków

Restauracja Wesele
Rynek Główny 10
Kraków
Muzeum Inżynierii Miejskiej
ul. Świętego Wawrzyńca
Kraków

środa, 26 maja 2010

Czekając na lato... clafoutis pomidorowe.


Kiedy wiśnie napęczniałe są od soku, a ich smak potrafi zawrócić w głowie przyrządzam z nich clafoutis. Na ten czas muszę jednak jeszcze poczekać. Zupełnie jak na pachnące, dojrzałe na słońcu pomidory. O tej porze roku kupuję przeróżne pomidory małych rozmiarów (truskawkowe, wiśniowe, gronowe, koktajlowe.... kto wymyśla te nazwy?) To trochę namiastka letnich pomidorów, ale zdecydowanie bardziej mi smakują niż pozostałe "duże" odmiany. Z małych pomidorków robię wytrawną odmianę clafoutis. Bardzo lubię to danie, a w dodatku jest bardzo SZYBKIE I PROSTE. Z miską sałaty to dobra propozycja na lekką kolację.


Clafoutis z małymi pomidorkami.
(Clafoutis de tomates cerise)

400 g małych pomidorków (koktajlowe, wiśniowe, gronowe...)
4 łyżki posiekanych świeżych ziół (natka, bazylia, tymianek, szczypior)
100 g startego sera Gruyere
50 g mąki pszennej
4 duże jajka
4 łyżki śmietanki kremówki
220 ml mleka
2 ząbki czosnku pokrojone w cienkie plasterki
2 łyżki masła
sól
świeżo zmielony pieprz

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni C. Naczynie do zapiekania (o pojemności okolo 1,5 l) posmarować 1 łyżką masła. Na drugiej łyżce przyrumienić na złoto plasterki czosnku. Do formy wyłożyć pomidorki, posypać je ziołami, czosnkiem i połową sera.  W misce ubić jajka, dodać mleko i śmietanę, a następnie mąkę. Wszystko zmiksować na gładką masę. Ciasto ma mieć konsystencję gęstszego ciasta naleśnikowego. Doprawić solą i pieprzem. Ciasto wylać na pomidorki i wszystko posypać resztą sera. Piec 40 - 45 minut, aż ciasto się zetnie, przyrumieni i urośnie. Jeżeli zbyt szybko się rumieni przykryć folią aluminiową (błyszczącą stroną do góry). Podawać gorące lub w temperaturze pokojowej.

poniedziałek, 24 maja 2010

Rabarbar inaczej czyli chutney rabarbarowy.



Nie wygląda to pięknie, ale smakuje obłędnie. Pyszne, proste, żurawinowo - rabarbarowe.

Chutney rabarbarowy.

1 łyżeczka nasion gorczycy
200 g rabarbaru pokrojonego w 2 cm kawałki
skórka starta z jednej cytryny
1 mała czerwona cebula drobno posiekana
 1 łyżeczka startego świeżego imbiru
75 ml wody
50 g suszonych żurawin
50 g rodzynek
3 łyżki brązowego cukru
2 łyżki octu balsamicznego
sól morska i pieprz (do smaku)

W rondelku na średnim ogniu podgrzać ziarna gorczycy. Jak zaczną pękać dodać wszystkie pozostałe składniki (oprócz soli i pieprzu). Gotować około 5 - 7 minut do zmięknięcia rabarbaru. Zwiększyć ogień i cały czas mieszając gotować kolejne 5 minut, aż masa zgęstnieje. Posolić, popieprzyć, wymieszać. GOTOWE.
Można przechowywać w lodówce do tygodnia.



Przepis z książki Veggie! P. Cuthbert i L. Wilson.

piątek, 21 maja 2010

Historia pewnej podróży i szparagi w sosie bazyliowym.


Robiąc ostatnio zakupy natrafiłam na greckie szparagi. O tej porze roku zawsze kupuję polskie, ale te wyrosły w Xanthos, a importer jest z Keramoti. Jak to zobaczyłam, to zaczęłam się śmiać, bo przypomniały mi się nasze zeszłoroczne przygody związane z tymi miasteczkami. I nie mogłam  oprzeć się zakupowi tych szparagów pochodzących z miasteczka, w którym prawie byłam i prawie robiłam zakupy na targu. Inny czas, inne okoliczności, ale w końcu mam swoje niespełnione zakupy warzywne z Xanthos.

Działo się to na początku września zeszłego roku. Mieliśmy spędzić dwa tygodnie na greckiej wyspie Thassos (o której pisałam tutaj). Wyjeżdżaliśmy z Bukaresztu i mieliśmy do pokonania około 450 km do greckego miasteczka Keramoti, z którego odpływał prom na naszą wyspę. A to jest taka odległość do bezproblemowego przejechania w jeden dzień. Plany były zrobione. Wyjazd o 8.00 po śniadaniu, dobry tradycyjny obiad w Bułgarii, zakupy w Xanthi, która ma podobno niesamowity targ warzywny, jeden z najatrakcyjniejszych w Grecji ( a ja planowałam solidne zakupy przed wyjazdem na wyspę, mieliśmy poznawać miejscową kuchnię i greckie produkty), wczesna kolacja w porcie z widokiem na jachty i odpłynięcie po południu do naszego celu podróży. Plany były piękne, z duuużym zapasem czasowym, wszystko "zapięte na ostatni guzik".

W praktyce było tak. Sprawy służbowe mojego męża opóźniły nasz wyjazd o 5 godzin,
ale nadal spokojnie, mamy zapas czasowy, a odległość nie taka wielka i drogi w Bułgarii są prawie puste. W dodatku promy odpływały co godzinę, a ostatni o 22.00. Kolejne opóźnienie złapaliśmy na granicy rumuńsko -  bułgarskiej. Koniecznie chciano obejrzeć nasz dowód zakupu winietki autostradowej, a ponieważ była to roczna winietka, znaleźć nie było łatwo (ja w moim samochodzie na pewno nie znalazłabym jej). Potem przeprawa przez majestatyczny Dunaj i człowiekowi wydaje się, że już nic nie stanie mu na przeszkodzie ( o naiwnościo ludzka). Droga przez bułgarskie góry była piękna i pusta. Zero samochodów i zero...  miejsc, gdzie można coś zjeść. Na stacji benzynowej kupiliśmy  kanapki, o smaku nieodgadnionym, ale głód spowodował, że przestaliśmy być wybredni. Niestety Bułgarzy tamtego lata postanowili chyba wyremontować większość dróg na  naszej trasie i liczba i długość objazdów wydłużyła naszą trasę o połowę. Nadal mieliśmy nadzieję na cudowne zakupy w Xanthi, gdy nasza droga nagle się SKOŃCZYŁA i asfalt zmienił się w szwajcarski ser powygryzany dodatkowo przez stado głodnych myszy. Prędkość około 15 km/h, ale... widoki piękne. I tak po dwóch godzinach dotarliśmy do skrzyżowania bez żadnych drogowskazów, a GPS oszalał zupełnie. Pokazywał, że jesteśmy tuż obok autostrady, która miała nas zaprowadzić do greckiej granicy, ale jak okiem sięgnąć niczego takiego nie było widać.  I my, tak prawie straciwszy nadzieję, że zdążymy na ostatni prom, dojrzeliśmy na tym pustkowiu grupkę bosych chłopców. Każdy z naszych małych przewodników pokazywał nam inny kierunek dojazdu do granicy. Zaryzykowaliśmy wybierając trasę wskazaną przez chłopca sprawiającego wrażenie najbardziej zdecydowanego. Za nami ruszył sznur tirów i samochodów, które znalazły się w podobnej sytuacji jak my. Niestety wybór nie był trafny. Musieliśmy zawrócić i ponownie dokonać wyboru. Tym razem trafnego. Po drodze mało nie wjechaliśmy do Turcji, ale w końcu dotarliśmy do granicy, na której powiewały upragnione biało błękitne flagi. Zostało nam do przejechania 150 km autostradą i niecała godzina do ostatniego promu. Z tego odcinka drogi pamiętam jedynie zieleń gajów oliwnych i winnic, które zlewały się w jedno, a na prędkościomierz nawet nie chciałam patrzeć.

Do portowego miasteczka dotarlismy 5 minut przed odpłynięciem promu i znowu wstąpiła w nas nadzieja. Niestety droga prowadziła okręgami, które się powoli zmniejszały. Z pomiędzy budynków od czasu do czasu pokazywała się sylwetka opragnionego, wielkiego i pięknego promu, ale droga chciała jeszcze trochę pokręcić. Kiedy na promie odezwały się syreny, zwiastujące wyjście z portu, byliśmy już blisko, bardzo blisko. Po jeszcze paru zakrętach dojechaliśmy do celu, ale  niestety okazało się, że od tej strony nie ma wjazdu. Od upragnionego celu dzieliły nas liczne donice z  kwiatami, a klapa wjazdowa na prom właśnie miała się podnosić. I wtedy zdażyła się rzecz nie bywała. Policjanci obecni w porcie zaczęli przesuwać donice, żeby umozliwić nam przejazd tam, gdzie drogi wcale nie było. Inni powstrzymali załogę promu przed zamknięciem klapy wjazdowej i odpłynięciem. To jest możliwe chyba tylko w Grecji.  Do tej pory nie wiemy, jak można dojechać do portu, bo drogowskazy z napisem ferries, prowadzą drogą krajoznawczą i okrężną i są dla ludzi o silnych nerwach i z dużym zapasem czasowym.
I tak pełni wrażeń wjechalismy na upragniony  prom.
A uczucie kiedy stoi się na pokładzie i widzi oddalające się światła portu - BEZCENNE.

Nie myślcie, że powrót odbył się zgodnie z planem. Było jeszcze więcej przygód. Ale to już historia na inną opowieść, grecko - bułgarską.
Teraz chyba rozumiecie dlaczego nie mogłam się oprzeć tym greckim szparagom. Podałam je w pysznym bazyliowym sosie. Ten przepis obecny jest w naszej kuchni od paru lat, ale nieustająco zachwyca.
Sos jest naprawdę pyszny. Świetnie sprawdza się też do makaronu. Ze szparagami lub bez. Trzeba dodać tylko wiórki parmezanu. Spróbujcie.


Szparagi w sosie bazyliowym.

1 pęczek szparagów zielonych
150 ml śmietanki kremówki
3 - 4 łyżki posiekanej bazylii
4 plasterki chudego wędzonego boczku pokrojonego w kostkę (użyłam specku)
1 mała cebula pokrojona w kostkę
2 ząbki czosnku pokrojone w cienkie plasterki
2 łyżki oliwy
2 łyżki orzeszków piniowych
pieprz

Wlać do rondelka smietankę, dodać bazylię i gotować na małym ogniu do lekkiego zagęszczenia. Na patelni na oliwie podsmażyć cebulę, czosnek i boczek. Jak się zrumienią dodać orzeszki piniowe. Popieprzyć. Szparagom odłamać końce i ugotować je na półtwardo przez około 5 minut. Wyłożyć je na talerz, polać sosem bazyliowym i posypać mieszanką cebulowo - boczkową. Podawać od razu.


Wyjechałam na weekend do Krakowa. Na Wasze komentarze będę mogła odpowiedzieć dopiero po powrocie, ale bardzo mi będzie miło znaleźć je. Miłego weekendu. Słońca, ciepła i wypoczynku.

czwartek, 20 maja 2010

Kwitnących jabłoni czar i muffinki jagodowe.


Szykuję się do sezonu owocowego, robienia konfitur, zamrażania owoców. W związku z tym najwyższy czas przewietrzyć szuflady w zamrażarce i zrobić miejsce na nowe zbiory. Na potęgę robię dania z kurkami i prawdziwkami, które pamietają ostatnią jesień, do tego ciasta z jagodami, malinami, jeżynami... Dzisiaj przyszedł czas na torebkę jagód. Delektowaliśmy się koktajlem jagodowym i pysznymi muffinkami z dodatkiem kokosu i orzeszków makadamia. Można użyć innych orzechów. My te bardzo lubimy i świetnie smakują w tych ciastkach, ale mogą być włoskie, pekan, laskowe...
Jabłonie kwitną. Uwielbiam ten widok. Marzę w tedy o pikniku w jabłoniowym sadzie, a wiatr osypywałby delikatnie płatki kwiatów, jak płatki śniegu...
Tylko pogoda musi się zmienić.


Muffinki jagodowo - kokosowe z dodatkiem orzeszków makadamia.
(Blueberry coconut macadamia muffins)

Posypka
1/4 szklanki niesłodzonych płatków kokosowych (mogą być też typowe wiórki)
2 łyżki mąki
2 łyżki brązowego cukru
2 łyżki posiekanych orzechów makadamia
2 łyżki oleju canola (lub innego o neutralnym smaku)

Ciasto
3/4 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki brązowego cukru
1 szklanka mąki pełnoziarnistej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
1/8 łyżeczki soli (dałam mniej)
1/2 łyżeczki cynamonu
3 łyżki posiekanych orzechów makadamia
1 duże jajkob
1 duże białko z jajka
3/4 szklanki maślanki
2 łyżki masła roztopionego
1/2 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego lub kokosowego

1 1/2 szklanki jagód (mogą być mrożone)

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Formę do muffinek wyłożyć papierowymi foremkami lub wysmarować masłem. W małej miseczce wymieszać wszystkie składniki posypki. Odstawić. W jednej misce wymieszać wszystkie sypkie składniki ciasta. W drugiej misce wymieszać wszystkie płynne składniki wraz z brązowym cukrem. Zawartość miski z sypkimi składnikami dodać do miski z płynnymi składnikami. Dodać jagody i wszystko wymieszać łyżką. Nakładać ciasto do foremki i posypać posypką. Wstawić do pieca na 20 min. Wyjąc i odstawić do ostygnięcia na 10 min.
Ciepłe są niezwykle pyszne.



Przepis pochodzi z Eating Well, Aug/Sept 2006

wtorek, 18 maja 2010

Pieczone pierożki ze szpinakiem i syrop z granatów.


Mam butelkę skoncentrowanego soku z granatów. Uwielbiam ten kwaśny, lekko cierpki smak. Wyszukuję przepisy, żeby wykorzystać ten pyszny, gęsty syrop. Używam go jako dodatek do sosów do sałaty, do deserów, ryb i przeróżnych dań z warzyw (bakłażan + syrop z granatów = genialne połączenie).
Posiadaczom tego rewelacyjnego eliksiru polecam dzisiejsze pieczone pierożki ze szpinakiem. Tym co nie mają, proponuję użycie soku z cytryny w zastępstwie lub wizytę w sklepie z dodatkami do kuchni arabskiej lub indyjskiej.  Tam można kupić ten specjał.  Dla milośników szpinaku świetna propozycja . 


Pieczone pierożki ze szpinakiem.
(Fatajer bi-sabanech)

Ciasto
3 szklanki (480 g) mąki
1/3 (57 g) szklanki oliwy z oliwek
1/4 łyżeczki soli
około 60 ml wody

Farsz
600 g świeżych listków szpinaku (bez łodyżek)
2 łyżeczki soli
450 g drobno posiekanej surowej cebuli
1 łyżeczka mielonego sumaku*
1/2 łyżeczki pieprzu
1/4 szklanki oliwy z oliwek
1 - 2 łyżki syropu z granatów
1 łyżka orzeszków piniowych
2 łyżki suszonych czerwonych porzeczek
1 łyżka rodzynek

Ciasto: do miski wsypać mąkę, sól i oliwę. Powoli dolewając wodę miksować , aż do uzyskania gładkiego ciasta. Uformować kulę, posmarować oliwą i odstawić.
Farsz: wysuszone liście szpinaku włożyć do miski, wsypać sól i rozcierać palcami, aż liście zwiotczeją. Dodać pozostałe składniki farszu i wszystko starannie wymieszać. Nagrzać piekarnik do 200 stopni C, na blachę do pieczenia wylożyć papier. Ciasto podzielić na trzy części. Rozwałkować na grubość 5 mm i wykrawać szklanką lub foremką kółka o średnicy około 8 centymetrów. Na każdy krążek na środku nałożyć łyżeczkę odsączonego farszu i sklejać. W oryginalnym przepisie ciasto skleja się najpierw składając ciasto z dwóch stron od dołu, żeby utworzyć boki trójkąta. Potem zagiąć z trzeciej strony, żeby utworzyć trzeci bok trójkąta. Jeżeli nie jesteście ortodoksyjni możecie pierożki formować jak nasze typowe pierogi. Pierożki przełożyć na blachę, posmarować oliwą albo rozbełtanym jajkiem i piec na złoto około 15 - 20 minut. Tak samo postapić z resztą ciasta. Podawać ciepłe lub zimne. Ja do pierożków zrobiłam sos z jednego pojemnika naturalnego jogurtu, 1 wyciśnietego ząbka czosnku, 2 łyżek posiekanej miety i szczypty  morskiej soli.

*Sumak (zmielone jagody sumaka garbarskiego) to  popularna przyprawa w kuchni libańskiej, syryjskiej, tureckiej, irańskiej... Ma wyraźny kwaśny i lekko cierpki smak. Idealny jako dodatek do dań mięsnych, ryb, buraków, fasoli, ziemniaków, sosów do sałat i marynat.  Krzew sumaka osiąga wysokość trzech metrów i podobno im wyższy krzew tym lepsza jakość przyprawy. Krzewy uprawiane są na południu Włoch i na całym Bliskim Wschodzie. Do kupienia w sklepach z żywnością arabską, w Kuchniach Świata.



Przepis pochodzi z książki: Kuchnia arabska,  May S. Bsisu.

poniedziałek, 17 maja 2010

Zielono mi... czyli bogactwo wiosny na talerzu.



Zieleń za oknem, zieleń na talerzu. Na przeciw aurze i temu co za oknem. Na wzmocnienie i przeciw przesileniu. Pyszna sałatka z całym bogactwem zielonych warzyw. Dla mnie świetne połączenie oraz zastrzyk witamin i energii.



 Sałatka ze szparagów, cukrowego groszku i mięty z dodatkiem ziarenek quinoa.

4 czubate łyżki ugotowanych ziaren quinoa (komosy ryżowej)
1 pęczek zielonych szparagów
200 g groszku cukrowego w strączkach (może być mrożony)
100 g zielonej fasolki szparagowej (może być mrożona)
100 g groszku lub soi (może być mrożony)
1 główka sałaty
1 garść listków mięty

Sos
6 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżka syropu klonowego
3 łyżki octu balsamicznego
1 czubata łyżeczka musztardy Dijon
1/4 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki brązowego cukru
szczypta pieprzu grubo utłuczonego

W misce ułożyć porwane liście umytej sałaty. Szparagom odłamać końcówki, przekroić na pół i ugotować w lekko osolonej i ocukrzonej wodzie na półtwardo. Wyjąć i wystudzić. W tej samej wodzie ugotować (wszystko razem) fasolkę, groszek w strączkach i w ziarnach. Również na półtwardo. Wysudzonymi warzywami posypać sałatę. Wszystko obsypać posiekaną miętą i ziarenkami quinoa. Polać sosem.

Sos: wszystkie składniki wymieszać razem.




Sałatka bierze udział w akcji SEZON NA SZPARAGI i CZAS NA PIKNIK.

sobota, 15 maja 2010

Plaisir sucré, smak marzenie.


Pierwszy raz jadłam to ciastko u Pierre Hermé  jakiś czas temu i ...no cóż zakochałam się w tym smaku. Było pyszne, niezwykłe i zachwycające. Nie myślałam nawet, żeby je zrobić. Wydawało mi się niezwykle trudne, skomplikowane i co najważniejsze nie miałam oryginalnego przepisu (a to było dla mnie niezwykle ważne). W zeszłym roku zobaczyłam je na blogu Felluni i ponownie odżyło wielkie pragnienie. Planując styczniowy wyjazd do Paryża wiedziałam już co zrobię. Plan był taki: pójdę do Pierre'a Hermé , kupię ciastko plaisir sucre i książkę z przepisem, a potem kupię składniki. Chciałam, żeby to ciastko było takie bardzo paryskie i dokładnie z takich produktów jakie zaleca autor. Przyznaję, że to może trochę ortodoksyjne i dziwaczne podejście, ale sprawiało mi to wielką przyjemność. Plan zrealizowałam. Przypomniałam sobie smak oryginału, zdobyłam przepis i składniki i pozostało mi czekać na idealną okazję i samodzielnie przyrządzić tę pyszność. Zrobiłam i nie ukrywam, że smak wzbudził zachwyt. Powiem szczerze, to jedna z najsmaczniejszych rzeczy jakie zrobiłam. Dla miłośników czekolady to smak ideał.
Jeszcze parę słów o składnikach. Pierre Hermé  używa kuwertur firmy Varlhona, rzeczywiście są doskonałej jakości i warte tych pieniędzy. Niestety w Polsce nie są łatwe do dostania. Gorzką kuwerturę można kupić (również przez internet) w sklepie Le chocolat, o którym pisałam tutaj. Jeżeli nie uda się Wam kupić Varlhony, proponuję użycie czekolady dobrej jakości. Ważna jest tu jakość. Kolejny składnik to  crêpe dentelle Gavottes, czyli "koronkowe naleśniki", niesamowicie chrupkie i pyszne ciastka. Niedawno widziałam je w sprzedaży w sklepie Piotr i Paweł. Zamiennikiem ze względu na podobieństwo smaku mogą być nasze polskie rurki waflowe (takie okrągłe, podłużne z dziurką w środku). Ostatni kłopotliwy składnik to pralina. Ja kupiłam gotową, ale nie stoi nic na przeszkodzie, żeby zrobić ją samodzielnie w domu. Przepis poniżej, a na zdjęciu widać do jakiej konsystencji należy ją zmiksować.
Plaisir sucre wymaga troszkę pracy, ale naprawdę warte jest tego wysiłku. Smak doskonały.



Plaisir sucré

Dacquoise

150 g cukru pudru
210 g orzechów laskowych drobno zmielonych na mąkę
115 g białek
38 g drobnego cukru
100 g orzechów laskowych uprażonych i grubo posiekanych (zmiksowanych)*


Masa pralinowa

15 g masła
38 g kuwertury mlecznej Jivara Varlhona (lub dobrej jakości czekolady mlecznej np. Lindt)
75 g praliny**
75 g kremu czekoladowego (nutella, gianduja)
75 g ciasteczek  crêpe dentelle Gavottes
15 g orzechów laskowych uprażonych i grubo posiekanych (zmiksowanych)*


Ganache z czekolady mlecznej

115 g śmietanki kremówki
125 g kuwertury mlecznej Jivara Varlhona (lub dobrej jakości czekolady mlecznej np. Lindt)

Płatki czekolady

160 g kuwertury mlecznej Jivara Varlhona (lub dobrej jakości czekolady mlecznej np. Lindt)


Bita śmietana (chantilly) czekoladowa

105 g kuwertury mlecznej Jivara Varlhona (lub dobrej jakości czekolady mlecznej np. Lindt)
150 g śmietanki kremówki


Dacquoise: ubić białka z drobnym cukrem na pianę, dodać zmielone orzechy i cukier puder. Wymieszać delikatnie trzepaczką i wyłożyć do formy (22x28 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Posypać uprażonymi orzechami i piec 20 - 30 min w 170 stopniach C.

Masa pralinowa: Ciasteczka pokruszyć w dłoniach na około półcentymetrowe kawałki.  Masło z kuwerurą roztopić w kąpieli wodnej. Dodać krem czekoladowy i wymieszać do połączenia składników. Dodać pralinę, orzechy i ciasteczka. Wymieszać do połączenia składników. Masę równomiernie rozprowadzić na wystudzonym dacquoise. Ciasto pokroić na 4 prostokąty o wymiarach 3x10 cm.

Ganache z czekolady mlecznej: kuwerturę połamać na kawałki. Zagotować śmietankę w rondelku, zdjąć z ognia i ciągle mieszając, dodawać kuwerturę, aż do uzyskania gładkiej i jednolitej masy. Wystudzić, przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki. 

Płatki czekolady: kuwerturę rozpuścić na parze. Wylać na marmurowy blat albo matę sylikonową albo papier do pieczenia. Rozprowadzić cienko na grubość 1 - 2 mm. Zostawić do całkowitego wystudzenia. Zastygniętą czekoladę pokroić ostrym nożem na 8 płatków wielkości 3x10 cm.

Bita śmietana (chantilly) czekoladowa: kuwerturę połamać na kawałki. Zagotować śmietankę w rondelku, zdjąć z ognia i ciągle mieszając, dodawać kuwerturę, aż do uzyskania gładkiej i jednolitej masy. Wystudzić, przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki na 24 godziny.

Wyjąć z lodówki masę na bitą śmietanę i ubić mikserem do uzyskania puszystej bitej śmietany czekoladowej. Na blacie położyć 4 prostokąty dacquoise z masą pralinową. Przy pomocy rękawa cukierniczego z okrąglą koncówką nałożyć na każdy kawałek ciasta po trzy "wężyki" z ganache z czekolady mlecznej. Przykryć płatkami czekolady. Na czekoladowe płatki nałożyć po dwa "wężyki" bitej śmietany czekoladowej i jeden "wężyk" ganache. Na to nałożyć po drugim płatku czekoladowym. Wierzch ozdobić resztą mas.

Skończone.
Przechowywać w lodówce i delektować się niebiańskim smakiem.

*Orzechy wysypać na papier do pieczenia położony na blasze i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec 10 - 20 min, aż skórka popęka, a orzechy się lekko zarumienią. Orzechy wysypać na ściereczkę kuchenną i pocierać ściereczką, aż zejdzie skórka.


**45 g orzechów laskowych uprażyć w piekarniku przez 10 minut.

Na patelni roztopić 45 g cukru z łyżką wody. Kiedy zrobi się karmel, wsypać orzechy. Przelać na matę silikonową lub folię i zostawić do ostygnięcia. Kiedy stwardnieje, zmiksować w malakserze.






Przepis : Pierre Hermé

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails