niedziela, 13 stycznia 2019

Trzy składniki. Szybkie ciasteczka migdałowe.


Dzisiaj mam dla Was jeden z przepisów, który miałam opublikować w grudniu, więc nie dziwcie się tym świątecznym dekoracjom na zdjęciach.

Ciasteczka migdałowe, do których zrobienia potrzebne są tylko trzy składniki, są niezwykle proste i szybkie do wykonania.  I pozwalają zużyć białka, których zawsze jest w nadmiarze (przynajmniej w mojej kuchni). Te ciasteczka z wierzchu są delikatnie chrupiące, a w środku ciągnące. I znikają błyskawicznie, bo są pyszne.

Jeżeli chcecie zrobić szybko coś słodkiego albo wykorzystać białka, ten przepis Wam się przyda.


 Ciasteczka migdałowe

200 g mielonych migdałów
200 g drobnego cukru
2 duże białka jajek

cukier puder do posypania wierzchu

Nagrzać piekarnik do 170 stopni C.
Wyłożyć papierem do pieczenia 2 duże, płaskie blachy.

W dużej misce wymieszać mielone migdały z cukrem.
W drugiej misce zmiksować na sztywną pianę białka.
Dodać do migdałów 3-4 łyżki piany i wymieszać. Dodać resztę piany i wymieszać delikatnie całość szpatułką do połączenia.

Nakładać łyżką porcje ciasta zachowując pomiędzy nimi 3 cm odstępy. Wstawić do piekarnika jedną blachę i piec około 10 minut do lekkiego zrumienienia. Wyjąć blachę z piekarnika i odstawić na 10 minut, a w tym czasie piec drugą porcję ciastek. Upieczone wyjąć i odstawić na 10 minut. Po tym czasie zdjąć delikatnie z blachy. 
Świeżo upieczone ciasteczka są chrupiące, ale z godziny na godzinę miękną.

Wystudzone można delikatnie oprószyć cukrem pudrem.

Ciasteczka przechowywać w puszce przez kilka dni. 



poniedziałek, 7 stycznia 2019

Poznańska La Ruina i Raj i ich wietnamskie ciasto bananowe.


Pierwszy raz w poznańskiej La Ruinie i Raju byłam ponad sześć lat temu. Gdzieś o nich usłyszałam lub przeczytałam i tak zwabiona rekomendacją trafiłam tam pewnego letniego wieczoru. Od tego czasu, prawie przy każdej wizycie w Poznaniu, wpadaliśmy tam zjeść coś na wytrawnie lub chociażby na kawałek słynnego sernika. 

W czasie ostatniego sylwestrowego pobytu zamówiliśmy wszystko co zostało ;) i długo siedzieliśmy zatopieni w rozmowie, zasłuchani w muzyce w tle i zaczytani w książkach Moniki i Jana. Czas szybko płynął, a za oknem Śródkę otaczała gęsta, zimowa noc. 

Czas La Ruiny i Raju na Śródce dobiega końca. Jeszcze tylko do końca marca będzie można zjeść tamtejsze specjały. Od kwietnia w nowej odsłonie i z nowymi pomysłami Monika i Jan zapraszają nas na ulicę Św. Marcina. Myślę, że to doskonały adres na zjedzenie ich nieortodoksyjnych rogali świętomarcińskich czyli wspaniałych w smaku, zrobionych na maśle z orzechami włoskimi i marcepanem.

Trochę szkoda, bo dla mnie Śródka to Raj i Ruina, ale... coś się kończy i coś nowego zaczyna. Zobaczymy czym nas ta para znowu zachwyci.

Kiedy wróciłam z Poznania do domu, to pierwszą rzeczą jaką chciałam zrobić było upieczenie sernika z jednej z ich książek. Oczywiście na dobrym serze z Wielkopolski czyli ze Strzałkowa. 

Niestety czas świąteczno noworoczny przetrzebił półki w okolicznych sklepach i jedyny dostępny ser, to był ser w wiaderku  z dodatkiem... wielu dodatków. W tej sytuacji, odstawiłam na bok plany sernikowe, ale nie odstawiłam książek.

Przejrzałam zapasy w kuchni, uśmiechnęłam się do kiści brązowiejących bananów i wiedziałam już co zrobię - wietnamski bananowiec. Powiem szczerze, że nie jestem znawczynią wietnamskich słodyczy, a wręcz nie mam o nich pojęcia. Z ich słodkości znam tylko kawę słodką jak ulep czyli kawę po wietnamsku z dodatkiem słodzonego mleka skondensowanego. 

Monika pisze, że ciasto w konsystencji przypomina zakalec albo pudding, a mi przypomina pieczony omlet, a najbardziej francuskie clafoutis. To takie ciasto - nieciasto. Jeżeli szukacie czegoś lekkiego, puszystego i delikatnego, to ten przepis nie jest dla Was. 

U mnie części domowników najbardziej smakowało to ciasto na ciepło, reszcie na zimno. Pojawił się też głos, że jednak Francuzi, jeżeli chodzi o cukiernictwo, nadal nie są zagrożeni. Ale jednak ciasto - nieciasto zniknęło bardzo szybko.

Jedyna zmiana jakiej bym dokonała w przepisie, to dosypałabym dużą garść rodzynek namoczonych przez noc w whisky albo w mocnym, aromatycznym rumie.






Wietnamski bananowiec z La Ruiny

7 dużych bananów (po około 200 g każdy)
40 g cukru pudru
60 ml whisky
5 jajek
150 ml mleka kokosowego
200 ml słodkiego mleka zagęszczonego (skondensowanego)
100 g stopionego masła
szczypta soli
150 g mąki pszennej tortowej
100 g posiekanej gorzkiej czekolady
60 g rodzynek namoczonych w whisky lub rumie przez noc (opcjonalnie)

Do miski włożyć sześć bananów pokrojonych w plasterki. Dosypać cukier puder i dolać whisky. Wymieszać i odstawić na 2o minut.

Ubić jajka na puszystą masę. Dodać mleko kokosowe, słodkie zageszczone i przestudzone masło. Zmiksować do połączenia. Dodać sól i mąkę i jeszcze raz zmiksować do połączenia. 

Dodać banany, czekoladę i ewentualnie rodzynki. Całość delikatnie wymieszać szpatułką.

Ciasto przelać do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia o wysokich brzegach i o średnicy 20 cm. Na wierzchu ułożyć pokrojonego w plastry banana i wstawić formę do piekarnika nagrzanego do 190 stopni C.

Piec 60-65 minut. 
Wyłączyć piekarnik i zostawić w nim ciasto jeszcze na kilka minut, a następnie uchylić drzwiczki i zostawić ciasto do wystudzenia.

Wierzch posypać cukrem pudrem, polukrować lub polać solonym karmelem.



Przepis Monika Mądra - Pawlak i Jan Pawlak z książki "Lubię".

piątek, 4 stycznia 2019

Senapssill czyli szwedzkie śledzie w sosie musztardowym


Przed świętami chciałam zamieścić jeszcze kilka przepisów, ale nasz przedświąteczny czas obfitował w wiele nieprzewidzianych sytuacji i zabrakło mi na to czasu. 

Wszystkie te nieopublikowane jeszcze przepisy mogą się Wam przydać także poza świętami, więc zdecydowałam, że podzielę się nimi z Wami teraz. Jak tego nie zrobię, to przepadną mi gdzieś w odmętach, a szkoda byłoby (według mnie).

Mam nadzieję, że po świętach, nie macie jeszcze dość światełek, gwiazdek i błyszczących choinek i wytrzymacie jeszcze przez chwilę patrząc na moje zdjęcia ;-)

Dzisiaj zapraszam Was na szwedzkie śledzie w sosie musztardowym. Trochę ich już na blogu jest, ale wierzcie mi wszystkie te przepisy różnią się między sobą.

Oprócz świetnego smaku, ten przepis ma jeszcze jedną wielką zaletę. Jest super prosty i szybki do zrobienia. W skrócie mogłąbym napisać: wymieszaj wszystkie składniki i już.





Szwedzkie śledzie w sosie musztardowym
Senapssill

1 łyżka octu z białego wina
3 łyżki oleju słonecznikowego
2 łyżki crème fraîche lub gęstej, tłustej i kwaśnej śmietany
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżki słodkiej musztardy (świetnie sprawdza się TA lub TA dostępna w sklepach Ikea)
1 łyżka musztardy Dijon
2 łyżki słodkiej śmietanki
1 łyżka majonezu
1 szalotka (bardzo drobno posiekana)
3 łyżki posiekanego kopru
3 łyżki posiekanego szczypiorku
250 marynowanych śledzi (pokrojonych w 2 cm kawałki)

Wymieszać w misce wszystkie składniki (oprócz śledzi) do uzyskania jednolitego sosu. Dodać śledzie i ponownie wymieszać. Odstawić na noc do lodówki, żeby wszystkie smaki przegryzły się.



Przepis Brontë Aurell z książki "Scandikitchen Christmas"

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Wesołych Świąt 2018



Kochani.
życzę Wam wszystkim
 pięknych, radosnych, pełnyvh ciepła i szczęśliwych chwil 
Świąt.

Planowałam przed świętami opublikować jeszcze kilka przepisów, ale nasze ostatnie dni zdominował pewien wyrostek, który nie może się zdecydować. Tak więc całą moją głowę i czas zaprzątał ten fragmencik ciała mojego syna.

Opublikuję te przepisy po świętach, bo jeżeli nie wtedy, to nigdy, a szkoda byłoby.

Jeszcze raz: pięknych Świąt.


czwartek, 20 grudnia 2018

Fińskie pierniczki pachnące pomarańczą.



Pierniczków nigdy dosyć. Można nimi udekorować choinkę, dom, świąteczny stół, prezenty albo podarować je w prezencie.
Wychodząc z tego założenia, mam dla Was kolejny pierniczkowy przepis. I kolejny fiński ;-)

Te pierniczki są kruche, chrupiące i delikatnie pachną pomarańczą oraz idealnie zachowują kształt po upieczeniu. Są proste do zrobienia i dobrze smakują. I nie trzeba do nich posiadać wagi, bo składniki odmierza się szklanką.

To takie pierniczki, które po udekorowaniu (lub nie) można powiesić na choince lub zjeść.





Fińskie pierniczki do dekorowania
Suomalaiset piparkakut

1/2 szklanki melasy lub ciemnego syropu cukrowego
1/2 szklanki ciemnego, brązowego cukru
1/2 szklanki miękkiego masła
1/2 szklanki słodkiej śmietanki kremówki (30%)
1 łyżka mielonego imbiru
1 łyżka mielonego cynamonu
1 łyżka drobno startej skórki z pomarańczy
3 - 31/2 szklanki mąki pszennej tortowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli

W misce zmiksować syrop, cukier i masło na gładką masę. Dodać śmietankę, imbir, cynamon i skórkę z pomarańczy i ponownie przez chwilę miksować. Dodać mąkę (3 szklanki) wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia. Zmiksować do połączenia. Jeżeli ciasto jest za rzadkie, dodać jeszcze trochę mąki.

Ciasto uformować w kulę, zawinąć w folię spożywczą  i włożyć do lodówki na noc.
Odrywać kawałki ciasta, formować je w dysk i rozwałkowywać na lekko podsypanym blacie na grubość 1 mm.

Wycinać foremkami i układać na blachach wyłożonych papierem do pieczenia.

Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C (góra -dół) na środkowym poziomie około 5 minut. Czas pieczenia należy dopasować do grubości pierniczków i do właściwości piekarnika.

Pierniczki nie powinny być brązowe po bokach. 
Studzić je przez chwilę na blasze, a potem ostrożnie przełożyć na kratkę. Jeszcze ciepłe są miękkie, a stygnąc twardnieją.

Całkowicie wystudzone można polukrować.






Przepis Beatrice Ojakangas z ksiąązki "The Finnish cookbook".

środa, 19 grudnia 2018

Lebkuchen - aromatyczne pierniczki z mielonymi orzechami i migdałami.



Na ostatniej prostej przed Świętami, czas zaczyna mi pędzić, a doba nagle skraca się o połowę. W związku z tym posty będą krótkie, (ale będą), bo chcę się z Wami podzielić jeszcze paroma przepisami mimo tego pędu.

Lebkuchen (niemieckie pierniczki) darzę wielką miłością za smak, aromat, możliwość wcześniejszego upieczenia i łatwość wykonania.

One idealnie nadają się na prezent dla kogoś bliskiego, bo są łatwe do zapakowania i przechowywania.
Dodatek mielonych orzechów i migdałów nadaje im aromatu i wilgotności. 

Nie ma u mnie Świąt bez tych pierniczków. Piekę je, chowam w puszkach i cieszę się, że już są. Tuż przed Świętami, kiedy zaglądam do puszek, żeby poczuć ich zapach i nacieszyć się ich wyglądem, to okazuje się, że część puszek jest pustych.
Potrafią tajemniczo zniknąć. 

Kiedyś tak schowałam puszki, żeby nikt ich zawartości nie podkradał, że sama ich nie mogłam odszukać. Znalazły się pod koniec stycznia (już nawet nie chcę przyznawać się gdzie ;-)), a pierniczki nadal były pyszne i wilgotne.







Lebkuchen

90 mielonych orzechów laskowych
65 g mielonych migdałów
300 g mąki pszennej tortowej
3 łyżki gorzkiego kakao
2 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonych goździków
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
175 g ciemnego brązowego cukru (może być też jasny)
175 ml płynnego miodu
50 g miękkiego masła
drobno starta skórka z 1 cytryny
drobno starta skórka z 1/2 pomarańczy
2 duże jajka
2 łyżki posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej

lukier
300 g cukru pudru
135 ml rumu (lub sok z cytryny)

Nagrzać piekarnik do 180 stopni C.
Wyłożyć papierem do pieczenia 2 blachy.

W misce zmieszać mielone orzechy, migdały, mąkę, przyprawy korzenne, sól, proszek do pieczenia i sodę.

Do miski miksera wsypać cukier, dodać miód, masło i skórki z cytrusów.
Zmiksować na gładką masę.
Cały czas miksując, dodawać po jednym jajku. Pod koniec miksowania dodać kandyzowaną skórkę z pomarańczy.

Miksując na wolnych obrotach, dodawać po trochu mieszankę mąki z dodatkami. Zmiksować do połączenia.
Ciasto wstawić do lodówki na 15 minut.

Przy pomocy łyżki do lodów odmierzać porcje (wielkości około 1 1/2 łyżki stołowej) ciasta i formować je w kulkę zwilżonymi wodą dłońmi.

Układać kulki na blasze zachowując pomiędzy nimi 4-5 cm odstępy.

Piec pierniczki około 12-15 minut.

Przełożyć na kratkę kuchenną do całkowitego wystudzenia. 

Przygotować lukier miksując na gładką, gęstą masę składniki. Część rumu w lukrze można zastąpić wodą.
Polukrować pierniczki i pozostawić je do wystudzenia.

Przechowywać w puszce przełożone papierem do pieczenia.

Można przechowywać je przez 2 tygodnie.








wtorek, 18 grudnia 2018

Tu kupuję prezenty: URBAN NATURE


Dzisiaj chcę Wam napisać o kolejnym miejscu, w którym bardzo lubię kupować prezenty (dla siebie i dla innych) - o sklepiku na warszawskim Żoliborzu  Urban Nature

To miejsce odkryłam przez instagram i wiele razy chciałam odwiedzić, ale ciągle było mi nie po drodze.
 Aż ten dzień w końcu przyszedł i był to chyba najgorętszy dzień w roku. Kiedy dotarłam do sklepu, czułam się jakbym za długo siedziała w saunie bez możliwości chłodzenia.

Otworzyłam drzwi i usłyszałam: dzień dobry, może szklankę wody? 
Do tej pory czuję zbawienny chłód tej wody ;-) 

Kiedy już mój mózg zaczął ponownie pracować, mogłam uważniej przyjrzeć się wnętrzu. Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne, a tutaj było bardzo dobre. Zobaczyłam wszystko to, co lubię: len, bluzki w paseczki, ceramikę i świece sojowe w pięknych opakowaniach.  

Ze sklepu wyszłam nawodniona, z nową lnianą, białą sukienką i ceramicznym talerzykiem na szparagi. A teraz wracam tam z przyjemnością, bo Agnieszka - właścicielka nie tylko napoi spragnionego, ale ma talent do wyszukiwania pięknych rzeczy od rodzimych, małych wytwórców. 

Uwielbiam ich (własnej marki Urban Nature) świece sojowe. Mają piękne opakowania ze szkła lub betonu i cudowne zapachy. Teraz dostępne są również świece świąteczne o uroczych nazwach: Christmas Carol, Christmas Wish, Christmas Eve, Hot Wine...  A białe świece z wtopionym plastrem wosku pszczelego wyglądają jak lampiony w czasie palenia i pachną delikatnie i kojąco.

 Można jeszcze kupić komplet sojowych tealightów o zapachach, które mają większe świece, zapakowanych w lniany woreczek. Lubię je bardzo, bo mogę przetestować nowe zapachy, ale też delektować się ich aromatem korzystając na przykład z podgrzewacza do herbaty. 

Kocham lniane ubrania miłością wielką, a Agnieszka ma naprawdę ich spory wybór. Różne marki, różne kolory i co dla mnie jest ważne, to możliwość ich przymierzenia. Czasami piękna oversizowa sukienka ze zdjęcia nie jest wymarzonym modelem dla mojej figury i przychodzę do sklepu z zamiarem kupienia jednej, a wychodzę z zupełnie inną.

Lubię tam bardzo super proste, świetnej jakości koszulki bawełniane (również z moim ukochanym łódkowym dekoltem i rękawem 3/4) w pięknych kolorach, ale też w ukochane paseczki.

Jesienią pojawiły się w sklepie wełny: piękne, miękkie swetry (na jeden zachorowałam i chyba dłużej nie dam rady z tym walczyć), skarpety, szale, czapki, rękawiczki...

Do tego jest spory wybór ręcznie robionych bransoletek z kamieni i  toreb powstających w małej pracowni kaletniczej na Podkarpaciu.

Kiedy zaczynam przeglądać tam kuchenne deski lub miski z dużych kawałów drewna, ceramiczne talerze lub kubki, to ciężko mi wyjść z pustymi rękami.

I jeszcze te przepiękne drewniane kosy, które pasują do każdego wnętrza albo ceramiczne gołębie, pelikany... albo lniane poduszki i narzuty, pledy, tace, stoliki - żyrafki...

Agnieszka co chwilę wynajduje jakąś nową manufakturę czy artystę i to jest wspaniałe, bo zawsze można znaleźć coś niepowtarzalnego i odkryć kogoś nowego, kto tworzy piękne rzeczy pracą własnych rąk.


Ja lubię tam chodzić, bo zakupy (albo same odwiedziny) są przyjemnoścą (nie tylko dlatego, że właścicielka uratuje życie szklanką wody czy kubkiem kawy), ale można również kupować on line.

Urban Nature
Żoliborz Artystyczny
Ul. Kaliny Jędrusik 9
Warszawa

http://urbannature.pl/





















LinkWithin

Related Posts with Thumbnails