piątek, 26 marca 2010

Doskonały duet. Ossobuco i risotto alla milanese.


Dzisiaj znowu zapraszam na kulinarną wyprawę do Włoch. Każde z tych dań zasługuje na osobny wpis, ale w duecie smakują genialnie, więc nie rozdzielę ich też na blogu.
Dobre risotto ugotowane z odpowiedniego gatunku ryżu, o idealnej kremowej konsystencji jest doskonałym daniem samym w sobie. Do uzyskania takiego efektu, trzeba spełnić kilka warunków. Podstawa to odpowiedni gatunek ryżu. Jedynie określone gatunki mają odpowiednią spoistość i zdolność wchłaniania płynu. Włoski ryż dzieli się na cztery kategorie (ze względu na długość i kształt ziarna): ordinario albo comune (małe ziarna), semi-fino, fino i superfino. Im lepszy ryż, tym wymaga dłuższego czasu gotowania i wchłania więcej płynów.  Najlepsze gatunki ryżu do risotta to: Carnaroli , Vialone Nano, Arborio, Baldo, Razza 77, Sant'Andrea. Gotowe risotto musi mieć płynną, kremową konsystencję i pozostać twardawy (al dente). Gotowanie wymaga czasu i cierpliwości, ale końcowy efekt jest nagrodą. Dobre składniki (ryż, masło, domowy bulion, wino i parmezan) gwarantują doskonały smak.
Vialone nano (na zdjęciu) to mój ulubiony gatunek ryżu do risotta. Uprawia się go na nizinnych terenach na południe od Werony. Pola ryżowe uprawiane są bez zastosowania środków chemicznych i pestycydów. Szkodniki i chwasty eliminuje się przez wpuszczenie karpi na zalane wodą pola . W młynach ryżowych ryż poddawany jest wolnej i starannej obróbce. Po usunięciu łusek, ziarna ryżowe poddawane są polerowaniu, a następnie ręcznie przesiewane.
A do risotta porcja aromatycznego ossobuco, dania wywodzącego się z Mediolanu (Lombardia). Ossoboco czyli duszone plastry giczy cielęcej w sosie z warzyw i wina. Wszystko posypane na koniec gremolatą. 
Pysznie i bardzo po włosku.





Ossobuco.

3 gicze cielęce pokrojone w 2 cm plastry
6-8 łyżek oliwy z oliwek
2 łyżki mąki pszennej
200 ml wytrawnego, białego wina
2 średnie cebule pokrojone w kostkę
2 marchwie pokrojone w plastry
4 łodygi selera naciowego pokrojone w 1 cm plastry
4 ząbki czosnku
 50 g masła
1 łyżeczka skórki startej z cytryny (zest)
200 ml bulionu cielęcego lub warzywnego
300 - 400 g pomidorów z puszki (w zalewie)
4 gałązki świeżego tymianku (lub 1/2 łyżki suszonego)
2 liście laurowe
sól
pieprz

gremolata
1 łyżeczka startej skórki cytrynowej
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
1 starty ząbek czosnku

Plastry mięsa posolić, popieprzyć i obtoczyć w mące. Mięso zrumienić na patelni na rozgrzanej oliwie. Podsmażone przełożyć do garnka lub brytfanny do pieczenia (kawałki mięsa powinny być ułożone obok siebie). Z patelni wylać tłuszcz (nie myć) i wlać wino. Doprowadzić do zagotowania, zeskrobując resztki ze smażenia. Przelać wszystko na mięso. Na tej samej patelni, rozpuścić masło i podsmażyć cebulę, marchew i selera. Przełożyć jarzyny na mięso. Zalać bulionem, dodać skórkę z cytryny, czosnek, sól i liście laurowe, pomidory i tymianek. Zagotować i przykryć. Gotować lub piec w piekarniku przez 2 - 2 1/2 godziny. Wymieszać składniki gremolaty i posypać nią mięso.



Risotto alla milanese


100 g masła
1 mała cebula drobno pokrojona w kostkę
1000 - 1200 ml rosołu lub bulionu wołowego lub drobiowego (gorącego)
300 g ryżu do risotta
250 ml białego, wytrawnego wina
1/2 łyżki szafranu
100 g świeżo startego parmezanu
5 łyżek śmietanki kremówki (opcjonalnie)

W dużym rondlu stopić 50 g masła i zeszklić na nim cebulę. Dodać ryż i ciągle mieszając podsmażać go przez 2-3 minuty. Dodać białe wino i ciągle mieszając doprowadzić do odparowania większości płynu. Dodać 1 szklankę rosołu i gotować na silnym ogniu ciągle mieszając. Gdy płyn w większości odparuje, dodać kolejną szklankę rosołu. Powtarzać te czynności do ugotowania ryżu na półtwardo (al dente). Pod koniec gotowania dodać szafran. Do ugotowanego ryżu dodać resztę masła, parmezan i śmietankę. Wszystko dobrze wymieszać  i od razu podawać. 

niedziela, 21 marca 2010

Pistacjowe makaroniki w kolorze Ladurée.



Moja towarzyszka i ja, wizytę w Paryżu rozpoczęłyśmy i zakończyłyśmy w salonie Ladurée na Champs Elysées. Nie jest to moje ukochane miejsce w Paryżu (mam na myśli ulicę), pełne raczej turystów niż Paryżan, ale właśnie tam można poczuć  to miasto. Łuk triumfalny z jednej strony, plac Concorde z drugiej i to morze świateł samochodów,  białych i czerwonych. Na rozpoczęcie naszej wspólnej podróży siadłyśmy przy stoliku przy oknie, zamówiłyśmy kawę i talerz makaroników we wszystkich dostępnych smakach. A jest w czym wybierać. Obecny asortyment smaków to: czekolada, gorzka czekolada,
kawa,
wanilia, róża, pistacja, malina,
czarna porzeczka z fiołkiem, karmel z solonym masłem, kwiat pomarańczy, czerwone owoce, cytryna, kokos, mięta, migdał, kasztan, pralina, bergamotka i jaśmin z mango.
 . Do tego dochodzi olbrzymi asortyment pysznych ciastek i czekoladek. W Ladurée mamy do wyboru nie tylko  kawiarnię - herbaciarnię, ale także restaurację i sklepik z produktami na wynos . Możemy tam kupić  nie tylko ciastka i czekoladki, ale również herbaty, kawy, kakao, konfitury, karmelki, kandyzowane kasztany,  galaretki owocowe, kosmetyki i notesy. Wszystko sygnowane marką  Ladurée. 

Ladurée zostało założone w 1862 roku przez Louisa Ernesta Ladurée młynarza z południowo - zachodniej Francji. Pierwsza piekarnio - cukiernia mieściła się przy ulicy Royale. Za wystrój wnętrz odpowiedzialny był Jules Chérêt, który inspiracji szukał oglądając malowane sufity w Kaplicy Sykstyńskiej. Teraz  możemy oglądać tego efekty,  sufity zdobią małe aniołki.. Żonie Ernesta, Jeanne Souchard,  kobiety zawdzięczały możliwość bywania w takich miejscach. Wcześniej kawiarnie dostępne były tylko dla mężczyzn Stwarzając jedną z pierwszych herbaciarni w kraju, Jeanne Souchard dokonała czegoś przełomowego w tamtych czasach.


W 1993  roku Maison Ladurée kupiła grupa Holder założona przez Franciszka Holdera . Od tego czasu trwa intensywna ekspansja firmy nie tylko we Francji, ale i na całym świecie. Salon Ladurée na Champs Elysées został otwarty w 1997 roku. Oprócz Francji firmowe makaroniki można kupić w Londynie, Genewie, Lozannie, Monako i Tokio. 
A my, dwie turystki, podróżniczki tak sobie siedziałyśmy, objadając się smakowitościami , planując nowy dzień i przyglądając się jak zapada noc w Paryżu. Wizyta pożegnalna nie była już tak długa, bo przyszli uzbrojeni po zęby żandarmowie, prosząc wszystkich o jak najszybsze opuszczenie dzielnicy, gdyż za pół godziny będzie zamknięta. Powodem był mecz w piłce nożnej, którego wynik był niekorzystny dla jednego z krajów arabskich i niezadowoleni kibice planowali zamieszki na tej ulicy. Tak nas Paryż pożegnał. Pod eskortą żandarmerii i z torbami pełnymi makaroników w rękach. Dużo wrażeń. Jak zawsze w Paryżu.



Wczorajszy Dzień Makaronika i powiewy ciepłego wiatru oraz dzisiejszy pierwszy dzień wiosny nastroiły mnie na zieleń. A więc zapraszam na pistacjowe makaroniki na powitanie upragnionej wiosny. Zielone, jak zieleń w Ladurée.


Ciasto na makaroniki robię najczęściej z przepisu Pierre'a Hermé ( z bezy włoskiej) lub z prostszego i szybszego w wykonaniu, przepisu Felluni lub Tilianary. W przepisie Pierre'a Hermé wprowadziłam pewne modyfikacje.  Piekę teraz w temperaturze 140 stopni, wydłuża to pieczenie o 2-4 minuty, ale jest  z korzyścią dla makaroników. Ponieważ używam barwników w płynie, to wydłużyłam czas obsychania do 1 godziny. Dzięki temu tworzy się koronkowy rancik na spodzie. Jeśli on się nie pojawia w czasie pieczenia to znaczy, że makaroniki za krótko obsychały. 


Makaroniki pistacjowe
(Macaron pistache)

300 g mąki migdałowej (bardzo drobno zmielonych migdałów)
300 g drobnego cukru
110 g białek  liquéfiés*
5 g zielonego  barwnika spożywczego (najlepiej w proszku)

+

300 g cukru pudru
75 g wody
110 g białek liquéfiés*

300 g śmietanki kremówki 36 %
300 g białej kuwertury (można użyć również białej czekolady)
45 g kremu pistacjowego (pâte de pistache) lub 45 g zmielonych niesolonych pistacji zmiksowanych z kopiastą łyżką masła
45 g zmielonych niesolonych pistacji
2-3 krople naturalnego ekstraktu z migdałów ( do smaku, lepiej mniej niż za dużo)

Migdały łączymy z drobnym cukrem, a białko z barwnikiem.
Przygotowujemy włoską bezę.Ubijamy białko na sztywną pianę. Do rondelka wlewamy wodę i wsypujemy cukier. Gotujemy do czasu aż syrop osiągnie temperaturę 120 stopni ( to jest około 5 minut gotowania syropu na dużym ogniu, od momentu zagotowania). Odstawiamy syrop, aż ostygnie do 115 stopni C (około3 minut). Cały czas miksując pianę wlewamy wąskim strumieniem syrop cukrowy. Miksujemy jeszcze 5-8 minut, aż masa osiągnie temperaturę 50 stopni.. Piana znacznie zwiększy swoją objętość i będzie lśniąca i gładka, ale sztywna. Do piany dodajemy migdały z cukrem i płynne białko z barwnikiem. Wszystko mieszamy za pomocą szpatułki, aż składniki się połączą i masa będzie gładka i znacznie bardziej rzadka niż wcześniejsza piana z syropem Wszystko przekładamy do rękawa cukierniczego z dużą, okrągłą końcówką i wyciskamy placuszki. Ja na papierze do pieczenia narysowałam sobie kółka, odrysowując foremkę do ciastek. Na to położyłam drugi arkusz papieru i wyciskałam makaroniki. jak już wszystkie były wyciśnięte, wyciągałam arkusz papieru z szablonem. Wyciskanie makaroników zaczynamy od środka, lekko unosząc końcówkę. Nie jest to trudne, po paru próbach nabiera się wprawy. Teraz blachą z ciastkami  uderzamy o blat, żeby się wygładziły i lekko rozpłaszczyły. Makaroniki odstawiamy na pół godziny (godzinę, gdy używamy barwników w płynie), żeby lekko obeschły. Sprawdzamy to lekko dotykając je palcem. Makaroniki wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 140 stopni na 12 minut.

Kuwerturę (czekoladę) rozpuszczamy w kąpieli wodnej( bain - marie**). Śmietankę doprowadzamy do wrzenia. Przelewamy ją do miski i dodajemy płynną.kuwerturę (czekoladę) i krem pistacjowy. Wszystko dokładnie mieszamy. Dodajemy zmielone pistacje i ekstrakt migdałowy. Wszystko dobrze mieszamy i ucieramy przez 5 minut. Masę studzimy do temperatury pokojowej i następnie wstawiamy do lodówki do stężenia na 2 godziny lub całą noc. Przy pomocy rękawa cukierniczego nakładamy porcje masy na płaską stronę połowy makaroników. Przykrywamy drugą połową i odstawiamy do lodówki na 24 godziny. Dwie godziny przed podaniem wyjmujemy z lodówki.


*białka liquéfiés-  przykryte podziurawioną nożem folią spożywczą i zostawione w lodówce przez 2-3 dni.
** Kąpiel wodna (bain - marie) - metoda gotowania lub pieczenia, gdzie dany produkt w mniejszym naczyniu wstawiamy do większego, wypełnionego do 1/2 - 3/4 mniejszego naczynia gorącą wodą. 


Przepis: Pierre Hermé.

piątek, 19 marca 2010

Tort z czekoladowych musów dla Nel.



U mnie w domu każdy ma swój ulubiony tort albo kilka. Ten jest dla mojej dużej córeczki Neli. Zawsze mi powtarza, że robię go za rzadko, a jak zrobię to za mało.
Parę lat temu odkryłam jaką przyjemność może sprawiać robienie i jedzenie tortów. Nie mam tu na myśli takich typowych czyli suchy biszkopt i krem na margarynie z ozdobą z  kandyzowanych liści w okropnym smaku. Tak wyglądały torty w cukierniach w moim dzieciństwie. Na szczęście w moim domu na urodziny i imieniny były robione domowe, według starej receptury. Najczęściej był to tort orzechowy.  Zbieranie składników trwało czasami bardzo długo, bo nawet w najcięższych czasach zawsze był dodatek naturalnej laski wanilii. Takie robienie tortu trwało cały dzień. Najpierw łuskanie orzechów, później dziadziuś mielił je w specjalnej ręcznej maszynce dwukrotnie, a babcia swoim mikserem Kitchen Aid ( to niesamowite, ale moja babcia miała taki mikser, ten sam model, który teraz można kupić,) robiła kogiel mogiel z wanilią z calej kratki żółtek. W kremie czuć było dodatek alkoholu. Wszystkie ciotki i wujowie zawsze nie mogli się doczekać, kiedy będzie podany słynny tort babci L. Dawne, dawne czasy.
A ten dzisiejszy tort. Połączenie musu z białej i gorzkiej czekolady dobrej jakośći jest pyszne. Na to warstwa ganache i jesteśmy w raju miłośników czekolady. Musy można przyrządzić również osobno i podać jako deser. Pełna dowolność. Rodzaje czekolady dobieramy według naszych osobistych preferencji. Gorzka 62, 70, 80 czy 99%.





Tort z musów czekoladowych.

mus ciemny
6 żółtek
180 g drobnego cukru
200 g gorzkiej czekolady (używam czekolady Lindt Madagaskar i Ecuador)
2 płaskie łyżeczki żelatyny
350 g śmietanki kremówki (ubitej na sztywno)

mus jasny
350 g śmietanki kremówki
220 g białej czekolady
3 płaskie łyżeczki żelatyny
200 g śmietanki kremówki (ubitej na sztywno)

ganache
200 g gorzkiej czekolady
180 g cukru
50 g kremówki
125 g (1/2 szklanki) wody

Biały mus: zagotować 350 g śmietanki, zdjąć z ognia i dodać połamaną czekoladę i cały czas mieszać, aż do rozpuszczenia. Żelatyne namoczyć w  trzech łyżkach zimnej wody i napęczniałą dodać do gorącej śmietanki z czekoladą. Dobrze wymieszać, aż do rozpuszczenia. Masę schłodzić. Wylać masę do tortownicy lekko posmarowanej olejem o neutralnym smaku lub do małych foremek. Odstawić do całkowitego stężenia.

Ciemny mus: Żółtka ubić z cukrem na parze (wtedy nie musimy obawiać się salmonelli) i do gorącej masy dodać startą lub połamaną na małe kawałki gorzką czekoladę. Czekoladę też można rozpuścić na parze. Wszystko dobrze wymieszać do połączenia składników. Żelatyne namoczyć w dwóch łyżkach zimnej wody i napęczniałą dodać do gorącej masy czekoladowo jajecznej. Schłodzić. Do lekko tężejącej masy dodać bitą śmietanę i delikatnie ją wmieszać przy pomocy trzepaczki. Wylać na masę jasną i pozostawić do całkowitego stężenia. Zdjąć obramowanie tortownicy i przełożyć tort na talerz. Polać czekoladowym ganachem i ozdobić dowolnie.

Ganache: Wodę zagotować z cukrem do uzyskania syropu. Do lekko przestudzonego dodać połamaną czekoladę i śmietankę. Wszystko dobrze wymieszać i lekko schłodzić.

Tort niecałkowicie zimny wspaniale uwalnia czekoladowe aromaty.


Moje dzieci uwielbiają te srebrne kuleczki (nie jeść, ale oglądać) i nazywają je rtęcią. Czyli proponuję Wam dzisiaj tort mocno czekoladowy z ozdobą rtęciową.

środa, 17 marca 2010

Co mi w duszy gra...kurczak z trawą cytrynową i chilli.



Kiedy mam mało czasu to często improwizuję. Gotuję co mi w duszy gra. Ostatni powrót zimy wywołał u mnie potrzebę czegoś rozgrzewającego. A więc zajrzałam do szafek i lodówki i w pół godziny powstało takie oto danie. Przyznam się, że było pyszne i nieraz zagości na naszym stole.

Kurczak z trawą cytrynową i chilli.

500 g piersi z kurczaka
3 kawałki trawy cytrynowej (tylko białe części) pokrojone w pół centymetrowe paski
1 czerwona papryka
1 por (tylko białe części) pokrojony w pół centymetrowe paski
1 garść suszonych grzybów mun namoczonych w gorącej wodzie
300 g mrożonego groszku cukrowego w strąkach
1/2 dużej czerwonej, świeżej papryczki chilli (do smaku) pokrojonej w drobną kostkę
3 obrane ząbki czosnku pokrojone w cienkie plastry
2 łyżki mąki kukurydzianej
5 łyżek ciemnego sosu sojowego
2 łyżki sake (niekoniecznie)
5 łyżek sosu sweet chilli (z butelki)
1 łyżeczka oleju sezamowego
1-2 łyżki startego świeżego imbiru
olej do smażenia
ugotowany ryż (użyłam ryżu basmati) lub makaron sojowy

Pierś kurczaka kroimy w paski, przekładamy do miseczki i zalewamy 2 łyżkami sosu sojowego i sake.  Dodajemy mąkę kukurydzianą i mieszamy. Oczyszczoną paprykę kroimy na duże kawałki i smażymy na oleju na dużym ogniu w woku lub na patelni na chrupko. Przekładamy do miseczki i odstawiamy. Teraz smażymy piersi kurczaka, cały czas mieszając. Kiedy się przyrumienią, dodajemy pora, trawę cytrynową, czosnek, chilli. Do podsmażonych warzyw dodajemy odsączone grzyby, paprykę i przelany wodą na sitku groszek. . Po 2-3 minutach dodajemy pół szklanki wody, resztę sosu sojowego, imbir i sos sweet chilli.  Smażymy cały czas mieszając, aż sos zgęstnieje. Polewamy olejem sezamowym, mieszamy i podajemy z ryżem lub makaronem sojowym, ryżowym, soba....

W tego typu daniach ważne jest nieustanne mieszanie i smażenie na ostrym ogniu.
Życzę wszystkim smacznego i miłego wieczoru, a sama wracam do mojej pracy naukowej (ciężko jest mi się zebrać).

niedziela, 14 marca 2010

Pachnące drożdżówki z różą na przywołanie wiosny.


Myślami jestem przy Wielkanocy, a za oknem Boże Narodzenie. Kiedy śnieżyca przykrywa resztki trawy, które dopiero niedawno ponownie ujrzałam po paru miesiącach przerwy, to muszę się jakoś pocieszyć . Idę powąchać hiacynty, które oszałamiają zapachem, a potem robię drożdżówki z konfiturą z płatków z róży, które zrywałam w blasku słońca. Miękkie, aromatyczne, maślane ciasto i cudowny smak lata wewnątrz, to coś czego dzisiaj potrzebuję.Zaletą jest też to, że te drożdżówki robi się bardzo szybko i prosto. Do tego kubek herbaty, miękki koc i wciągająca książka. Tak sobie radzę z powrotem zimy, a jutro znowu będę wypatrywać wiosny i myśleć o motylach.

Pachnące drożdżówki z nadzieniem z róży.

500 g maki
40 g świeżych drożdży
1/2 szklanki (125 ml) mleka
3/4 szklanki (200 ml) śmietanki kremówki
2 żółtka
100 g drobnego cukru
80 g rozpuszczonego masła
wyskrobane ziarenka z 1 laski wanilii lub 1 łyżeczka naturalnej esencji waniliowej
skórka starta z 1 cytryny
szczypta soli
1 rozbełtane jajko
konfitura z płatków róży lub inna
Drożdże rozcieramy z cukrem i dodajemy resztę składników (oprócz rozbełtanego jajka i konfitury). Wszystko miksujemy końcówkami do ciasta drożdżowego (haki). Wymieszane ciasto odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę (w piekarniku nagrzanym do 30 stopni na pół godziny). Ciasto dzielimy na 12 porcji. Każdą porcję lekko rozpłaszczamy, nakładamy konfiturę (1 łyżkę) i tworząc kulę zlepiamy końce. Bułeczki kładziemy na blasze (łączeniem do dołu) wyłożonej papierem do pieczenia do ponownego wyrośnięcia. Smarujemy rozbełtanym jajkiem (można też jeszcze posypać cukrem lub zrobić kruszonkę) i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170 - 180 stopni C. Pieczemy na złoto (około 20 minut). Pyszne są jeszcze ciepłe.
Pyszny przepis na kruszonkę znajdziecie tutaj



A za oknem zima...











Przepis: Magda Gessler.

piątek, 12 marca 2010

Tyrolskie knedle i speck.


 


Bardzo lubię produkty regionalne. Kiedy tylko mam taką możliwość, to odwiedzam wytwórnie i zawsze wtedy pragnę jak najwięcej sie dowiedzieć i zobaczyć. Lubię takie miejsca gdzie z pasją i od pokoleń, według tradycyjnych metod wytwarzane są produkty. Żadnej chemii i konserwantów.  
W czasie włoskiej wyprawy trafiliśmy do wytwórni specku Tito, znajdującej się w miejscowości Daiano w dolinie Valle di Fiemme. Mimo, że warzywa, owoce i nabiał są tym co najbardziej lubię, to muszę Wam się przyznać, że bardzo mi się tam podobało i smakowało. W takich miejscach nie kupuje się "kota w worku". Wszystkiego trzeba spróbować, zagryzając płaskim i chrupkim miejscowym chlebem schuttelbrot i popijając miejscowymi winami. A jak się wychodzi, to człowiek jest najedzony i w głowie szumi, bardzo szumi. Dzięki temu próbowaniu, można świadomie zrobić zakupy, a jest w czym wybierać. Wszystkie wędliny wytwarzane w Tito speck, to tak zwane wędliny dojrzewające. Robią tam między innymi speck, coppę, pancettę i salami.. Część z nich pokryta jest naturalną pleśnią, która sprzyja procesowi dojrzewania. Tylko naturalne przyprawy i górskie czyste powietrze.
 Najbardziej znanym produktem mięsnym regionu Trydent - Górna Adyga jest speck. Robi się go z wieprzowej  szynki wraz z golonką. Mięso peklowane jest na sucho w soli, pieprzu, owocach jałowca i liściach laurowych. W tej mieszance przypraw dojrzewa przez trzy tygodnie. Następnym etapem jest powolne wędzenie przez cztery dni w dymie z dębiny i jałowca. Ostatni etap to dojrzewanie przez przynajmniej pięć miesięcy. I taki aromatyczny speck, cieniutko pokrojony, jest idealnym składnikiem deski dojrzewających wędlin. Do tego kawałek chrupiacego chleba i kieliszek zimnego młodego, białego wina i ... jesteście w raju. 
Speck jest również dodatkiem do wielu regionalnych potraw kuchni tyrolskiej. Jednym z takich dań są knedle - canederli. Knedle te są wspólną potrawą dla kuchni  zarówno Tyrolu jak i Trydentu, a także Bawarii i Austrii. Północna część kraju  przez dwieście lat, do roku 1919 była pod panowaniem austriackim.  Dopiero na mocy traktatu wersalskiego została przyłączona do Włoch. Jako echo tamtej historii pozostał wszechobecny język niemiecki oraz liczne potrawy, typowe po obu stronach granicy.
















Tyrolskie knedle.
(Canederli neri)

250 g żytniego chleba
150 g specku (ewentualnie dojrzewającego boczku)
1/2 dużej cebuli
1 ząbek czosnku
40 g masła
sól
100 ml mleka
1 jajko toztrzepane
50 g gryczanej mąki
5 łyżek świeżo startego parmezanu
rosół*

Chleb pokroić w pół centymetrową kostkę. Cebulę i specka pokroić w drobną kostkę. Czosnek wycisnąć lub zetrzeć na tarce. Na maśle podsmażyć specka i cebulkę do zezłocenia.  Do miski włożyć chleb, zawartość patelni, jajko i czosnek i sól. Wszystko zalać mlekiem i odstawić na godzinę. Do masy w misce dosypać mąkę gryczaną i wszystko dobrze wymieszać, najlepiej rękami. Odstawić na pół godziny. Jeżeli masa jest za sucha dodać wody, jeżeli za rzadka dosypać mąki. Z ciasta formować zmoczonymi w wodzie rękami okrągłe knedle wielkości piłki do... golfa (trochę większe niż piłeczki do ping ponga). W rondlu zagotować rosół, zmniejszyć ogień i włożyć do niego knedle. Rosół ma delikatnie "pyrkać". Gotować knedle 20 - 25 minut. W czasie gotowania knedle obrócić. Podawać w miseczkach razem z rosołem, posypane parmezanem. 

Smacznego.

*Rosół gotuję z kurczaka, wołowiny i cielęciny z bardzo dużą ilością włoszczyzny, suszonym prawdziwkiem i opaloną (przypieczoną na suchej patelni) cebulą, zielem angielskim i liśćmi laurowymi.. Rosół trzeba gotować długo, powoli i na małym ogniu. Pod koniec, gdy wyłączam już gaz dodaję 2-3 zgniecione ząbki czosnku. Z tym czosnkiem rosół musi wystygnąć. Lubię do rosołu pod koniec gotowania dodać  lubczyk. Możecie też zajrzeć po pyszny rosołowy przepis do Tilianary .



Tito speck
Pozze di sopra, 2
Daiano (TN)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails