piątek, 26 lutego 2010

Włoskie wspomnienia i znowu targ.



W czasie naszej włoskiej wyprawy zaplanowałam wycieczkę do Bolzano, jednego z największych miast regionu Trydent - Górna Adyga na północy Włoch. Z tą wycieczką związane były trzy cele: wizyta na targu, zakup butów i maszynki do makaronu. Cele zrealizowałam i wzbogaciłam się o piękne wspomnienia i wrażenia.

Bolzano leży w dolinie w pobliżu autostrady północ-południe. My mieszkaliśmy w miasteczku w górach, około 60 km od tego miasta. Wszystko starannie zaplanowałam i wiedziałam, że z Cavalese do Bolzano wyjeżdża jeden autobus dziennie o godzinie 10.00. Na dworcu byłam punktualnie i wsiadłam do wielkiego autobusu i się ... zaczęło. Mój włoski ogranicza się do umiejętności zakupu jednego biletu i jeszcze całkiem nieźle radzę sobie w sklepie czy restauracji. Poprosiłam kierowcę o bilet jednym prostym zdaniem, w odpowiedzi dostałam bilet i bardzo długą przemowę po włosku, której nie zrozumiałm. Kierowca spróbował po niemiecku (ten region Włoch jest dwujęzyczny), ale moja znajomość niemieckego jest bardzo mizerna. Uczyłam się go w przedszkolu (było to tak dawno, ze nawet nie przyznam sie Wam kiedy) i pozostało mi w głowie tylko kilkanaście wyrazów. Kierowca nie znał angielskiego, ani francuskiego, a więc się nie dogadaliśmy. Zrezygnowany włoski mężczyzna uruchomił swój lśniący pojazd i ruszyliśmy: ja, jako jedyny pasażer i on, Włoch w swoim mundurze. Moje podziwianie krajobrazu przez okno nie trwało długo. Po przejechaniu kilku kilometrów kierowca ponownie rozpoczął swoją włoską przemowę. Tak mijały minuty, wiele minut. Mi nie pozostawało nic innego jak się uśmiechać (po pół godzinie zapewne już głupkowato). Nie do śmiechu mi tylko było jak jechaliśmy górskimi serpentynami nad przepaścią, a mój włoski kieowca postanowił włączyć do rozmowy gestykulację i jego dwie ręce uniesione wysoko, nijak nie trzymały kierownicy. Tak minęła godzina, ja i coraz więcej i szybciej mówiący kierowca. Na żadnym przystanku nikt nie wsiadł. Po zjechaniu do doliny stał się cud. Przystanek wśród jabłoniowych sadów, żadnych zabudowań i jedna pasażerka, która również chciała wsiąść do tego autobusu. Wsiadła, poprosiła o bilet i wtedy się zaczęło... Kierowca zaczął wyrzucać z siebie słowa z szybkością pistoletu maszynowego, a jego ręce wyrzucane gwałtownie do góry już zupełnie nie napotykały kierownicy. To trwało jakieś dziesięć minut, a w tym czasie autobus, jak krowa znająca na pamięć drogę do domu, sunął sam po jezdni nie przeszkadzając kierowcy w jego monologu. Pasażerka powiedziała tylko "bene" i ... podeszła do mnie. Wytłumaczyła mi po angielsku, ze kierowca poprosił ją, kiedy okazało się, że zna język Szekspira, o poinformowanie mnie, ze ten autobus NIE JEDZIE do Bolzano. Trzeba wysiąść w Egna Ora, przejść na inny przystanek i wsiąść do innego autobusu, który jedzie do Bolzano. Moje wielkie szczęście polegało na tym, że ta sympatyczna Włoszka również jechała w tym kierunku co ja i tak zyskałam towarzyszkę podróży.


A w Bolzano pierwsze kroki skierowałam do kawiarni, żeby ochłonąć przy filiżance aromatycznego espresso. Z nowymi siłami i uspokojonymi emocjami wyruszyłam realizować moje plany. Nie opowiem Wam  jakie można tam kupić buty, opowiem o włoskim targu. Tydzień wcześniej zwiedzałam paryskie targi, które uwielbiam, ale ten włoski zwycięża w rankingu " targi w miesiącu lutym". Bogactwo odmian warzyw i owoców przyprawia o zawrót głowy. W miesiącach letnich wizyt na włoskim targu, my ludzie północy, nie możemy odbywać bez dużej dawki nervosolu. Zimowy targ doprowadził mnie do emocji,  przy których przydałaby mi się filiżanka melisy, a nie kawy. Radością jest stać i patrzeć na stragany,  sprzedawców i kupujących. Włoski sprzedawca w porównaniu z francuskim, ma większą skłonność do gestykulowania z wyrzucaniem rąk do góry. Francuski preferuje ruchy bardziej poziome. Francuski więcej cmoka, włoski za to pięknie całuje swoje czubki palców. Wiecie, kupowanie i sprzedawanie na targu to jest piękny teatr, aktorzy doskonali, a scenografia bajeczna. I ja taka zafascynowana stałam i podziwiałam.

Bardzo lubię ciasta cytrynowe takie jak tarty, paje, a to dzisiejsze ciasto jest inne, bardzo cytrynowe, pyszne i niezwykłe. Masę cytrynową na ciasto wylewam przeważnie już ugotowaną, gęstą. Ta tutaj jest rzadka i częściowo wchłania się w podpieczone ciasto. Daje to rewelacyjny efekt. Inne jego atuty to łatwość przygotowania i krótki czas.

















A kto z Was wie jak się nazywa to warzywo?


Ciasto cytrynowe.
(Lemon bars)

Spód
1/2 szklanki (113 g) miękkiego masła
1/4 szklanki (25 g) cukru pudru
1 szklanka (130 g) mąki pszennej
1/8 łyżeczki soli

Masa cytrynowa
1 szklanka (200 g) cukru
2 duże jajka (lub 3 małe)
1/3 szklanki (80 ml) soku z cytryny (2 duże cytryny)
1 łyżka (5 gram) skórki startej z cytryny (zest)
2 łyżki mąki pszennej

cukier puder do posypania

Nagrzać piekarnik do 180 stopni C. Formę do pieczenia (20x20 cm)
wysmarować masłem.
Przyrządzić kruche ciasto miksując wszystkie składniki razem do ich połączenia. Ciasto wyłożyć do formy (bez schładzania w lodówce) i wstawić do piekarnika. Piec przez 20 minut na złoty kolor. Wyjąć ciasto z piekarnika i lekko wystudzić. W tym czasie przyrządzić masę. Ubić mikserem cukier z jajkami. Ciągle miksując dodać sok i skórkę z cytryny oraz mąkę. Wymieszaną masę wylać na ciasto i wstawić do pieca na 20 minut. Wyjąć z piekarnika. Wystudzone pokroić na kwadraty i posypać cukrem pudrem.

Smacznego.

18 komentarzy:

  1. wspaniala relacja,poczulam sie ,jakbym tam byla......i te foty...ten targ....cudownie,chyba bym stamtad nie wyszla wcale juz....
    te ciasto na pewno kiedys upieke,bo uwielbiam wszelkie cytrynowe wypieki.
    U nas na te warzywko mowi sie mangold ,niestety nie znam polskiego odpowiednika :(
    Milego weekendu zycze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. czy to jest może bok choi ??

    OdpowiedzUsuń
  3. po angielsku to jest swiss chard- wywodzi sie z rodziny burakow-ale jada sie tylko jego liscie-zwany bywa tez szpinakowym burakiem; siegnelam po ksiazke o warzywach-bo byam bardzo zaciekawiona zdjeciem

    OdpowiedzUsuń
  4. Wpadłam na chwilkę, ale nie ma mowy.
    Zostawiam taką ucztę na wieczór.
    Na spokojne czekanie.
    Super! Lubię kiedy tak piszesz

    miłej soboty
    M.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czulam sie prawie jak Ty w tym autobusie. Wspaniale sa te Twoje opowieści :))
    A ciasto... pycha!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, to wygląda jak swiss chard, ewent. chińskie pak choi, ale obstawiam swiss chard:-)
    Cudne zdjęcia i opowieść.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosiu,
    jak napisałaś mangold, to otworzyły mi sie klapki w mózgu. Nakupowałam masę różnych, mało znanych warzyw i każde miało karteczkę z nazwą. I przy tym jednym jedynym karteczka odpadła. Wielkie dzięki.

    Mihrunnisa,
    dziękuję za propozycję i witam.

    Anulko,
    cudowne jest Twoje zaangażowanie. Bardzo dziękuję.

    Moniko,
    przemiłe są Twoje słowa. Dziękuję.

    KucharzyTrzech,
    bardzo dziękuję. Bardzo miło słyszeć , że komuś miło się czyta, to co się napisało.

    AnnoMario,
    dziękuję. Byłam w kropce z tym warzywem, a teraz już wiem co zjem. Przemiłe słowa specjalistko od Alicji.

    Pozdrawiam Was wszystkie bardzo serdecznie i życzę miłego weekendu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Hihi obstawiałam pak choi :)))
    Te zdjęcia z targu to przesada :P Mogłaś me oczy oszczędzić...
    Piękne!

    OdpowiedzUsuń
  9. Zdjęcia z targu mnie rozłożyły na łopatki! Ale fajna historia :)
    A to warzywo przypomina boćwinę, absolutnie nie jestem specem od warzyw, ale Anoushka kiedyś o niej pisała na blogu i tak mi zapadła w pamięć.
    Sąsiedzkie weekendowe pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Lubię takie cytrynowe krajanki, bardzo lubię, ale powiem Ci, że to prawdziwy sadyzm takie zdjęcia targu pokazywać, no normalnie nie masz serca :P
    Buźka :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Tak tak - to swiss chard, czyli burak liściowy czy też boćwina. Ciekawa jestem, co ciekawego z niej przygotujesz :)
    Opowieść i zdjęcia jak zwykle bardzo malownicze :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Polko,
    a wiesz jak ja się tam czułam? Nie mogłam odejść.

    Felluniu,
    a mnie rozłożyło tam na miejscu. Nie wiedziałam na co się zdecydować. Moim szczęściem było to, że mieliśmy na miejscu kuchnię. Dziękuję za wskazówki warzywne.

    Tili,
    i Ty, taka łagodna, także oskarżasz mnie o sadyzm. Następne zdjęcia będą z chodnikiem, którym rano idę do pracy. Wszyscy będą mi wtedy współczuc.

    Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego tygodnia.

    OdpowiedzUsuń
  13. Beo,
    miałaś doskonały pomysł. Tak, teraz mogę wziąć się za recepturę. Niedługo ją zdradzę. Dziękuję i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo dobrze Lo, ze podrozujesz - choc wie czlowiek, ze na Zachod od Srodkowej Europy tez sa piekne targi :) Sliczne zdjecia - przypominaja mi sie izraelskie targi i lezka sie kreci...

    No tak, burak lisciowy - Bea zawsze pierwsza :-))

    OdpowiedzUsuń
  15. Byłam za pak choy :) Swoją droga zawsze mnie zastanawiał swiss chard - czy on ma swój odpowiednik w j. polskim?

    OdpowiedzUsuń
  16. Aaaaa... Robię porządki w linkach i pozwoliłąm sobie dodać Cię do moich :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Buruuberii,
    jak ja bym chętnie obejrzała taki izraelski targ. A te w Pradze jakie są?

    Aniu,
    muszę to sprawdzić czy jest polski odpowiednik.. Miło mi ,że dodałaś mnie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja nie wiem jak to się stało,że nigdy nie trafiłam na Twojego bloga.Przy tym poście polały się łzy śmiechu:)Pozdrawiam serdecznie ,jesteś autorką "Perełki" wśród blogów!

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails