czwartek, 29 kwietnia 2010

Łosoś z porami i cudowny cytrynowy mirt.




To był dzień moich urodzin. W skrzynce na listy znalazłam białą kopertę, a w niej dwa aromatyczne cuda od Bei. Ta koperta jeździła ze mną samochodem przez dwie godziny i wiecie co, mój samochód do tej pory pachnie mirtem cytrynowym. To jest tak intensywny zapach, który kusi i nie pozwala o sobie zapomnieć. Lekko przypomina trawę cytrynową i cytrynę. To jest przyprawa z tych, co jak sie raz powącha, to pragnie sie jeszcze i możnaby tak spędzić dzień z nosem w torebce.

Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, do czego użyć tej cudownej potrawy, to była ryba. Na obiad zaplanowałam łososia z porami zapiekanego w papilotkach (en papillote) według przepisu Francuzki Paule Caillat. Prowadzi ona w Paryżu swoją szkołę kulinarną zwaną Promenades Gourmandes (http://www.promenadesgourmandes.com/). Oprócz lekcji gotowania  w swojej własnej kuchni (dania kuchni francuskiej i lekcje pieczenia makaroników) organizuje też całodzienne wycieczki do sprawdzonych producentów doskonałej żywności oraz po wybranych specjalistycznych sklepach z produktami spożywczymi i po targach. Wizyta na targu i zakupy zawsze poprzedzają wspólne gotowanie.  To musi być ciekawe i inspirujące.
Do oryginalnego przepisu dodałam od siebie delikatne obsypanie ryby mirtem. Jestem bardzo z tego połączenia zadowolona. Potrawa jest prosta, szybka i niesamowicie aromatyczna. A mirt cytrynowy? No cóż, muszę przyznać, że teraz to jedna z moich ulubionych przypraw. 


Łosoś z porami.
(Saumon aux poireaux en papillote)

4 duże pory (tylko białe części, pokrojone w cienkie plasterki)
12 plasterków cytryny
4 filety z łososia
8 łyżek posiekanych ziół (użyłam natki pietruszki, mięty i estragonu)
4 łyżki gęstej śmietanki kremówki
sól morska
świeżo zmielony pieprz
oliwa z oliwek
mirt cytrynowy (opcjonalnie)

folia aluminiowa lub papier pergaminowy

Z folii lub pergaminu wyciąć 4 kwadraty, w które swobodnie będzie można zawinąć rybę. Na oliwie z oliwek dusić pora  pod przykryciem na małym ogniu przez około 10 minut. Mieszać od czasu do czasu. Pory mają zmięknąć, ale nie zbrązowieć. Posolić i popieprzyć do smaku. Każdy arkusz folii posmarować cienką warstwą oliwy. Na środku ułożyć trzy plastry cytryny, a na nich posolonego i posypanego mirtem łososia. Na wierzchu ryby położyć warstwę porów, posypać ziołami i nałożyć łyżkę śmietany. Z folii zrobić paczuszki, zwijając luźno najpierw górne, a potem boczne brzegi. Zawinięcie musi być szczelne, żeby sos nie wyciekał, ale też wokół ryby musi być przestrzeń ( to zapobiegnie wysychaniu ryby). Papilotki z rybą włożyć do nagrzanego do 220 stopni piekarnika i piec około 12 minut. Podawać od razu.

Jeszcze raz dziekuję Beo. Wspaniały prezent.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Mahlab po raz pierwszy i nadziewane armeńskie brioszki.



Dostałam ostatnio wspaniałe, pachnące i aromatyczne prezenty. Od Basi i od Bei. Dzięki nim poznaję nowe smaki, wcześniej mi nieznane. Dzisiaj chcę się z Wami podzielić jednym z nich.
Mahlab. Dla mnie całkowite nowe odkrycie. Smak i aromat trudny do opisania. Intrygujący, nowy i taki słodki, domowy. Po informacje szczegółowe odsyłam Was do mahlabowej specjalistki Basi  http://makagigi.blogspot.com/2010/03/choreg.html.
Przepisy z użyciem tych ziaren znalazłam w kuchni greckiej i...armeńskiej. Było to dla mnie dużym zaskoczeniem, ale i pokusą. Nigdy nic nie przyrządzałam z kuchni tego kraju, a to była już wystarczająca zachęta. Drugi powód to sam przepis na maślane brioszki z dodatkiem mahlabu i z aromatycznym nadzieniem z daktylii, miodu, orzechów i korzeni.
I tak od Basinych ziarenek mahlabowych przeszłam do zainteresowania i zgłębiania armeńskiej kuchni.
Zachęcam Was do poszukiwań mahlabu i do zjedzenia tych słodkich brioszek. Niezwykłe, zupełnie inne niż francuskie. Zdecydowanie słodsze. Przepis na nadzienie na pewno wykorzystam też w innym wypieku.

Basiu jeszcze raz dziękuję Ci za przemiły prezent.


Armeńskie brioszki z daktylowym nadzieniem.

Armenian brioche filled with dates, honey and walnuts.

Ciasto

1 torebka (7 g) suszonych drożdży
1/2 szklanki (125 ml) ciepłego mleka
1/2 szklanki cukru (100 g) ( można dać zdecydowanie mniej)
3 1/2 szklankii (550g) mąki
6 łyżek (80 g) masła w temperaturze pokojowej
2 duże jajka
1 1/2 łyżki oleju o neutralnym smaku
1/2 drobno zmielonego mahlabu
szczypta soli
1 ubite jajko do smaowania
płatki migdałów do posypania

Nadzienie

150 g drobno pokrojonych daktyli
1/2 szklanki posiekanych orzechów włoskich
1 łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki mielonych goździków
2-3 łyżki miodu
1 łyżka wody z kwiatu pomarańczy


Drożdże wymieszać z mlekiem, 1 łyżką cukru i 1 łyżką mąki. Zostawić na 10-15 minut.
Mikserem ubić jajka z pozostałym cukem. Dodać drożdże, mahlab, sól i mąkę. Miksując cały czas (końcówki haki) dodawać masło i olej. Dobrze wyrobione ciasto zostaić pod przykryciem na około 2 godziny (aż podwoi objętość) lub na noc w lodówce. Ciasto rosnące w zimnie, trzeba wyjąć z lodówki na godzinę przed pieczeniem. Nabierać dłońmi kulkę ciasta, rozpłaszczać lekko i położyć na środku jedną łyżeczkę nadzienia. Uformować kulkę i włożyć do foremki. Pozostawić do ponownego wyrośnięcia. Posmarować jajkiem, posypać migdałami. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec na złotobrązowo około 15-20 min.

Nadzienie: wszystkie składniki wymieszać łyżką.

sobota, 24 kwietnia 2010

Holenderskie klimaty, pączki i historia pewnej książki.


Znalazłam w kuchni samotne jabłko. Nie chciałam, żeby tak więdło stęsknoty pozostawione. A ponieważ ostatnio u mnie panują holenderskie klimaty , moje myśli powędrowały do odległej historii sprzed dziesięciu lat. Odległej, ale bardzo dla mnie miłej i związanej częściowo właśnie z holenderską kuchnią.
Wczesną wiosną, dziesięć lat temu, wydawnictwo Książka i Wiedza zaproponowało mi zrobienie poprawek, uaktualnienie i rozszerzenie dawno wydanej książki Macieja Halbańskiego "Potrawy z różnych stron świata". Książki, którą znałam z mojego rodzinnego domu. Myślę, że teraz zrobiłabym to trochę inaczej. Mam więcej wiedzy, doświadczeń kulinarnych. Wtedy, kiedy internet w Polsce raczkował, dostęp do informacji o kuchni rumuńskiej, fińskiej, holenderskiej czy birmańskiej był ograniczony. Starałam się jak mogłam zrobić to w bardzo krótkim czasie. Wykorzystywałam moją ówczesną wiedzę i szukałam informacji gdzie się tylko dało. Jak to wyglądało opowiem Wam na przykładzie kuchni holenderskiej. Mój mąż pracował wtedy w holenderskiej firmie, gdzie panowały bardzo przyjazne relacje, które zresztą przetrwały do dzisiaj. Wykorzystałam tę sytuację z obopulną korzyścią. Zapraszałam Holendra do nas do domu, gotowałam pyszne kolacje złożone z polskich potraw (żeby Holender poznał nasze polskie smaki i dania) i w miłej atmosferze zadawałam mnóstwo pytań. Do tego wizyty w holenderskiej ambasadzie i holenderskich firmach imporujących produkty spożywcze. Zajmowało to dużo czasu, ale było niesamowicie przyjemne i inspirujące. Do tego cudowne kontakty z ludźmi. Patrząc na to z perspektywy czasu, to było trochę takie staroświeckie, ale dało mi mnóstwo radości i wiedzy. I tak w ciągu dwóch miesięcy powstała książka, której dałam trochę od siebie i z siebie. Miłe wspomnienia i miłe chwile. Do tego musiałam przetestować przepisy  na potrawy, które zamieszczałam w książce. Piekna praca.
 Dzisiaj zapraszam Was na słodki holenderski deser, do którego użyłam moje, samotne jabłko. Pączki oliebollen. Przepis oczywiście ze wspomnianej książki.













Holenderskie pączki.
Oliebollen

500 g mąki
30-40 g świeżych drożdży
200 ml ciepłego mleka
1-2  jajka
150 rodzynek namoczonych przez noc w rumie
skórka starta z połowy cytryny
1 drobno pokrojone jabłko
4 łyżki cukru
szczypta soli
olej do głębokiego smażenia
cukier puder z prawdziwą wanilią i cynamon do posypania

Drożdże wymieszać z mlekiem i cukrem. Dodać pozostałe składniki pączków. Wymieszać i zostawić do wyrośnięcia na godzinę. Za pomocą dwóch łyżek formować z ciasta kulki i kłaść ostrożnie na rozgrzany olej. Można również formować kule z ciasta dłońmi  lekko posmarowanymi olejem. Smażyć na złocistobrązowo z dwóch stron. Pączki odsączyć z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku. Gorące posypać cukrem pudrem z dodatkiem prawdziwej wanilii i cynamonu. Podawać ciepłe.

Smakelijk eten czyli smacznego.


Zdjęcia z podróży belgijsko holenderskiej

wtorek, 20 kwietnia 2010

Liście laurowe, wędzony czosnek i pieczony schab.




Bardzo lubię liście laurowe, szczególnie te świeże. Kiedy mam możliwość zaopatruję się w skandalicznie duże ilości i wtedy folguję sobie w kuchni bez umiaru. Szczerze mówiąc, kiedy nie mam świeżych też sobie pozwalam na liściowe szaleństwo. Druga rzecz, czyli wędzony czosnek, to moje niedawne odkrycie. Obserwowałam go od pewnego czasu. Kusił mocno swoim zapachem, ale ja czekałam na odpowiednią chwilę, a on czekał, aż moje niezdecydowanie minie. No i nadszedł ten dzień, kiedy połączyłam go w jedno z liśćmi laurowymi. Efekt to pyszna pieczeń z delikatnym wędzonym posmakiem. Od teraz wędzony czosnek będzie stałym gościem w mojej kuchni i mam nadzieję, że również na targowych straganach.
  Przepis pochodzi od Nigelli Lawson z książki "Nigella bites". Bardzo lubię jej metodę marynowania mięsa w torebce. Od kiedy poznałam ten sposób, praktycznie tylko tak marynuję mięsa. Do przepisu wprowadziłam kilka moich zmian. Dodaję skórkę z cytryny dla aromatu i całe ząbki czosnku w łupinach. Uwielbiam taki upieczony rozsmarować na grzance.



Pieczony schab z liśćmi laurowymi.
Loin of Pork with Bay Leaves

6 łyżek oliwy z oliwek
4 ząbki czosnku  rozgniecione i około 10 - 12 całych ząbków czosnku w łupinach (użyłam wędzonego)
1 łyżeczka soli
skórka starta z połowy cytryny
6 ziarenek pieprzu utłuczonych w moździeżu
16 liści laurowych  (najlepiej świeżych)- 6 pokruszonych plus liście do przybrania
1 duża cebula pokrojona w duże kawałki
1,5kg schabu
½ szklanki białego wina

Nastawić piekarnik na ok. 205°C
W małej misce zmieszać: oliwę, rozgnieciony czosnek, sól, skórkę z cytryny, pieprz, pokruszone liście laurowe i wetrzeć tę mieszankę w mięso. Schab włóżyć do torebki foliowej (typu ziploc), zamknąć i zostawić w lodówce (najlepiej na 12-24 h). Godzinę przed pieczeniem mięso wyjąć z lodówki, żeby się ogrzało do temperatury pokojowej. Formę do pieczenia wyłożyć cebulą, całymi ząbkami czosnku i połową liśći laurowych. Położyć na to mięso z marynatą, a na wierzchu  resztę liści. Mięso można obwiązać sznurkiem. Piec ok. 1h 45min. Pół godziny przed końcem pieczenia dolać wino. Pieczeń jest pyszna zarówno na ciepło jak i na zimno.



niedziela, 18 kwietnia 2010

Tort urodzinowy mocha gateau.



Miałam wczoraj  urodziny i z tej okazji piekłam tort. Chciałam zrobić jakiś inny, w innym stylu niż te, które zwykle robię.  Ten przepis znalazłam u  Liski parę miesięcy temu i już wielokrotnie chciałam go zrobić. Wczoraj przyszedł na niego czas. A co mnie zaintrygowało w tym przepisie? Skusiła mnie pralina w jego składzie i dodatek  kawy. Jedno i drugie bardzo lubię. Zachęciło mnie też autorswo przepisu czyli LENÔTRE. L’Ecole Lenôtre było pierwszą szkołą gastronomiczną we Francji założoną przez  Gastona Lenôtre w 1971 roku. Dzisiaj to firma instytucja. Oprócz szkół, ma również restauracje, firmę cateringową i liczne sklepy sprzedające własnoręcznie robione czekoladki, ciastka i ciasta. Do tego dołączyło się wspomnienie. Tuż obok hotelu, gdzie mieszkałam ostatnio w Paryżu znajdował się jeden ze sklepów tej firmy. Razem z moją towarzyszką podróży chętnie tam zglądałyśmy kuszone kunsztownymi słodkościami.

Co jeszcze mnie skusiło?  W opisie Liska napisała, że tort jest trudny do zrobienia i czasochłonny. Zgadzam się tylko z tym drugim. Wymaga trochę czasu, ale robienie go jest przyjemnością.

Do wykonania tortu wprowadziłam pewną zmianę. Po zrobieniu kremu maślano-kawowego zostało mi trochę masy bydyniowej. Dodałam do niej 100 g  miękkiego masła i ok. 50 ml likieru amaretto. Biszkopt przekroiłam na trzy części i jeden kążek posmarowałam masą z likierem. Myślę, że to zmiana z korzyścią dla ciasta. Na drugi raz do kremu maślano-kawowego dodałabym mniejszą ilość masła np 100 - 120 g.  Jeszcze jedno. Tort jest mały. Jeżeli planujecie częstować nim wiekszą ilość osób lub dokładki, wtedy warto rozważyć upieczenie go z  podwójnej ilości składników. Teraz najważniejsza informacja czyli smak. Tort jest bardzo smaczny. Dobrze mu robi całonocna wizyta w lodówce. Smaki dobrze się przegryzają, ale chrupkość praliny i migdałów pozostaje. Jednak nadal moje ulubione torty to te, których warstwy tworzy beza lub  dacquoise.

Życzę wszystkim, żeby ten tydzień był pełen spokoju.

Tort pralinowo-kawowy
Mocha gateau

Ciasto:
100 g cukru
3 jaja
100 g mąki
20 g masła, topionego

*Krem maślany:
180 g masła
90 g praliny **
270 g kremu budyniowego ***

***Krem budyniowy
500 ml mleka
1 laska wanilii, przecięta wzdłuż
4 żółtka
125 g cukru
30 g mąki kukurydzianej
30 g mąki
1 łyżka zaparzonej, mocnej kawy



Syrop kawowy:
100 ml zaparzonej kawy

100 g cukru

Krem maślano-kawowy:
200 g kremu maślanego*
1,5 łyżki mocnej esencji kawowej

Migdały:
200 g blanszowanych, posiekanych migdałów

WYKONANIE

Ciasto:
Cukier i jajka ubić na parze do czasu aż osiągną temperaturę 45 st C.
Wciąż ubijając dodać masło. Kiedy masa będzie zimna, wmieszać łyżką mąkę.
Przełożyć do tortownicy o średnicy 20 cm, wysmarowanej masłem i wysypanej mąką. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 st C. Piec 20-25 minut.
Ostudzić w ciepłym piekarniku, przy uchylonych drzwiczkach. Przełożyć na kratkę kuchenną i kiedy będzie zimny, pokroić na 3-4 poziome placki.

Syrop:
W gorącej kawie rozpuścić cukier, odstawić do ostudzenia.

Krem:
Krem maślany* zmiksować z kawą.

***Krem budyniowy
Zagotować mleko z wanilią. Przykryć.
Żółtka utrzeć z cukrem na kogel-mogel, dodać obie mąki.
Dodać odrobinę gorącego mleka, wymieszać, następnie wszystko przelać do rondla i podgrzewać ciągle(!) mieszając, aż krem zgęstnieje.
Wyjąć wanilię, dodać kawę.

**Pralina
45 g migdałów uprażyć w piekarniku przez 10 minut.
Na patelni roztopić 45 g cukru z łyżką wody. Kiedy zrobi się karmel, wsypać migdały. Przelać na matę silikonową lub folię i zostawić do ostygnięcia. Kiedy stwardnieje, zmiksować w malakserze.

*Krem maślano-kawowy
270 g kremu budyniowego zmiksować z 180 g masła, na końcu wmieszać 90 g praliny.

WYKOŃCZENIE TORTU:

Blaty nasączyć syropem kawowym, następnie przełożyć kremem maślano-kawowym. Wierzch również posmarować kremem, obsypać uprażonymi migdałami.

Schłodzić w lodówce minimum godzinę, a najlepiej podawać następnego dnia.



Przepis: Lenotre

sobota, 10 kwietnia 2010

(...)



Teraz nadszedł czas ciszy, refleksji i zadumy.




piątek, 9 kwietnia 2010

Śliwki, czekolada, armagniac czyli ciasto doskonałe.



Są w kuchni duety doskonałe.
Pomidor i bazylia.
Wiśnie i czekolada.
Czosnek i oliwa.
Świeży chleb i masło.
Dla mnie jednym z takich rewelacyjnych połączeń jest armagniac i suszona śliwka. Mam kilka przepisów gdzie ten duet występuje, ale mam zawsze pewien problem z ich przygotowaniem. Śliwki potrzebują macerowania w alkoholu przez dobę, a jeszcze lepiej przez kilka dni. Zawsze przygotowuję podwójną ilość i prawie zawsze wszystko...zjadam. Mówię sobie, że zjem tylko kilka, ale jak zacznę, to nie mogę się powstrzymać i nie zostaje ani jedna. Smak doskonały i uzależniający. O armagniacu pisałam tutaj przy okazji pasztetu. Dzisiaj kilka słów o śliwkach. Te najsłynniejsze to śliwki z Agen (pruneaux d'Agen).  Do Francji przywędrowały wraz z krzyżowcami z Syrii. Dzisiaj na południowym wschodzie kraju rośnie blisko trzy miliony drzew, które corocznie rodzą 70 000 ton owoców. Odmianą, która zawojowała nie tylko moją kuchnię jest fioletowa z czerwonym rumieńcem prune d'Ente.  Surowa, nie robi wrażenia w smaku. Po wysuszeniu jest prawie czarna, błyszcząca, w środku ciemno żółta lub bursztynowa. Miękka i niesamowicie aromatyczna. To odmiana bardzo wrażliwa i wymagająca. Nie lubi wiatru oraz wilgotnej i piaszczystej gleby. Nie służą jej przymrozki, susze i nadmierne opady. Kształt drzewek jest ściśle określony. Maksymalna długość gałęzi to 1,1 metra, korona musi mieć kształt piramidy, a odstępy między drzewkami siedem metrów. Już sobie wyobrażam cmokających z zachwytu nad swoimi śliwami Francuzów. Miarki w rękach i te długie debaty okraszone wzruszaniem ramionami, kiedy długość gałęzi przekroczy 1,2 metra. Wyobrażacie sobie zachwyt w oczach Francuza, gdy jego śliwy dojrzewają, niepokonane przez złowrogi mróz czy suszę. Potem z radością świętują swoje szczęście kieliszkiem armagnacu.
  Zbiory odbywają się od połowy sierpnia tradycyjną metodą. Owoce nie są zrywane, tylko strząsane z drzew. Dojrzałe owoce, po umyciu, suszone są początkowo w temperaturze 60 stopni, a następnie 75. Temperatura nie może być wyższa, żeby nie doszło do skarmelizowania cukru. Ta troska i serce włożone w uprawę śliw procentuje doskonałym smakiem i radością, że możemy tego doświadczać.

A ciasto... Naprawdę pyszne. Niestety nie dla dzieci i kierowców przed podróżą. Jeden kawałek wprawia nas w doskonały humor, po drugim chce się śpiewać, a po trzecim...
Ciasto jest wilgotne, soczyste i niesamowicie aromatyczne, a przy tym lekkie. Duża w tym zasługa nietypowego biszkoptu bez mąki. Bardzo mi się spodobał taki rodzaj ciasta i juz myślę o kolejnych zastosowaniach i wariacjach smakowych. Z dodatkiem nasączonych w kirchu wiśni, otoczonych musem z gorzkiej czekolady albo z gruszką podgotowaną w waniliowym syropie z dodatkiem wódki Williams albo...

Jeszcze dwie praktyczne rady. Można jak najbardziej użyć innych śliwek, ale muszą być soczyste, a nie bardzo wysuszone np jakieś dobre kalifornijskie. Alkohol również można zmienić, bo wiem, że armagnac nie wszędzie jest dostępny. Może być koniak, whisky, wódka śliwkowa... jeszcze jedno. Ciasto jest bardzo proste i szybkie w zrobieniu. To jego kolejne wielkie zalety.



Ciasto czekoladowe ze śliwkami i armagnacem.

Ciasto
6 dużych jajek (żółtka i białka osobno)
150 g drobnego cukru
50 g gorzkiego kakao

Nadzienie
400 g śliwek
120 ml armagnacu

Ganache
150 g gorzkiej czekolady
5 łyżek śmietanki 30 %

50-75 ml armagnacu do nasączenia


temperatura piekarnika 180 stopni C
czas pieczenia 25 - 30 minut
tortownica o średnicy 20 cm

Śliwki zalewamy na noc, a najlepiej na 3-4 dni armagnacem do nasączenia. Tortownicę (20 cm) smarujemy masłem lub wykładamy papierem do pieczenia. Żółtka ubijamy z cukrem przez 3 minuty, dodajemy przesiane kakao i mieszamy do połączenia. Białka miksujemy na pianę i wykładamy na żółtka. Delikatnie mieszamy przy pomocy trzepaczki. Ciasto wylewamy do formy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C. Pieczemy 25-30 minut. Ciasto ma być upieczone, ale nie spieczone. Ciasto zostawiamy do wystygniecia w formie. W czasie studzenia znacznie opadnie, ale tak ma być. Ciasto kroimy na pół i nasączamy alkoholem. Odkładamy 10 - 12 śliwek, a resztę miksujemy razem z alkoholem, w którym się moczyły. Masę śliwkową wykładamy na jeden krążek ciasta, przykrywamy drugim. Czekoladę rozpuszczamy na parze razem ze smietanką. W tej masie moczymy pozostawione śliwki i odkładamy je na talerzyk. Resztę masy czekoladowej wylewamy na ciasto. Na wierzchu układamy śliwki w czekoladzie. Ciasto wstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę, a najlepiej na całą noc. Na koniec delektujemy się smakiem  i już nie używamy samochodu.

Smacznego.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Uwiodły mnie...greckie truskawki. Panna cotta i coulis truskwkowy.


Do sklepu chodzę ze starannie przygotowaną listą zakupów (chociaż muszę przyznać w sekrecie, ze czasami zapominam jej wziąć albo nie mogę znaleźć). I na miejscu chodzę od półki do półki według planu, ale czasami... coś mnie uwiedzie. Może to być świeży halibut albo nowy smak czekoldy, kolejna forma do ciasta albo... świeże truskawki. Tak wiem, że smak nie taki idealny, ale zapach i wygląd zrobiły swoje. Zostałam uwiedziona i w moim koszyku znalzło się duże opakowanie greckich truskawek. Po powrocie do domu szybko zostały zagospodarowane . W ten sposób  delektowaliśmy się jednym z ulubionych i najszybszych deserów. Panna cotta z sosem coulis ze swieżych truskawek. Warto było dać się uwieść.



Panna cotta i coulis z truskawek.

1 litr śmietanki kremówki 30 %
100 g cukru
1 laska wanilii
17 g żelatyny
500 g truskawek
50 g cukru
Do 250 ml śmietanki dodać żelatynę i zostawić do napęcznienia. Pozostałą śmietankę zagotować z przekrojoną wanilią i cukrem. Do gorącej śmietanki dodać pozostałą, tą z żelatyną i wszystko starannie wymieszać (do rozpuszczenia żelatyny). Masę, bez laski wanilii, wylać do foremek lekko nasmarowanych olejem w neutralnym smaku (silikonowych nie trzeba smarowac). Pozostawic do schłodzenia i wstawić do lodówki. Truskawki zmiksować z cukrem . Na talerzyk wylać trochę sosu i kłaść po jednym deserze.
Smacznego.

sobota, 3 kwietnia 2010

Najlepsze życzenia i ciasto czekoladowe z suszonymi śliwkami i armaniakiem.


Życzę Wam wszystkim radosnych, rodzinnych, pełnych ciepła i smakołyków Świąt Wielkanocnych. Pięknych i szczęśliwych chwil spędzonych przy stole i na wiosennych spacerach.

Ode mnie zapraszam na niesamowicie wilgotne i aromatyczne ciasto czekoladowe. Połączenie śliwek, armaniaku i czekolady to doskonałe trio. Wkrótce zapraszam na kolejne propozycje, gdzie te składniki grają główną rolę.


Ciasto czekoladowe z suszonymi śliwkami i armaniakiem.
(Moist chocolate, prune and armagnac squares)

150 g gorzkiej czekolady startej na tarce
75 g suszonych śliwek
75 ml armaniaku*
150 g masła w temperaturze pokojowej
150 g drobnego cukru
5 dużych jaj (białka i żółtka oddzielnie)
150 g startych migdałów**

Ganache
110 g gorzkiej czekolady
4 łyżki armaniaku
2 łyżki śmietanki kremówki

Robienie ciasta zaczynamy od namoczenia przez noc (lub dłużej) śliwek w alkoholu. Smarujemy masłem kwadratową formę do pieczenia o boku 20 cm.  W misce miksujemy masło z dodatkiem cukru do uzyskania puszystej masy. Cały czas miksując dodajemy żółtka, mielone migdały, startą czekoladę i śliwki. Białka ubijamy na pianę w drugiej misce. Przy pomocy trzepaczki mieszamy zawartość dwóch misek. Ciasto wlewamy do formy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni C. Pieczemy 45 minut. Wystudzone ciasto skrapiamy alkoholem pozostałym po moczeniu śliwek. Na wierzchu rozsmarowujemy ganache i kroimy w kwadraty.

Ganache
Na parze rozpuszczamy czekoladę, dodajemy smietankę i alkohol. Wszystko razem mieszamy.

* O armaniaku przeczytacie tutaj. Śliwki można namoczyć także w innym alkoholu np brandy lub koniaku.
**Do ciasta można użyc także mielonych orzechów laskowych.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Przedświąteczne klimaty i simnel cake.


Wielkanoc tuż, tuż. Wszędzie baby i mazurki. U mnie na stole w ten dzień zawsze jest pełen wybór tradycyjnych potraw. Takich sprawdzonych, robionych co roku. Puszyste baby drożdżowe z przepisu Neli, bogactwo mazurków, pascha... Ale lubię też, szczególnie w okresie przedświątecznym, wypróbowywać przepisy na świąteczne na dania z różnych stron. W tym roku jedną z takich propozycji jest angielskie ciasto simnel cake. Ciasto bogate w  suszone owoce z dodatkiem marcepanu. Nazwa pochodzi od imion rodzeństwa Simona i Nelly, starszej pary, która przygotowała to ciasto dla rodziny przybyłej w niedzielę wielkanocną. Ciasto było połączeniem przaśnego ciasta pozostawionego z postu z dodatkiem puddingu z Bożego Narodzenia. Wierzch ciasta tradycyjnie zdobi jedenaście kul zrobionych z marcepana, które symbolizują apostołów (z wyłączeniem Judasza).  Inna wersja mówi, że ciasto to zostało upieczone dla ich matki, stąd też inna okazja kiedy jest przygotowywane (Mothering Sunday). 


Ciasto doskonale się przechowuje i daje dużo możliwości smakowych przy wyborze owoców. Początkowo myślałam, że będzie podobne do Christmas cake, ale tak nie jest. To dwa zupełnie inne ciasta, mimo kilku podobieństw. Filiżanka herbaty i kawałek ciasta daje dużo energii do świątecznych przygotowań.



Simnel cake.

500 g marcepanu
450 g suszonych owoców (użyłam kandyzowanych wiśni, suszonych moreli, nektarynek, gruszek, truskawek, jabłek, żurawin, wiśni, pomarańczy i rodzynek)
80 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
225 g mąki pszennej
1 łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
szczypta soli
175 g masła
175 g drobnego cukru
 3 duże jajka lekko ubite
2 łyżki mleka
2 łyżki dżemu morelowego

Nasmarować masłem okrągłą formę o średnicy 20 cm. Marcepan podzielić na trzy części. Dwie części rozwałkować na kształt koła o średnicy formy (20 cm). Z trzeciej części uformować dłońmi jedenaście kulek.  W misce wymieszać suszone owoce pokrojone w 1 cm kostkę, skórkę pomarańczową, mąkę, sól, gałkę, i cynamon. W drugiej misce zmiksować masło z cukrem. Ciągle miksując dodać jajka i mleko. Kiedy masa dobrze się połączy, ciągle miksując (teraz na najwolniejszych obrotach) dodawać zawartość miski z suszonymi owocami., aż do połączenia składników. Połowę ciasta wyłożyć do formy. Na wierzch położyć jeden krążek marcepanu. Na to wyłożyć resztę ciasta. Wygładzić powierzchnię i wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni C na pół godziny. Po tym czasie zmniejszyć temperaturę grzania do 150 stopni i piec jeszcze 1 1/2 godziny. Ciasta całkowicie wystudzić w formie. Na wierzch ciasta położyć drugi rozwałkowany krążek marcepanu. Posmarować go lekko podgrzanym dżemem. Na około ciasta ułożyć jedenaście kulek z marcepanu. Wierzch ciasta opalić  lekko opalarką do kremu brulee.

Smacznego.





LinkWithin

Related Posts with Thumbnails