niedziela, 12 grudnia 2010

Mediolańskie wspomnienia i włoskie ciasteczka ricciarelli.



Uwielbiam przedświąteczne wyjazdy. Smakowanie atmosfery miast przygotowujących się do Bożego Narodzenia. Targi świąteczne, lampki i dekoracje, grzane wino pite na ulicy, koncerty i zakupy prezentów. Tradycyjnie wyjeżdżamy w tym czasie całą rodziną do Wiednia. W tym roku jest inaczej. Miałam polecieć z moją towarzyszką intelektualno zakupową do Mediolanu. Niestety w ostatniej chwili jej sprawy zawodowe pokrzyżowały nam plany podróży. Kiedy ja wsiadałam do samolotu do Włoch, ona szykowała się do lotu do Chin. Poleciałam sama. Do ostatniej chwili moja wyprawa wisiała na włosku. Śnieg sparaliżował miasto i lotnisko. Odwołano wszystkie czwartkowe loty. Kiedy kładłam się spać, nie wiedziałam czy poranny piątkowy lot odbędzie się. Tak naprawdę pogodziłam się z myślą, że moja wyprawa nie dojdzie do skutku. Wtedy mój mąż powiedział mi, że jak się uda, to będę się jeszcze bardziej cieszyć z tej podróży. Miał rację. Od tego momentu wszystko zaczęło się układać. Siarczysty mróz i niski pułap chmur zostawiłam w Warszawie. Im dalej na południe, tym chmur było mniej. Nad Szwajcarią nie mogłam odkleić nosa od szyby. Alpy w słońcu oglądane z góry są przepiękne.


A potem już było tylko pięknie, coraz piękniej.  Mój hotel znajdował się przy głównej ulicy prowadzącej do katedry. Kiedy wydostałam się z metra na powierzchnię oniemiałam z wrażenia. Ciepło, cała ulica roziskrzona świątecznymi dekoracjami i... Andrea Bocelli śpiewający "Santa Claus is coming to town".  Nie mogłam sobie wyobrazić lepszego początku świątecznej wyprawy. Potem też nie brakowało mi wrażeń. Wieczorny koncert orkiestry pod katedrą grający świąteczne standardy z całego świata, ewakuację z metra
z powodu pożaru, świąteczny jarmark, widok na miasto z dachu katedry...
Mediolan zaskakiwał mnie na każdym kroku. To nie była moja pierwsza wizyta w tym mieście, ale pierwsza taka zupełnie samodzielna. Nie znam innego miasta na świecie, w którym mieszkańcy są tak doskonale ubrani, a policjanci tak przystojni, w którym kolejki wiją się przed wejściem do najdroższych sklepów, w którym do kasy u Gucciego trzeba czekać pół godziny, a u Tiffaniego kolejka przed sklepem wygląda zupełnie jak te nasze po papier toaletowy... w latach osiemdziesiątych.  Miasta, w którym jeździ kilkanaście modeli tramwajów. Te najnowsze wyglądają jak z filmów sf, a te najstarsze z drewnianymi podłogami, wyglądają jak modele, które oglądałam z moim synem w... muzeum inżynierii miejskiej w Krakowie.
Z Mediolanu wywodzi się też słynna, drożdżowa baba panettone. O tej porze roku można ją kupić na każdym kroku. Najlepsze produkuje firma Tre Marie (około 25 euro) i tradycyjne, stare cukiernie (ceny do 50 euro). Pod wieczór na ulicach miasta widać mieszkańców niosących pudełka z panettone w środku.  Trudność i czasochłonność jej wykonania powoduje, że w większości jest ona kupowana, a nie robiona w domu. Mam do niej słabość. Dzięki niej nie zapłaciłam też za nadbagaż. Po rozmowie o różnicach pomiędzy panettone firm Tre Marie, a Peck mój bagaż (38 kg !), dostał tylko czerwoną tabliczkę z napisem "heavy", a nikt nie chciał opłat za dodatkowe kilogramy. Rozmowy o jedzeniu łączą ludzi.

Będąc ciągle we włoskich klimatach upiekłam szybkie i proste ciasteczka migdałowe ricciarelli. Chrupkie na wierzchu i ciągnące w środku. Takie jak lubię. Towarzyszyła mi przy ich robieniu piosenka "Santa Claus is coming to town". Śpiewający ją Andrea Bocelli będzie ze mną przy wszystkich wypiekach w tym roku.















 Ricciarelli.
150 g obranych migdałów
113 g drobnego cukru kryształu
1 białko z dużego jaja
skórka starta z 1/4 cytryny
1/2 łyżeczki naturalnego ekstraktu z wanillii
1/2 łyżeczki naturalnego ekstraktu z migdałów
cukier puder do posypania

Nagrzać piekarnik do 160 stopni. Na blachę wysypać migdały. Rumienić je w piekarniku przez 10 minut, raz je obracając. Migdały wystudzić i zmiksować je na mąkę z połową cukru. Białko ubić na pianę. Dodać resztę cukru i zmiksować całość na sztywno. Dodać migdały, ekstrakty i skórkę z cytryny. Delikatnie wymieszać całość do połączenia się składników. Z masy formować łyżką owalne ciasteczka i wykładać je na blachę z papierem do pieczenia. Piec na złoto około 10 minut w 180 stopniach C. Gorące posypać cukrem pudrem.


Przepis z książki "The River Cafe. Classic italian cookbook" Rose Gray i Ruth Rogers

13 komentarzy:

  1. Wspaniala wyprawa! Ciesze sie, ze ostatecznie tak dobrze sie wszystko potoczylo i ze tak milo spedzilas czas.
    I masz racje - rozmowy o jedzeniu lacza, tez juz tego wielokrotnie doswiadczylam ;)

    Pozdrawiam serdecznie! I przy okazji czestuje sie ciasteczkiem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Lo, jak ja dawno nie byłam w Mediolanie...
    Masz rację, tam wszystko jest piękne - ludzie, sklepy,rzeczy. A uwielbiam patrzeć,jak dobrze ubrani są ludzie.
    Ja też z każdego wyjazdu wracam z nadbagażem.Nie da się inaczej.Porywam Ci jedno ciasteczko...
    A Andrea Bocelli śpiewa mi teraz w aucie.
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Alez cudnie opisalas,poczulam sie przez chwilke,jakbym tam byla razem z Toba :)
    Ciasteczka niby proste,a jednak niezwykle....

    Usciski poniedzialkowe i fajnie ,ze juz jestes :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miasto moich marzeń:) ale jeśli chodzi o nowoczesne tramwaje-kilka takich (no nie wiem czy dokładnie takich samych) widziałam już w W-wie:)

    OdpowiedzUsuń
  5. oj zazdroszczę Ci tej atmosfery! przepięknie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Zazdroszczę! A przepis super

    OdpowiedzUsuń
  7. ale wycieczka , kurce fix normalnie zazdroszczę:P
    a takie ciasteczka to niebo w gębie co?

    OdpowiedzUsuń
  8. brak słów. na zmianę z Twoimi zdjęciami zaczęłam przeglądać swoje z Mediolanu w zimie i odpłynęłam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. U Ciebie jak zawsze piękne zdjęcia pięknych miejsc i wykwintny przepis:-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Beo,
    rzeczywiście udała się wyjątkowo. Początkowo nic tego nie zapowiadało. We Włoszech szczególnie chętnie wszyscy rozmawiają o jedzeniu i dzielą się radami i przepisami.

    Amber,
    miło jest wrócić w to samo miejsce po pewnym czasie. Dla mnie też odmianą była pora roku. Już planuję zakup nowej, wielkiej walizki.

    Gosiu,
    ale miło napisałaś. Dziękuję Ci bardzo. Ciasteczkom smaku daje uprażenie migdałów. Niby proste, migdałowe, a jednak zupełnie inne.

    Olu,
    polecam Ci wyjazd tam. Nie jedź tylko w środku lata, bo upały są nieznośne. Co do tramwajów, to większą przyjemność sprawiała mi jazda tymi zabytkowymi. Czułam się jakbym cofnęła się w czasie.

    Madzius87,
    rzeczywiście to atmosfera jest najważniejsza. I takie nieprzewidziane, cudowne sytuacje. Z pożaru w metrze mogłabym zrezygnować.

    Fuchsia,
    ciasteczka szczerze polecam. Miło jest tak schrupać sobie jedno w czasie szaleństwa przedświątecznego.

    Margot,
    miałam szczęście, ze poleciałam w piątek rano. Po południu ponownie zamknęli lotnisko, a w czwartek nie odleciał ani jeden samolot do M. A ciasteczka rzeczywiście pysznościowe.

    Paulo,
    kiedyś unikałam wypadów zimowych do różnych miast. Bo zimno, bo nie można posiedzieć w kawiarni na zewnątrz. To był mój drugi zimowy wypad w tym roku i za każdym razem siedziałam w kawiarniach na zewnątrz. Mediolan ma urok, prawda?

    Anno Mario,
    jak ja lubię czytać Twoje komentarze. W następnym grudniu chciałabym wybrać się do Londynu. Spotkamy się? Buziaki.

    OdpowiedzUsuń
  11. każda wizyta na Twoim blogu to uczta dla ducha i ciała!
    pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  12. Lo! Medialanu zazdroszczę, choć dziękuję, że "mnie zabrałaś":)
    Piękne zdjęcia, a ciasteczka - bardzo kuszące!
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  13. Lo, piekny ten Medilolan w grudniu, jakos tak Ci powiem zimowo tam, choc chyba glownie dzieki ozdobom i jasnym kolorom budynkow :)
    Ricciarelli, trzeba by sprobowac, ale wczesniej moze by mnie Lo poczestowala? :D

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails