czwartek, 16 stycznia 2020

Rundstykker czyli norweskie bułki śniadaniowe


Wygląda na to, że urządziłam Wam norweski tydzień na blogu ;-)

Norweskie przepisy, norweskie opowieści...

Dzisiaj mam dla Was bardzo prosty przepis na śniadaniowe bułeczki. Norweskie oczywiście ;-)
Pszenne, z wilgotnym, miękkim miąższem, cienką, chrupiącą skórką, która z czasem staje się miękka. 
Bułeczki można zamrozić. Po upieczeniu na drugi, trzeci dzień można je opiec w tosterze. 
Zdałam sobie sprawę, kiedy wyciągałam te bułeczki z piekarnika, że pracy przy nich nie ma prawie wcale, a są lepsze i sprawiają więcej przyjemności niż bułki z większości piekarni.

Można również ciasto wstawić do wyrastania na noc do lodówki i rano uformować bułeczki, zostawić je do ponownego wyrastania, wstawić do pieczenia i cieszyć się ciepłym pieczywem do śniadania. Własnym ciepłym pieczywem.

Jeżeli chcecie tak zrobić, to zmniejszcie ilość drożdży do 15 g.

Miłego pieczenia.





Rundstykker
 norweskie bułki śniadaniowe

300 ml (1 1/4 szklanki) mleka lub wody w wersji wegańskiej
25 g świeżych drożdży
1/2 łyżeczki soli
25 ml (1 3/4 łyżki oleju o neutralnym smaku
410 g (ok 3 1/3 - 3 1/2 szklanki) mąki pszennej typu 550

wierzch
pestki słonecznika, dyni, mak

Podgrzać mleko (lub wodę) do letniej temperatury. Dodać drożdże, wymieszać i odstawić na 5 minut. 
Do miski miksera włożyć wszystkie pozostałe składniki, dolać mleko (lub wodę) z drożdżami i miksować całość 5-7 minut, aż powstanie gładkie i elastyczne ciasto. 
Ciasto przykryć ściereczką lub folią i odstawić do wyrastania na pół godziny lub do chwili, aż podwoi swoją objętość. 
Ciasto podzielić na 8 części. Z każdej uformować natłuszczonymi olejem dłońmi bułeczkę i położyć ją (zachowując odstępy) na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 

Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.
Kiedy bułeczki rosną, rozgrzać piekarnik do 220 stopni C. 

Po tym czasie wierzch bułeczek posmarować wodą i posypać ziarnami.
Piec bułeczki w rozgrzanym piekarniku na złoto około 10 minut.
Studzić na kratce.


Przepis Magnus Nilsson z książki "The Nordic baking book"

wtorek, 14 stycznia 2020

Podróż do... Norwegii. Wyprawa na Preikestolen (kilka praktycznych rad)


Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o naszej rodzinnej wyprawie na Preikestolen. Może zima, to nie jest najlepszy czas na górskie wyprawy, ale jeszcze parę miesięcy i ten post może Wam się przydać, kiedy zaczniecie planować wiosenno letnie podróże. 
Po naszym wyjeździe do Norwegii, dostałam bardzo dużo wiadomości z pytaniami o praktyczne rady, a teraz mimo upływu kilku miesięcy, pytania wracają, więc postanowiłam podzielić się z Wami moimi doświadczeniami. 

Preikestolen  (Prekestolen), zwane przez okolicznych mieszkańców Hyvlatonnå (ambona) to jedna z największych atrakcji turystycznych Norwegii, a więc chętnych na wędrówkę jest dużo. Szacunkowe liczby mówią o 300 tysiącach osób rocznie. Widoki, które możemy podziwiać w trakcie wędrówki, a szczególnie te, które rozpościerają się po wejściu na górę są naprawdę oszałamiające i niesamowite. Patrząc na to co stworzyła natura, człowiek czuje, że powinien zrobić wszystko, żeby ją chronić i nie zniszczyć.

Preikestolen położone jest na wysokości 604 m  i leży nad długim na 40 km fiordem - Lysefjordem. Sama półka skalna jest praktycznie gładka jak stół. Jak wielki stół, bo ma wymiary 25x25 m. Powstała najprawdopodobniej ok. 10 tysięcy lat temu w wyniku pęknięcia skał pod wpływem mrozu. Zresztą te pęknięcia w skale można zobaczyć w trakcie wspinaczki. Robią niesamowite wrażenie, jakby skała miała się zaraz rozpaść i spaść do fiordu. Według naukowców monitorujących Preikestolen szybko to nie nastąpi ;-) 

Trasa na Preikestolen jest całoroczna, ale ze względu na warunki pogodowe najlepiej wybrać się tam wiosną, latem lub wczesną jesienią. 

Jeżeli już o pogodzie mowa. Przed wyjściem w górę, należy ją sprawdzić, bo nawet jeżeli u podnóża jest ciepło i słonecznie, to u góry może być zimno, wietrznie i deszczowo.

Ja sprawdzałam pogodę na norweskiej stronie YR, którą dostarcza norweski instytut meterologiczny.
Stronę w wersji angielskiej znajdziecie TUTAJ.

O prognozę można również dowiedzieć się w hotelu/schronisku, który znajduje się przy początku trasy. A także od pracowników Fundacji Preikestolen, których można znaleźć na parkingu obok lub w punkcie informacji turystycznej.

Trasa w zależności od tego, kto o niej pisze, uznawana jest za łatwą lub średnio trudną (według norweskich towarzyst turystycznych). Długość całej trasy to 8 km (w górę i w dół), a wejście i zejście zajmuje 4 godziny. 


Ostatnie odcinki prowadzą dość blisko przepaści, więc warto wziąć to pod uwagę mając lęk wysokości. Na samej półce nie ma żadnych zabezpieczeń ani barierek, więc trzeba uważać. Szaleńców, którzy chcą zrobić "zapierające dech w piersiach" zdjęcie nie brakuje i samo patrzenie na to co robią, wzbudza grozę.

Trasa rozpoczyna się w pobliżu parkingu przy hotelu/schronisku i oznaczona jest czerwoną literą "T". Początkowy odcinek lekko prowadzi pod górę, żeby następnie mieć płaskie i strome odcinki. Strome odcinki zbudowane są często ze skalnych bloków, które tworzą coś w rodzaju schodów. Czasami są dość wysokie, ale sprawne osoby bez problemu dadzą radę. Na trasie można spotkać osoby z bobasami w nosidełkach, z psami i sporo dzieci. Wchodzenie wbrew pozorom jest łatwiejsze niż schodzenie, szczególnie dla naszych stawów, co powinny wziąć pod uwagę osoby z problemami z kolanami.

Przed wyprawą zaopatrzcie się w dobre buty trekingowe z grubą, nieśliską podeszwą. Część kamieni i skał jest wilgotna nawet w suchy dzień, więc łatwo poślizgnąć się na nich. A w deszczowy dzień jest to tym większym problemem.

Kolejnym ważnym elementem jest ubranie. Trzeba przygotować się na nagłą zmianę pogody, więc coś ciepłego, zabezpieczającego od deszczu i wiatru jest niezbędne.

Latem dodatkowo przyda się krem z filtrami i okulary przeciwsłoneczne. 

Nawet jeżeli macie świetne i wygodne buty, weźcie ze sobą jakieś plastry z opatrunkiem lub na obtarcia. Nic nie ważą, a kiedy są potrzebne, a ich nie ma, wtedy są na wagę złota. 

Co jeszcze trzeba wziąć ze sobą? Jedzenie i picie.

Na trasie nic nie kupicie, a całodzienny wysiłek fizyczny sprzyja apetytowi i pragnieniu.

Jedzenie warto wziąć ze sobą z miejsca z którego wyruszacie. W hotelu jest co prawda restauracja, a na parkingu kawiarniana budka (czynna od 9.00 do 17.00), ale wybór nie jest bogaty, a ceny bardzo, bardzo norweskie. W hotelowej restauracji jest możliwość kupna kanapek zapakowanych na drogę. W okolicy nie ma żadnego sklepu (oprócz punktu z pamiątkami w hotelu).

Nie zaponajcie również o zapasie wody. Po drodze miniecie co prawda mały wodospad i jeziorka, z których można pić wodę, ale lepiej wziąć ze sobą pewną ilość, bo wspinaczka sprzyja pragnieniu. Po prawej stronie głównego wejścia do hotelu znajduje się kranik z bezpłatną, pitną wodą, w którym można napełnić butelki.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Co weźmiecie na górę, musicie znieść z powrotem. Na szlaku nie ma koszy na śmieci.

Kiedy najlepiej wyruszyć w trasę? Dla mnie zdecydowanie rano. Jest wtedy najmniej ludzi, latem nie ma skwaru, a nie wiadomo ile spędzimy czasu na górze. Oprócz tego nie będzie tłumu na samej górze. My wracaliśmy około 15.00 i mijaliśmy tabuny turystów zmierzających w górę. Oprócz tego, to nie jest dobra trasa, do powrotu po zmroku. Jeżeli jednak jest na to szansa, zaopatrzcie się w latarkę.

Oprócz latarki weźcie naładowany telefon. Oprócz zrobienia zdjęć, nigdy nie wiadomo, czy nie będzie konieczności wezwania pomocy. Warto również pamiętać, że na trasie są miejsca, gdzie nie ma zasięgu. Jak już mowa o konieczności wezwania pomocy, to warto przed wyruszeniem w trasę zapisać sobie ważne telefony. Oto one:

110 – straż pożarna
112 – policja
113 – pogotowie ratunkowe
120 – ratownictwo wodne


Warto również zapisać numery telefonów do JRCC czyli czegoś w rodzaju ratownictwa, które niesie pomoc zarówno w górach jak i na wodzie.

+47 51 51 70 00 – JRCC Norwegia Południowa
+47 75 55 90 00 – JRCC Norwegia Północna


Skoro mowa o porannej wyprawie na trasę, to warto wspomnieć o noclegu. My nocowaliśmy w hotelu u podnóża szlaku. Oprócz hotelu, ciut poniżej nad jeziorem, znajduje się stare schronisko, które również należy do hotelu. W schronisku są proste pokoje - 2, 4 i wieloosobowe (częściowo z łóżkami piętrowymi w większych pokojach) z umywalkami i ze wspólnymi łazienkami i wspólną salą, gdzie można spędzić czas z innymi i zjeść swój prowiant. 
Schronisko nieczynne jest zimą.

W hotelu jest wyższy standard. Pokoje mają własne łazienki, ale nie są zbyt duże. W sumie w głównym budynku jest 27 pokoi.
W hotelu można zjeść śniadanie (płatne dodatkowo lub w cenie pokoju). Śniadanie jest dobre i dość urozmaicone, a chleb wyjątkowo dobry. Osoby nocujące w hotelu i w schronisku mogą przez całą dobę przyrządzić sobie w hotelowej restauracji bezpłatną kawę lub herbatę.

Od maja do października można również wynająć nad jeziorem domek z hamakami do spania i zewnętrznym paleniskiem do gotowania.

Dla gości hotelowych parking jest bezpłatny. Dla pozostałych płatny jest 200 koron (około 100 zł) za dzień.

LINK DO HOTELU
https://preikestolenfjellstue.no/

Cztery kilometry od początku szlaku znajduje się camping, na którym można rozbić namiot lub xspsrkować campera. Nie ma domków do wynajecia. l
Na campingu znajduje się restauracja.
Wjazd na camping czynny jest od 7.00 do 22.00
Nie można wcześniej zrobić rezerwacji noclegu.
Tylko dla gości campingu możliwe jest wykupienie lotu widokowego helikopterem nad fiordem i Preikestolen. Lot trwa około 10 minut i
 odbywają się tylko w poniedziałki i czwartki. Kosztują 500 koron od osoby (około 250 zł)

LINK DO CAMPINGU
http://www.preikestolencamping.com/

Nocować można również na szlaku we własnym namiocie (norweskie prawo na to pozwala). Myślę, że jest to niezapomniane doświadczenie. Wyobraźcie sobie wschód słońca wysoko w górach, poranną kąpiel w rzeźkim jeziorze i śniadanie jedzone na kamieniu z oszałamiającym widokiem.

Miejsc na szlaku, gdzie fizycznie da się rozbić namiot jest kilka. W pobliżu półki skalnej, nie można już się rozbijać, o czym informuje znak informacyjny. 

Najpiękniejszym miejscem do nocowania w namiocie jest chyba wypłaszczenie w pobliżu jeziorek.

Znajduje się ono około 20 minut drogi od półki skalnej. Jego dużą zaletą oprócz bliskości końca szlaku i niesamowitych widoków jest dostęp do wody.

Jeżeli zejdziecie ze szlaku i ciężko Wam znaleźć drogę powrotną lub jesteście na dużym wypłaszczeniu skalnym w pobliżu jeziorek, szukajcie kopczyków usypanych z kamieni. One są tak rozmieszczone, że nawet przy słabej widoczności stojąc przy jednym, widać kolejny. 

Na wypłaszczeniu w pobliżu jeziorek stoi otwarty domek, w którym można schronić się w czasie burzy lub silnego deszczu. Domek jak i kopczyki z kamieni znajdziecie na zdjęciach poniżej.

Jak już dojdziecie na samą górę, będziecie zachwyceni widokami. Przestrzenią, potęgą przyrody, perspektywą i maleńkimi śladami promów pływających w dole. Wtedy można sobie uzmysłowić, jak wysoko znajdujemy się. Kiedy wejdziecie na nieco wyższą skałę tuż za półką, zobaczycie jeszcze bardziej niesamowitą panoramę.

Najbliższe lotnisko jest w Stavanger. Dotarcie stamtąd do początku szlaku zajmuje godzinę komunikacją miejską. 

My musieliśmy dojechać jeszcze tego samego dnia na lotnisko w Oslo, z którego razem z córką miałyśmy wieczorny lot do Warszawy. Droga miała nam zająć około siedmiu godzin, a wsiadając do samochodu wiedzieliśmy, że nie ma szans, żeby zdążyć. Ale ruszyliśmy, sprawdzając połączenia z innych lotnisk, czy są wolne miejsca na loty na drugi dzień, szukając hotelu...
Droga była przepiękna (czy w Norwegii mogłaby być inna?), ja rozmyślałam czy zadzwonić do szefowej jeszcze dzisiaj czy już na drugi dzień... ;-) Jechaliśmy dzieląc się wrażeniami i ustalając plan B.

Kiedy nadeszła godzina odlotu naszego samolotu, mieliśmy jeszcze prawie trzysta kilometrów do przejechania, ale jechaliśmy dalej. I kiedy zostało nam jakieś trzydzieści kilometrów do celu, weszłam na stronę lotniska i... okazało się, że nasz samolot jest opóźniony i ciągle znajduje się na ziemi. 

Wtedy wstąpiła w nas nadzieja. Zdecydowaliśmy, że wszystkie bagaże zostawiamy w samochodzie. Dokumenty, klucze i telefon do kieszeni i ruszyłyśmy z córką w szalony rajd przez lotnisko. Potem była najszybsza i najbardziej życzliwa kontrola bezpieczeństwa w moim życiu. Kolejny bieg, zajęcie miejsca w samolocie i krótki telefon do męża i syna, którzy czekali w samochodzie pod lotniskiem, że zdążyłyśmy i lecimy. Pierwszy raz w życiu cieszyłam się z opóżnionego o trzy godziny samolotu.

Męska część naszej rodziny ruszyła do hotelu. 
Była już późna noc, po dniu pełnym wrażeń i emocji. Nasze bagaże jeździły jeszcze przez dwa tygodnie po Norwegii, Szwecji i Danii, towarzysząc chłopakom w reszcie ich męskiej wyprawy po północy Europy. 



















domek na trasie, w którym można się schronić
szczeliny skalne niedaleko końca trasy
kopczyki kamienne oznaczające szlak
Hotel na początku szlaku na Preikestolen




poniedziałek, 13 stycznia 2020

Vaffel czyli norweskie gofry.

 Mam dla Was dzisiaj dawno obiecany (wystarczy spojrzeć na zdjęcia z jesienną aurą ;-)) przepis na norweskie gofry.  To już kolejne gofry na blogu, a następne czekają w kolejce. Odkąd kupiłam sobie nową gofrownicę o dużej mocy, pieczenie gofrów stało się samą przyjemnością. I są takie jak lubię. Chrupiące na wierzchu i wilgotne w środku. 

Gofry w Norwegii są bardzo popularne. Często podawane są na domowe śniadania, a gofrownica i miska z ciastem do samodzielnego ich pieczenia, nie jest rzadkością na hotelowych bufetach śniadaniowych. W sklepach również znajdziecie paczki pełne gofrów, które wystarczy podgrzać w tosterze.

Norweskie gofry zawsze mają w swoim składzie jajka, a czasami również kardamon albo cukier waniliowy.
Przeważnie podawane są z dżemem, bitą śmietaną, "rømme" czyli kwaśną śmietaną z kulturami mlecznych bakterii lub serem brunost (zwanym również brązowym serem), który smakuje jak mieszanka kajmaku z karmelem w formie sera. Jak ten ser wygląda, możecie zobaczyć na pierwszym i ostatnim zdjęciu.

Korzystając z okazji, że dzisiejszy przepis wprowadza mnie i mam nadzieję, że także Was w norweskie klimaty, chcę Wam również opowiedzieć o naszej rodzinnej wyprawie na Preikestolen. Znajdziecie tam trochę praktycznych rad i opowieści o naszych doświadczeniach z wyprawy na fiordy. Mam nadzieję, że przydadzą się osobom, które planują wyjazd albo może kogoś zachęcę do letniej wyprawy na północ.

Proporcje składników w dzisiejszym przepisie podaję w gramach, a także szklankach i łyżkach. Mam nadzieję, że ułatwi to szybkie przygotowanie gofrów osobom, które nie mają wagi.


Vaffel 
(norweskie gofry)

250 g (2 szklanki + 1 łyżka) mąki pszennej typu 500 (wrocławska)
70 g (5 łyżek) cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu (opcjonalnie)
szczypta soli
400 ml (1 2/3 szklanki) mleka
5 jajek (lekko ubitych)
100 g masła (stopionego i wystudzonego)

do smarowania gofrownicy
olej o neutralnym smaku lub masło (stopione)

do podania
dżem
bita śmietana
cukier puder

Wymieszać w misce wszystkie suche składniki. Dodawać po trochu mleko, cały czas mieszając, żeby nie wytworzyły się grudki. Dodać jajka i wymieszać do połączenia. Dodać stopione masło i znowu wymieszać do połączenia. 
Ciasto odstawić na 1 godzinę.

Rozgrzać mocno gofrownicę, posmarować ją tłuszczem i piec gofry na złocisto.

Podawać od razu z dodatkami lub bez niczego. 


Przepis Magnus Nilsson z książki "The Nordic baking book"

piątek, 3 stycznia 2020

Idealne maślane rogale śniadaniowe.


No i mamy Nowy Rok. Kolejny rozdział życia otwiera się przed nami. Co przyniesie? Tego nikt nie wie, ale zróbmy wszystko żeby był dobry. 

Jedni w Nowy Rok składają sobie obietnice i postanowienia, a inni wręcz przeciwnie. Ja nie robię planów, ale... robię porządki.
Takie, na które nie miałam od dawna czasu. Przeglądam rzeczy, odkładam te których nie używałam od ponad roku i dam im drugie (kolejne) życie w innym domu. 
Przez lata obrastamy w rzeczy (przynajmniej niektórzy), gromadzimy, kupujemy, składujemy, a potem okazuje się, że tych rzeczy jest dużo za dużo.

Chcę przewietrzyć trochę kąty wraz z nowym rokiem, chcę więcej przestrzeni i porządku.

Trochę skorup (czytaj misek, kubków, talerzy...), których czas już minął w moim domu, chcę wystawić jutro na instagramie na sprzedaż, więc dzisiaj zmywarka pracuje non stop, żeby wszystko odświeżyć. Robiąc porządki spytałam się na instagramie, co z tymi rzeczami dalej zrobić i... tak narodził się pomysł sprzedaży. 

Dzisiaj z kulinarnych rzeczy mam dla Was przepis na przepyszne, wręcz idealne rogale. Ich smak, wygląd, konsystencja, zapach... wszystko jest idealne. To taki rogalowy wzorzec, a w dodatku łatwy do zrobienia.

 I przyjemny, bo wierzcie mi, że zwijanie aksamitnego w dotyku ciasta, którego nie trzeba podsypywać mąką, jest cudownym doznaniem.

Te rogale są równie dobre na drugi dzień (co nie jest częste w tego typu wypiekach) i wspaniale się mrożą. 

Nawet jak nie jadacie często pszenicznego pieczywa, upieczcie te rogale, bo warto skusić się na małe odstępstwo.

Dobrze smakują ze słodkimi jak i wytrawnymi dodatkami, a lekko ciepłe z samym masłem są wyborne.

I co jest jeszcze ważne w tych rogalach. Ciasto można przyrządzić wieczorem i zostawić na noc do wyrastania, a rano uformować rogaliki, pozostawić do kolejnego wyrastania i upiec. 

I co? Upieczecie?

Na blogu znajdziecie jeszcze dwa rewelacyjne przepisy na rogaliki. Upłynęły lata odkąd je opublikowałam, ale mimo upływu czasu , nadal szczerze je polecam.

TUTAJ znajdziecie inny przepis na wspaniałe śniadaniowe rogaliki z makiem, a TUTAJ na norweskie rogaliki. Ten drugi przepis jest już na blogu od dziewięciu lat, ale cały czas zachwycam się ich smakiem (tylko przymknijcie oczy na zdjęcia ;-))





Maślane rogale śniadaniowe

 500g mąki pszennej (typu 550)
25 g świeżych drożdży
170ml (2/3 szklanki) ciepłego mleka 
1 łyżeczka (5 ml) jogurtu naturalnego
38 g (3 łyżki) drobnego cukru
65 g masła,
1 jajko
½ łyżeczki soli

wierzch
1 jajko + 1 łyżka mleka
mak

Drożdże rozkruszyć do miseczki, dodać 1 łyżeczkę cukru, 1 łyżeczkę mąki,  jogurt i 3 łyżki ciepłego mleka Wymieszać i odstawić na 15 minut, aż zaczyn ruszy.

Do dużej miski przesiać mąkę, dodać sól, resztę cukru i wymieszać. Dodać rozkłócone jajko, wyrośnięty zaczyn, rozpuszczone i wystudzone masło i mleko. 

Wyrobić mikserem (końcówki haki) na gładkie ciasto (jeżeli okaże się, że ciasto jest suche dodać jeszcze trochę mleka). Wyrabiać przez 7-8 minut, aż ciasto będzie sprężyste, gładkie i matowe. Następnie wyrabiać ręcznie na blacie przez minutę, dwie. 

Ciasto włożyć do miski oprószonej mąką, przykryć ściereczką i odstawić na godzinę do wyrośnięcia (powinno podwoić swoją objętość). 

Wyrośnięte ciasto podzielić na 9 równych części (mniej więcej po około 95 - 100 g). Z ciasta uformować kulki. Każdą kulkę rozwałkować na owalne, podłużne placuszki (patrz na poniższe zdjęcia). Każdy placuszek ciasno zwinąć, lekko naciągając ciasto w trakcie zwijania, aż do uformowania wałeczka. Im więcej zwinięć ciasta, tym rogalik będzie bardziej puszysty po upieczeniu. Z wałeczka  uformować rogalik. 

Ciasto do wałkowania i zwijania nie potrzebuje podsypywania mąką. Jest bardzo plastyczne i elastyczne.




Rogaliki ułożyć na dwóch blachach wyłożonych papierem do pieczenia zachowując między nimi spore odstępy. Końcówka zwijanego ciasta powinna znajdować się na spodzie, żeby rogalik nie rozwinął się w trakcie pieczenia.

Rogaliki posmarować jajkiem wymieszanym z mlekiem i posypać makiem. 
Pozostawić do ponownego wyrośnięcia na 30-45 minut. 

Piekarnik nagrzać do 180 stopni C (góra - dół) i piec rogaliki do zrumienienia przez około 15-20 minut. Blachy wstawiać do piekarnika pojedyńczo. 
Wystudzić na kratce.

Rogaliki tak samo dobrze smakują na drugi dzień po upieczeniu.

Ciasto do pierwszego wyrastania można w przykrytej misce wstawić na noc do lodówki, a rano uformować rogaliki i pozostawić do drugiego wyrastania na blasze.
Jeżeli zostawiacie ciasto na noc w lodówce dajcie mniej drożdży (około 15 g)




wtorek, 24 grudnia 2019

Wesołych Świąt 2019


Kochani, 
życzę Wam radosnych, szczęśliwych i pięknych Świąt. 

Niech to będzie dla Was i Waszych najbliższych czas spokoju, miłości i bliskości.

Lorentyna

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Tyrolskie rogaliki czekoladowo orzechowe z dodatkiem skórki pomarańczowej


Jak ten grudniowy czas przygotowań do Świąt szybko minął. Przynajmniej ja mam takie odczucie. Chciałabym, żeby ta ostatnia doba miała 48 godzin i żebym nie musiała jutro iść do pracy, ale na chceniu to się skończy ;-)

Rodzina już się zjechała, mieszam ostatnie śledzie, pakuję resztę prezentów, syn chory po kolejnej wizycie u lekarza (w końcu okazało się, że ma anginę, a przez ostatnie dni był leczony antybiotykiem, który nie działa na anginę, więc mamy chorobę w zaawansowanym stadium z pierwszymi powikłaniami wrrr), strucle stygną, a Andrea Bocelli zdziera sobie kolejny dzień głos śpiewając świąteczne standardy przy moim gotowaniu.

Zanim polecę dalej, mam dla Was ostatni świąteczny przepis. Na rogaliki tyrolskie orzechowo czekoladowe z nutką pomarańczy.
Naprawdę są pyszne i pasują do zimowych klimatów (chociaż wiosna za oknem). 

Może na Sylwestra zrobicie?

Lecę dalej, bo Andrea Bocelli gdzieś tam w kuchni śpiewa Santa Claus is coming to town ;-)

Jutro tylko dostaniecie ode mnie życzenia.
Koniec przepisów ;-)





 Tyrolskie rogaliki czekoladowo orzechowe

140 g mąki pszennej tortowej
4o g cukru pudru
100 g zimnego masła pokrojonego w 1 cm kawałki
90 g mielonych orzechów laskowych uprażonych *
1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
40 g startej czekolady gorzkiej lub deserowej
1 łyżka kandyzowanej (smażonej w cukrze) skórki pomarańczowej bardzo drobno posiekanej
1 żółtko z dużego jaja

wierzch (opcjonalnie)
60 g czekolady gorzkiej lub deserowej

Cukier puder zmiksować w malakserze z mąką przez chwilę, żeby się połączyło (wymieszało). Dodać masło i zmiksować, żeby powstała kruszonka. Dodać mielone orzechy i żółtko, wanilię, startą czekoladę i posiekaną skórkę pomarańczową i ponownie zmiksować, żeby wszystkie składniki zaczeły się łączyć.

Przesypać zawartość malaksera na blat albo do miski i przy pomocy dłoni przez chwilę wyrabiać, żeby wytworzyła się kula gładkiego ciasta.
Zawinąć ją w folię i wstawić do lodówki na godzinę.


Nagrzać piekarnik do 180 stopni C.
Przygotować dwie duże blachy wyłożone papierem do pieczenia. 

Z ciasta odrywać kawałki wielkości orzecha włoskiego. Z każdego kawałka zrobić  w dłoniach wałek grubości 1 cm i długości około 6 cm i uformować z niego rogalik/półksiężyc. Układać je na blasze zachowując 2-3 cm odstępy. 
Wstawić blachę (jedną) do piekarnika i piec rogaliki około 12-15 minut.
Wyjąć blachę z piekarnika i
przełożyć rogaliki na kratkę do wystudzenia 

Tak samo postąpić z drugą blachą ciasteczek.

Na parze w misce rozpuścić 60 g czekolady i zamaczać w niej końce rogalików lub zrobić wzory na całej powierzchni.

Z przepisu wychodzą 24 rogaliki.

Można przechowywać rogaliki do miesiąca.

* najlepiej do tych rogalików użyć orzechów laskowych uprażonych i pozbawionych skórki. Można kupić takie orzechy gotowe lub samemu uprażyć. Do nagrzanego do 150 stopni C piekarnika włożyć blachę z orzechami i piec 10 minut, aż orzechy zaczną intensywnie pachnieć, ale nie zrumienią się. 
Orzechy wyjąć z piekarnika, przesypać na ściereczkę i pocierając je w ściereczce, zetrzeć z nich skórkę. Orzechy wystudzić i zmiksować na proszek.





Przepis Monica Meehan i Maria von Baich z książki "Tante Hertha's Viennese kitchen".

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails