środa, 21 października 2009

Pistacja, pistachio, pistache, pistacchio, pistazie, pistacho....ciasto pistacjowe.



Nieraz wchodząc na różne blogi kulinarne, zastanawiałam się, co zainspirowało twórcę do nadania swojemu blogowi takiej, a nie innej nazwy. Nie ukrywam, że nadal się zastanawiam i chciałabym się dowiedzieć.
A chcecie wiedzieć jak to było u mnie?
Niedługo po moim odkryciu świata blogów kulinarnych poleciałam z moją towarzyszką intelektualno - zakupową na wystawę do Kolonii i Bonn. Nie był to może wymarzony przez nas kierunek podróży, ale wystawa wymarzona, jednego z naszych ulubionych malarzy Amadeo Modigliani.
Wystawa piękna, cudowna, inspirująca.
Spędziłyśmy w Kolonii 4 dni. Jeden cały dzień to wystawa. Kończyłyśmy oglądanie i zaczynałyśmy od początku. Nie mogłyśmy się nasycić. Pozostały czas to niespieszne wędrówki, odkrywanie nowych miejsc, buszowanie po sklepach, robienie zdjęć, picie kawy i przyglądanie się przechodniom.
Z moją towarzyszką mamy zupełnie inny rytm dnia. Ja wstaję skoro świt, ona lubi sobie pospać. Znalazłyśmy na to rozwiązanie. Ja wstawałam i wychodziłam z hotelu poznawać miasto, a moja towarzyszka po obudzeniu dołączała do mnie w kawiarni.
Co można robić w nieznanym mieście o 7 rano? Zwiedzać targ, robić zdjęcia i zaglądać do indyjskich sklepów, które chyba nigdy nie są zamykane. Wybór produktów w tych sklepikach był oszałamiający. Wędrowałam niespiesznie pomiędzy półkami, brałam wszystko do ręki i oglądałam. Towarzyszyła temu transowa hinduska muzyka, która nadawała rytm moim krokom. Zrobiłam cudowne zakupy, kupiłam produkty, których od dawna poszukiwałam. Za kasą stał Hindus w turbanie o przenikliwych oczach, a obok niego wielki worek.... niesolonych łuskanych pistacji. W moim domu wszyscy kochaja pistacje, a tam były piękne, zielone i w cenie fistaszków. Ilekroć chciałam zrobić ciasto pistacjowe, prawie doprowadzałam moją rodzinę do bankructwa i w dodatku ciężko było je kupić. Przyznam się, że zdażało mi się płukać solone pistacje pod wodą, aby zrobić ciasto. A tam w sklepiku znajdowała się przede mną nieogrniczona ilość. Jedynym ograniczeniem była pojemność walizki i limit wagowy w samolocie. Do Polski wróciłam z walizką pełną smakołyków, silikonowym wałkiem, perłowymi kolczykami i workiem pistacji.
A potem już w domu zaczęło się pistacjowe szaleństwo - ciasta, ciasteczka, sałatki, mięsa. I tak w tym pistacjowym nastroju powstał tytuł mojego bloga - PISTACHIO (pistacja, drzewo pistacjowe).

A dzisiaj z tej okazji oczywiście ciasto pistacjowe.

Maślane ciasto pistacjowe nasączone syropem pomarańczowym.
(Pistachio buttercake with spiced orange syrup)

2 szklanki (280 g) posiekanych niesolonych pistacji
185 g miękkiego masła
1 łyżka startej skórki pomarańczowej
3/4 szklanki (165 g) drobnego cukru
3 jajka
1/4 szklanki (60 ml) maślanki lub naturalnego jogurtu
1 1/2 szklanki (225 g ) mąki z dodatkiem środka spulchniającego (self-raising)*
3/4 szklanki (110 g ) mąki

Syrop pomarańczowy

1 szklanka (220 g ) drobnego cukru
1 szklanka (250 ml) wody
1 kawałek cynamonu
1 łyżeczka ziarenek kardamonu
3 gwiazdki anyżu (ja pomijam ten składnik)
3 paski skórki pomarańczowej ( obrane obieraczką do warzyw)

Przyrządzić syrop pomarańczowy: wymieszać wszystkie składniki i zagotować. Po minucie zdjąć z ognia i odstawić do schłodzenia.
Ciasto:Ubić mikserem masło na gładko, dodawać po jednym jajku cały czas miksując. Dodać maślankę, 1/3 syropu pomarańczowego przecedzonego i oba rodzaje mąki. Zmiksowć krótko do połączenia składników. Dodać 3/4 orzechów pistacjowych, wymieszać. Na dno kwadratowej  foremki (o boku 23 cm), wyłożonej papierem do pieczenia wysypać 1/4 orzechów ( można tę czynność pominąć i całość orzechów wmieszać w ciasto) i wylać na nie ciasto. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C przez 40 min. Gorące ciasto nasączyć pozostałym syropem pomarańczowym.
 Smacznego.



* Zamiast mąki self - raising można użyć w całości zwykłej mąki pszennej i 1/2 - 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia. Mąkę self -raising kupuję w dziale spożywczym Marks & Spencer.

Przepis z moimi zmianami pochodzi z książki Dried fruit & nuts.

6 komentarzy:

  1. Lo, ależ tu u Ciebie smakowitości. Muszę przyznać, że jak czytałam Twój wpis to aż się sama do siebie uśmiechałam. Ja również uwielbiam takie egzotyczne sklepy, mogę w nich spędzać całe godziny, a i solone pistacje zdarzało mi się już płukać tak jak Tobie. W PT o te niesolone też jest niezwykle trudno, więc jak je dopadnę to kupuję hurtowo. ;) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może jakieś stowarzyszenie płuczących pistacje? Pozdrawiam gorąco (a za oknem zimno)

    OdpowiedzUsuń
  3. O, i tego mi trzeba! Ostatnio mam wielką ochotę na pistacje i to ciasto jest odpowiedzią na moje pragnienia ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Antoni, daj znać jak smakowało.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawa historia :) Pistacje są przepyszne i tak miło się kojarzą z wakacjami właśnie :) a ja - Mirabelka. Dlaczego? Bo u mnie za płotem rośnie mirabelkowe drzewo. Właściwie to odkąd sięgam pamięcią - rosło tam od zawsze :) i co roku zachwyca mnie tymi małymi żółtymi kuleczkami, którymi obradza, tak pięknie wygląającymi na tle ciemnozielonych liści :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj Mirabelko, bardzo podoba mi się Twoja historia i nazwa mirabelka. Mam też swoją historię mirabelkową. Kiedyś opowiem. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails