niedziela, 16 lutego 2020

Moje zimowe umilacze.


Ta zima jest taka dziwna. Nie chcę Was zanudzać tym, o czym sami wiecie i co sami widzicie naokoło. Mimo, tej wiosennej aury, do zmiany pory roku mamy jeszcze trochę czasu i nie wiadomo czy zima jeszcze nas nie zaskoczy. 

Z jednej strony nie lubię zimna i ciemności, ale z drugiej strony, kiedy w najzimniejszy miesiąc roku temperatury dochodzą do 14 stopni, to moje ciało czuje, że coś jest tak.

Moja ciepła, zimowa kurtka i buty ciągle czekają na swój czas i nie wiem czy tak nie spędzą tych miesięcy. Na czekaniu i wiszeniu. 

Mimo braku mrozu i śniegu, mamy zimę w pełni i ma ona swoje rytuały i przywileje.
Więcej czasu spędzamy w domu, a koce, ciepłe skarpety i miękkie poduszki stają się naszymi przyjaciółmi. 

Dzisiaj chę Wam pokazać rzeczy, które umilają mi te zimowe miesiące, sprawiają przyjemność i wprawiają w dobry nastrój.

Zimowy napój rozgrzewający.


Wiosna i lato ma swoje smaki, a zima swoje. Teraz najlepiej smakują rozgrzewające napary, pełne korzennych przypraw. Grzane wina to dla mnie napoje na grudzień, teraz jest czas na inne. Napary z dodatkiem cytryny, miodu i korzeni smakują teraz najlepiej. Rozgrzewają i wspierają nas w chłodzie i przeziębieniach. Jednym z moich ulubionych napitków o tej porze jest złociste mleko, które znane jest pod wieloma nazwami: mleko kurkumowe, golden milk, curcuma (kurkuma) latte, turmeric milk...

Nazw jest wiele, ale wszystkie łączą w sobie mleko, kurkumę, korzenne przyprawy i coś słodkiego. Proporcje mogą być różne i rodzaje mleka również (krowie, roślinne).
Poniżej znajdziecie przepis, który mi towarzyszy ostatnio często. 
Wierzch takiego mleka lubię posypać szczyptą pieprzu cayenne i suszonymi płatkami róż.

Inny przepis na korzenne, złociste mleko i parę słów o kurkumie i jej właściwościach znajdziecie w TYM poście.

Mleko złociste
(golden latte, curcuma milk)

150 ml mleka migdałowego (lub innego rożlinnego lub krowiego)
50 ml mleka kokosowego
1/4 łyżeczki mielonej kurkumy
szczypta mielonego cynamonu
szczypta mielonych goździków
szczypta mielonego imbiru
1 łyżeczka miodu

wierzch
szczypta pieprzu cayenne
suszone płatki róż
szczypta czarnego pieprzu

Podgrzać obydwa mleka z przyprawami (nie doprowadzając do zagotowania). Wymieszać. Dodać miód i ponownie wymieszać. Przelać do kubka i ewentualnie posypać pieprzem lub płatkami róż. Pić na gorąco.

Proporcje na jeden kubek.

Termofor


Kiedyś termofor wydawał mi się czymś strasznym ;), odpowiednim dla starszych pań :-)

Moi rodzice na wyjazdy wczesną wiosną lub późną jesienią do domku nad morzem zawsze go brali. Ja zawsze odmawiałam użycia tego "gadżetu", a wręcz podśmiewałam się, kiedy tata wieczorem gotował wodę. Wolałam marznąć wsuwając nogi pod zimną, lekko wilgotną kołdrę niż zbratać się z termoforem.
Patrząc z perspektywy czasu, trochę nie dziwię się tej nastolatce, bo termofory w tamtych czasach były "mało atrakcyjne" wizualnie (guma w nieokreślonym kolorze czerwono pomarańczowym i flanelowa powłoczka w dziwne wzory i kolory brrrr).

Od paru lat myślałam o zakupie termoforu (trzymałam to jednak w głębokiej tajemnicy), ale wszystkie, które napotykałam na swojej drodze wzbudzały we mnie niechęć, a wręcz odstraszały swoim wyglądem. Wiedziałam, że w takiej sytuacji nie sprawi mi on żadnej przyjemności.

Aż spotkałam na swojej drodze taki, że wszystkie hamulce termoforowe puściły. Jest fiński (to dla mnie też duży atut ;-)), miękki, biały, z pokryciem z naturalnej wełny. Jest po prostu ładny. Sprawia mi przyjemność swoim wyglądem.

Mieszkam w starym, przedwojennym domu, więc zimą choćbyśmy grzali na maksa, nigdy nie jest gorąco. Wełniany koc, ciepłe skarpety, kot lubiący leżeć w  nogach człowieka, stają się dla mnie największymi przyjaciółmi w zimowy czas. 
Od tego roku mam jeszcze jednego przyjaciela - umilacza ;-) - fiński termofor. Nasz norweski kot, też go pokochał;-)

Mój termofor pochodzi z mojej ulubionej fińskiej firmy Lapuan Kankurit. Kupiłam go w Polsce przez internet w sklepie Moaai. Kupuję tam wiele rzeczy, bo jest tam niesamowity wybór pięknych przedmiotów, a co mnie cieszy jeszcze bardziej to w jednym miejscu można znaleźć produkty wielu fińskich marek, które uwielbiam.



Jeżeli chcielibyście zrobić zakupy w sklepie Moaai, to zachęcam Was do tego teraz. Przez tydzień możecie kupować z rabatem - 22%. Rabat obowiązuje na wszystko co jest dostępne w sklepie (nie łączy się z innymi rabatami).

Czas obowiązywania promocji: 17-23 lutego (do godziny 23.59)
Użyjcie kodu:

LORENTYNA22 

Na instagramie będę miała dla Was jeszcze jedną niespodziankę - konkurs, w którym będą do wygrania dwa fińskie termofory firmy Lapuan Kankurit. Wełniane, w biało czarne paski. Jak wyglądają możecie zobaczyć już dzisiaj TUTAJ





Drewniane domki


Domki robione przez Renatę z drewna z odzysku odkryłam dzięki instagramowi. 

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Lubię w dekoracjach wzór domku, bo jest taki ciepły i... domowy. 

Mam białe, holenderskie domki na tealighty, a teraz dołączyły do nich te drewniane. Każdy z nich jest inny. Nie tylko w mojej kolekcji, ale też wśród dostępnych w sklepie Renaty. To jest ten urok i zaleta rękodzieła. 

Renata jest mamą trójki dzieci i szukając twórczego zajęcia, zaczęła robić domki. Po domkach przyszedł czas na inne rzeczy: lniane poduchy, konopne myjki, pikowane narzuty. Zdolna Mama z tej Renaty :-)


Jak przyjrzeć się detalom domków, to można odkryć, że okiennice czy drzwi wykonane są z kawałków wymytych przez morze drewienek. Urocze są te szczegóły.

Ja mam trzy domki, które pełnią funkcję ozdoby, ale mogą one być również podpórkami do książek lub stoperami do drzwi.


 Wiszące świeczniki


Ilekroć na instagramie zamieszczałam zdjęcia, na których znajdowały się wiszące świeczniki, tylekroć dostawałam pytania, gdzie je kupiłam. 

Te świeczniki zostały wyprodukowane przez duńską firmę Madam Stolz, której siedziba mieści się na Bornholmie, a kupuję je w polskim sklepie internetowym MoreMadam

Uwielbiam te świeczniki. 
Pierwszy kupiłam już dawno i zapałałam do niego wielką miłością. To taka prosta ozdoba, która nadaje wnętrzu ciepłego, przytulnego klimatu. Na święta mocuję drucikiem do obręczy gałązkę eukaliptusa lub jodły. Te świeczniki wiszą u mnie w oknie przez cały rok i wyglądają dobrze, niezależnie czy na dworze jest upał czy deszcz. 

Do ich zawieszania służą łatwo odczepialne haczyki (w zestawie znajdują się dwa), więc często je przewieszam w zależności od nastroju. Czasami wiszą na tarasie, czasami w kuchni lub w łazience.

Mam trzy takie świeczniki i czekam na przesyłkę z kolejnym. To będzie obręcz ze szklanym kloszem, do którego można włożyć dużą świecę lub nalać wody i włożyć kwiat.
Już nie mogę się go doczekać.

W sklepie można kupić również obręcze w innym kształcie (prostokąta, trójkąta i gwiazdy). Ja mam okrągłe w dwóch rozmiarach. 

Muszę Wam powiedzieć, że z tego sklepu mam nie tylko świeczniki. Od dostępnych tam aksamitnych poduch jestem wręcz uzależniona. Najczęściej przy ich pomocy zmieniam wystrój w domu w zależności od pory roku. No i te ich pledy i narzuty... Piękne.

Na zdjęciu możecie zobaczyć skapujący wosk ze świecznika. Uprzedzę Was od razu, że jak świeczka się pali, to wosk z niej nie skapuje. Starałam się zrobić takie bardziej "artystyczne" zdjęcie i musiałam się trochę nagimnastykować, żeby to uzyskać ;-)


Jeżeli chcielibyście zrobić zakupy w sklepie More Madam, to zachęcam Was do tego teraz. Przez 10 dni możecie kupować z rabatem - 20%. Rabat obowiązuje na wszystko od dzisiaj 16.02.20 do 26.02.20 do północy.

Użyjcie kodu:

LORENTYNA20 






Spotkania



W styczniu postanowiłam zrobić trochę porządków w szafie ze skorupami (miskami, talerzami, kubkami...). Z porządkowania zrobiłam relację na instagramie i tak narodził się pomysł wyprzedaży. Okazało się, że rzeczy, które szukają nowego domu jest dużo i zrobiła się z tego całodniowa akcja wyprzedażowa. Potem kolejny dzień pakowania, potem następny wysyłania i kilka dni na odbiory osobiste. Wszystkie rzeczy znalazły nowy dom, więc był to dla mnie duży powód do radości. Tak samo jak zyskanie miejsca w szafie.

 Ale największym powodem do radości były dla mnie spotkania i rozmowy z osobami, które przyszły po odbiór rzeczy.

Usłyszałam tak dużo przemiłych słów, pięknych historii i opowieści oraz podziękowań za przepisy i za blog. Z tych spotkań wracałam szczęśliwa, radosna i lekko oszołomiona. Czasami te rozmowy trwały bardzo długo, ale czas upływał cudownie. Bardzo Wam za to dziękuję. To było przemiłe i cudowne doświadczenie.  

To co widzicie na zdjęciach to niektóre urocze upominki, jakie dostałam w czasie tych spotkań. Kwiaty od Marty (https://www.instagram.com/pop_mechanika/) i cudowny liścik z masą przemiłych słów od Karoliny (https://www.instagram.com/karolina.korgul/)

Powiem Wam, że te słowa i spotkania to były jedne z najpiękniejszych zimowych umilaczy.

DZIĘKUJĘ WAM



Wełniane czapki (ręcznie robione)


Pomimo braku mroźnej i śnieżnej zimy, czapkę na głowie muszę mieć. Najchętniej wybieram te ręcznie robione, pochodzące z małych manufaktur albo wręcz robione przez jedną osobę (czyli jednoosobową firmę).
Oprócz tego, że często mogę dokładnie omówić rodzaj wełny, dopasować indywidualnie wymiary, to bardzo cenny jest dla mnie kontakt z osobą, która wykona dla mnie czapkę. Często na tak zamówioną czapkę trzeba poczekać, bo pracy ręcznej nie da się przyspieszyć, a chętnych jest wielu. Za to taka czapka jest niesamowicie cenna i sprawia dużo przyjemności.

Oprócz indywidualnych wytwórców cenię również małe manufaktury. Tak się cieszę, że jest popyt na ich produkty i te małe przedsiębiorstwa mają szansę rozwoju. Renesans rzemiosła to wspaniała rzecz. 

Większość firm odkryłam przez instagram

Na początku grudnia wymyśliłam, że zamówię u Basi z Bagli Home (https://www.instagram.com/bagli.homemade/), czapkę w prezencie dla mamy. Wiecie ile miałam przyjemności w ustalaniu wymiarów, koloru, włóczki (wełna z jedwabiem), rodzaju metki. Ten prezent zyskał o wiele większą wartość dlatego, że wymagał zaangażowania. 
Dziękuję Basiu jeszcze raz. Mama uwielbia tę czapkę.

Większość firm lub twórców moich czapek znalazłam dzięki instagramowi.

Bagli Home 

Finke

Wool so cool

Yellow Yarny Yak


środa, 12 lutego 2020

Rolada pistacjowa z różą. Ciasto, które może być bazą dla wielu wariacji.


Mam dla Was propozycję na proste, szybkie i efektowne ciasto, które możecie zrobić na przykład na Walentynki. Samo upieczenie ciasta nie zajmuje dużo czasu, tak samo jak zrobienie masy. Wystarczy, żeby ciasto wystygło i już można je nadziewać, a zaraz potem podawać.
Ja swoje zrobiłam z pistacji i płatków róż, bo uwielbiam połączenie tych dwóch składników, ale najlepsze w tym cieście jest to, że można je zrobić całkowicie według swoich preferencji albo dostępności składników.

Oto kilka moich propozycji.

Pistacje możecie zamienić na orzechy laskowe, włoskie, migdały. Do masy możecie dodać pół tabliczki rozpuszczonej i wystudzonej (ale ciągle płynnej) gorzkiej czekolady (albo i więcej). Do niej możecie dodać odsączone wiśnie albo nasączone w alkoholu i pokrojone w małe kawałki suszone śliwki. Parę łyżek kandyzowanej skórki pomarańczowej również cudownie połączy się z masą czekoladową. 
Do masy możecie również dodać rozpuszczoną w małej ilości kawę, a ciasto przyrządzić z orzechów.

A może dodacie pół puszki kajmaku, a na końcu wkręcicie w masę posiekane daktyle lub figi. 

Płatki róży możecie dodać do masy, a ciasto posmarować konfiturą malinową. Albo jak poczujecie pragnienie truskawek, to posiekajcie kilka do masy, a ciasto posmarujcie płatkami róż albo konfiturą truskawkową. 

Morele z ciastem pistacjowym lub migdałowym również wspaniale się łączą.

Możliwości jest wiele. Potraktujcie ten przepis jako bazę dla Waszych smaków i preferencji. Najważniejsze, że jest ono pyszne, proste i szybkie.



 Rolada pistacjowa z różą

ciasto
50 g obranych, zmielonych pistacji (migdałów, orzechów laskowych, włoskich, pekanów)
4 duże jajka (oddzielnie żółtka i białka)
225 g drobnego cukru

nadzienie
75 g miękkiego masła
120 g cukru pudru
250 g serka mascarpone
120 g utartych płatków róży

wierzch 
20 g posiekanych pistacji
suszone płatki róży

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni C.
Na środku arkuszu papieru do pieczenia wielkości blachy narysować ołówkiem (markerem) prostokąt o wymiarach około 32x22 cm.
Wyłożyć tym papierem blachę do pieczenia. Papier położyć częścią zapisaną na spód. Ciasto nie powinno dotykać zapisanych linii, a narysowany, prześwitujący prostokąt ma tylko pomóc nadać ciastu odpowiednią wielkość. 


Przygotować ciasto.
Do miseczki wsypać cukier.
W drugiej większej misce zmiksować białka na dosyć sztywną pianę. Cały czas miksując dodawać do białek 3-4 łyżki cukru z miseczki.
Odstawić miskę z pianą. 
W trzeciej misce (największej) zmiksować na jasną, puszystą masę żółtka z pozostałym cukrem. Dodać zmielone orzechy i zmiksować do połączenia. Na masę żółtkowo orzechową wyłożyć około 1/4 piany z białek. Wymieszać całość szpatułką (nie miksować). Ta część piany ma rozrzedzić masę orzechową. Wyłożyć resztę piany i delikatnie wymieszać do połączenia.

Masę wyłożyć na papier do pieczenia. Ma pokryć narysowany prostokąt.
Wstawić do piekarnika i piec 8-10 minut.

Upieczone ciasto wyjąć i zwinąć wraz z papierem w rulon. Część wierzchnia upieczonego ciasta również powinna być na wierzchu w zwiniętym rulonie. Całość zawinąć w ściereczkę i zostawić do całkowitego wystudzenia. Można zostawić je na noc.

Przygotować nadzienie.

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową.

Zmiksować na gładką i puszystą masę masło. Dodać cukier i zmiksować do połączenia. Zmniejszyć obroty miksera. Cały czas miksując dodawać po 1 łyżce serka mascarpone. Miksować tylko do połączenia.

Ciasto delikatnie rozwinąć i odkleić papier do pieczenia. Jeżeli gdzieś się rozerwie nie trzeba się tym przejmować, bo całość sklei masa.

Ciasto (od strony, do której przylegał papier posmarować konfiturą z płatków róż, na nich rozsmarować równomiernie masę z mascarpone.

Ciasto zwinąć w roladę (pomagając sobie papierem).

Położyć na talerzu. Resztkę masy z miski (z wytarcia ścianek szpatułką) rozsmarować w formie paska na wierzchu rolady. Posypać wierzch orzechami i płatkami róż. Można również posypać cukrem pudrem. Ta resztka masy na wierzchu posłuży jako klej do przymocowania dekoracji.
Ciasto można podawać od razu 



niedziela, 9 lutego 2020

Faworki z przepisu z 1885 roku.


Mam wrażenie, że w tegorocznym karnawale towarzyszy mi tylko jedna książka ;-)

 Nie mam ciągot do robienia pączków włoskich, donatów czy duńskich faworków. Jeszcze miesiąc temu, czy dwa, miałam przygotowaną listę nowych przepisów do przetestowania. Chciałam pokrążyć trochę z karnawałowymi wypiekami po europejskich kuchniach, a skończyć na tradycyjnych pączkach i faworkach z ulubionych przepisów. 

Któregoś dnia  wzięłam do ręki książkę kucharską praprababki mojego męża z 1885 roku i zaczęłam wertować karnawałowe przepisy. Po usmażeniu pączków (przepis na nie znajdziecie TUTAJ) stwierdziłam, że lepszych w życiu nie jadłam i nie mam co szukać kolejnych, bo i tak nie znajdę lepszych. 

Tutaj znajdziecie aktywne linki do najlepszych przepisów na karnawał i Tłusty Czwartek

Pączki z przepisu z 1885 roku (najlepsze ze wszystkich)
Pączki staropolskie - tutaj znajdziecie również kilka praktycznych rad 

Po pączkach z tej ponad stuletniej książki przyszedł czas na faworki. Zrobiłam faworki tak zwane lane, które przyrządza się za pomocą lejka lub worka cukierniczego, ale one dla mnie nie okazały się żadną rewelacją, więc nie umieszczę tego przepisu na blogu. Kolejnym przepisem były klasyczne faworki. W swoim składzie mają dużo żółtek i słodkiej, tłustej śmietanki i przepis na nie znajdziecie poniżej.

Jakie one są? 

Dla mnie faworek musi być bardzo kruchy i cienki. Te są kruche, ale nie są cienkie (chociaż patrząc na niektóre faworki w cukierniach, to te są jak bibuła ;-))
 Ciasto rozwałkowałam bardzo cienko, ale w trakcie smażenia rosły (dzięki dużej zawartości żółtek) i takie też zostawały po usmażeniu. 
Czyli podsumowując. 
Te faworki są kruche, ale nie łamią się w drodze do ust, w smaku są takie trochę ciasteczkowe. Dobrze się przechowują i na drugi dzień były równie dobre i kruche. W trakcie smażenia mocno rosną na grubość (możecie zobaczyć to na zdjęciach). Mają pęcherze powietrza w cieście (duży plus). Nie trzeba ich podsypywać mąką w trakcie wałkowania (jeżeli już to minimalnie). Dobrze się wałkują, formują i większość pracy przy nich wykonuje mikser kuchenny. Ciasto trzeba tylko chwilę wyrabiać dłońmi, ale nie trzeba maltretować uderzaniami o blat.


 Faworki z przepisu z 1885 roku

6 żółtek (110 g)
4 łyżki (60 g) drobnego cukru
110 ml słodkiej śmietanki kremówki 30%
320 g mąki pszennej typu 550
40 g masła (stopionego)
30 ml mocnego alkoholu (użyłam 43 % rumu)

Żółtka zmiksować z cukrem na jasną, puszystą masę. Dodać śmietankę i wymieszać do połączenia. Dodać mąkę i ponownie zmiksować do połączenia. Dodać masło i alkohol i miksować całość około 10 minut.
Ciasto wyjąć na blat i chwilę wyrabiać dłońmi, żeby uformowała się gładka kula ciasta. W razie konieczności blat podsypać delikatnie mąką. 
Ciasto przykryć folią lub miską i odłożyć na 15 minut, żeby odpoczęło. Nie wkładać go do lodówki.

Na małym gazie w dużym garnku lub w głębokiej patelni rozgrzać tłuszcz. Tłuszcz lepiej rozgrzewać długo niż szybko na dużej mocy. Powinien być bardzo gorący (180 stopni C), ale nie może dymić. Przed smażeniem faworków trzeba sprawdzić temperaturę rozgrzania przez wrzucenie kawałka ciasta. W dobrze rozgrzanym tłuszczu faworki od razu wypływają na powierzchnię, a wokół smażącego się ciasta robi się bardzo dużo bąbelków powietrza.

Przygotować duży talerz wyłożony ręcznikami papierowymi. Ciasto podzielić na 5 części. 1 część wyłożyć na blat. Resztę ciasta zawinąć ponownie w folię. Ciasto rozwałkować bardzo cienko. W razie potrzeby podsypać je mąką. Ostrym nożem lub radełkiem (ja używam noża do pizzy) podzielić je na paski ok 3 cm szerokie i 9 - 10 cm cm długie. Na każdym pasku zrobić wzdłuż na środku 3 cm nacięcie. Przez to nacięcie przeciągnąć jeden z końców paska. Smażyć porcjami po 3-4-5 faworków jednocześnie (ilość zależy od wielkości garnka). Po około 20 sekundach kiedy od spodu zaczną się rumienić, przełożyć je widelcem lub drewnianym patyczkiem do szaszłyków na drugą stronę i smażyć jeszcze przez około 20 - 30 sekund do chwili, aż lekko zrumienią się z drugiej strony. Dobrze usmażone faworki  powinny  być złociste.
Faworki wyławiać łyżką cedzakową i układać na  papierowych ręcznikach. Po ostudzeniu posypać cukrem pudrem. 
Tak samo postąpić z pozostałymi porcjami ciasta.



Przepis Maria Marciszewska z książki "Kucharka szlachecka"

środa, 5 lutego 2020

Pączki Magdy Gessler


Jednym z najpopularniejszych przepisów na blogu jest przepis na łatwą babkę drożdżową Magdy Gessler (przepis znajdziecie TUTAJ). 

 Przepis opublikowałam 9 lat temu (ach te moje początki robienia kulinarnych zdjęć ;-)), ale wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem (zwłaszcza przed okresem wielkanocnym). 

Nie jestem wielką miłośniczką Magdy Gessler, ale potrafię  docenić jej przepisy na dania i wypieki z kuchni polskiej. Są bardzo "barokowe" i bogate, ale takie też są potrzebne ;-)

Dzisiejszy przepis jest dla miłośników bogatych w smaku i cięższych w strukturze pączków. Dużo składników, dużo masła, dużo jajek... cała Magda Gessler.

Jeżeli chodzi o mnie, to zdecydowanie wybieram lekką, puszystą i delikatną wersję pączków z 1885 roku (z TEGO przepisu), kto woli cięższe, intensywne i bogate w smaku, to dzisiejsze pączki są dla niego. 

Najważniejsze to mieć wybór.  




 Pączki Magdy Gessler


250 ml mleka
150 g drobnego cukru
50 g drożdży
700 g mąki pszennej luksusowej (typu 550)
15 jajek (10 żółtek + 5 jajek)
250 g masła (stopione)
1 torebka cukru z prawdziwą wanilią
1/4 łyżeczki soli

nadzienie
konfitura z płatków róży
 powidła śliwkowe
inne dowolne

lukier lub cukier puder

skórka pomarańczowa (dowolnie)

Przygotować zaczyn.
Podgrzać mleko do letniej temperatury. Przelać do miski, dodać pokruszone drożdże i około 50 g cukru. Wymieszać, dodać kilka łyżek (4-5) mąki i odstawić na około 15 minut.

Żółtka (10 szt), jajka (5 szt), cukier waniliowy, sól i 100 g cukru ubić na puszystą masę. Można również ubić całość na parze.

Dodać do zaczynu i wymieszać. Dodać resztę mąki i zmiksować całość (końcówki haki) przez około 7-10 minut. Cały czas miksując dolewać wąskim strumieniem rozpuszczone i wystudzone do letniej temperatury masło. Miksować kolejne 5-7 minut.

Miskę przykryć i odstawić ciasto do wyrastania na około godzinę. W czasie wyrastania zamieszać ciasto dwukrotnie, żeby je odgazować.

Ciasto ponownie chwilę wyrabiać, żeby je odgazować i przełożyć na blat podsypany mąką. Rozwałkować lub rozpłaszczyć dłońmi na grubość 2 cm. Wycinać wykrawaczką lub szklanką (lekko opruszoną mąką).
Rozpłaszczyć na dłoni, nadziać, skleić, uformować kulę i położyć na lekko posypanej mąką desce lub tacy (złączeniem do dołu). Tak samo postąpić z resztą ciasta. Pomiędzy pączkami odłożonymi do wyrastania zachować odstępy. 

Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut. 

W tym czasie powoli rozgrzać tłuszcz. Można pączki smażyć na smalcu, oleju rzepakowym lub na mieszance tych tłuszczy. 

Tłuszcz musi być gorący, ale nie powinien dymić. Jak macie termometr, to rozgrzejcie tłuszcz do 170 - 180 stopni C. 

Pączki smażone w zbyt niskiej temperaturze mogą nasiąknąć tłuszczem, a w zbyt wysokiej spalą się na wierzchu i pozostaną surowe w środku.

Pączki wkładać do tłuszczu złączeniem do dołu. Smażyć je po kilka na jeden raz. Powinny mieć luz w trakcie smażenia.

W trakcie smażenia, kiedy pączek stanie się jasno brązowy, obrócić go łyżką cedzakową i smażyć do uzyskania takiej samej barwy po drugiej stronie. Wyjąć łyżką cedzakową i położyć na tacy (talerzu, desce) wyłożonej ręcznikiem papierowym.
Pozostawić do wystudzenia.

Wystudzone polukrować albo obsypać cukrem pudrem. 

Na pączki z jeszcze płynnym lukrem można nałożyć trochę kandyzowanej skórki pomarańczowej.


niedziela, 2 lutego 2020

Pączki z przepisu z 1885 roku. Najlepsze ze wszystkich.


Na blogu są już dwa doskonałe przepisy na pączki (staropolskie z TEGO przepisu i pączki Iwaszkiewiczów z TEGO przepisu). TUTAJ też znajdziecie kilka ważnych porad, na co należy zwrócić uwagę przy ich przyrządzaniu.

Dzisiaj mam dla Was nowy, a jednocześnie stary ;-)(z książki z 1885 roku) przepis na pączki. Na pączki doskonałe, idealne i najlepsze jakie zrobiłam. 

Wiele lat temu dostałam od mojego teścia starą książkę kucharską należącą kiedyś do jego prababki. Z odręcznymi zapiskami (na wino figowe, pieczeń doskonałą, piernik...).

Książkę traktowałam jako cenny prezent, pamiątkę rodzinną i rzecz, którą kiedyś przekażę swoim dzieciom. Nic z niej nie gotowałam. Szczerze mówiąc nawet mi nie przyszło do głowy próbowanie zrobienia czegoś z tych nieprecyzyjnych przepisów pełnych miar, które już od dawna nie są w użyciu. Przeglądałam tę książkę tylko z ciekawości, szukając inspiracji lub chcąc pogłębić wiedzę o polskiej kuchni z bardzo dawnych czasów. W zeszłym roku przed Wielkanocą mając blisko 200 jaj od szczęśliwych kur, które moja teściowa kupiła dla nas od zaprzyjaźnionych gospodarzy, pomyślałam kiedy jak nie teraz mam wypróbować przepis na baby z tej książki. 
Trochę zajęło mi przeliczanie, dostosowywanie przepisu do współczesnego piekarnika, dzielenie na mniejsze ilości (w końcu nie chciałam zużyć wszystkich jaj na jeden przepis). Przetestowałam przepis na babę i to było odkrycie. To była idealna, lekka, aromatyczna baba i wcale nie trudna i pracochłonna,kiedy używa się miksera i piekarnika (i wykona się najtrudniejszą robotę przeliczania miar ;-)). 

Po tej babie nabrałam wiatru w żagle i ochoty na kolejny przepis. Zrobiłam babę paryską i to był strzał w dziesiątkę. Najlepsza baba jaką w życiu upiekłam. Wiem, że gościła też u wielu z Was na wielkanocnych stołach.

 Pominęłam przepisy na baby, gdzie używa się 120 żółtek na 800 gramów mąki (chociaż robiłam już taką z 96 żółtek na kilogram mąki), ale inne z bardziej "racjonalną" ilością jajek testowałam. Każda baba, jaką upiekłam z tej książki, to był strzał w dziesiątkę. Minęła Wielkanoc i książka powędrowała na półkę. 

Wyciągnęłam ją ponownie w sezonie pączkowym. Przetestowałam w tym roku już jedne według przepisu Magdy Gessler, ale nie czułam takiej satysfakcji jak bym chciała. 
Wyciągnęłam więc starą książkę i zaczęłam przeglądać co tam proponowano 135 lat temu w temacie pączkowym. 

Jeden przepis zatytułowany był " Pączki doskonałe, własnego mojego ułożenia, doświadczone że są wyborne". Nie potrzebowałam więcej zachęty. 

Poprzeliczałam składniki i wzięłam się za robienie. Kiedy formowałam pączki, już wiedziałam, że to będzie coś dobrego. Ciasto było lekkie, delikatne, a jednocześnie nie było problemów z jego formowaniem. Po usmażeniu, zostawiłam je na chwilę do ostudzenia, polukrowałam i można było je już testować. Pierwszy kęs i...to są najlepsze pączki jakie w życiu jadłam. 
Jakie jadłam. Jakie zrobiłam. 

Komu dawałam spróbować, stwierdzał to samo. I tak nie wiem kiedy, ponad dwadzieścia pączków zniknęło. 

No więc moi Drodzy, jakie one są, te najlepsze pączki?
 Delikatne, lekkie, puszyste, z wilgotnym miąższem, aromatyczne, z cieniutką skórką (delikatną, ale jednocześnie chrupiącą).

Idealne, doskonałe, wyśmienite, najlepsze jakie w życiu jadłam.

I co ważne, naprawdę nie są trudne do zrobienia.

Pączki są mało słodkie, więc przyda im się słodkie ubranko w postaci lukru lub posypki z cukru pudru.
Ja zrobiłam lukier z cukru pudru, wody, soku z cytryny i odrobiny rumu.

Nadziałam je wiśniami. Nie konfiturą, ale takimi domowymi, świeżo przyrządzonymi.

Jak je zrobiłam?

Dwie paczki (razem 900 g) mrożonych wiśni wsypałam do rondelka, zasypałam cukrem, wymieszałam i zostawiłam na noc. Rano doprowadziłam do zagotowania i zostawiłam do wystudzenia. Następnie odcedziłam je na sicie i zostawiłam do odsączenia na parę godzin. Wiśnie do nadziania pączków muszą być dobrze odsączone. 

Pozostały sok używam do polania domowego budyniu, jako dodatek do herbaty lub wody.

No to co skusicie się na te cudowne pączki?

Powiem Wam jeszcze w tajemnicy, że w tej cudownej książce jest też przepis na faworki, który mam zamiar przetestować wkrótce.




 Pączki doskonałe z przepisu z 1885 roku

6 żółtek
2 czubate łyżki (45 g) drobnego cukru
370 ml mleka podgrzanego do letniej temperatury
50 g drożdży
skórka starta z 1 cytryny
1 opakowanie cukru waniliowego z prawdziwą wanilią (użyłam Kotanyi)
500 g mąki pszennej typu 550
1/2 łyżeczki soli
100 g klarowanego masła (rozpuszczonego i wystudzonego do letniej temperatury)*
30 ml mocnego alkoholu (użyłam 43% rumu)

W misce zmiksować żółtka z cukrem na puszystą masę. Do letniego mleka dodać drożdże i wymieszać do ich rozpuszczenia. Dodać do żółtek razem ze skórką z cytryny i cukrem waniliowym i wymieszać. Dodać mąkę i sól i miksować całość (końcówki haki) przez 10 minut. Najpierw na wolnych obrotach, a następnie na szybkich. Zmniejszyć obroty i cały czas miksując lać cienkim strumieniem letnie masło. Kiedy połączy się z ciastem, wlać alkohol i zmiksować do połączenia. Zwiększyć obroty i miksować całość jeszcze 2-3 minuty. Miskę przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na około pół godziny. Ciasto lekko wyrobić dłonią, żeby je odgazować i ponownie odstawić do wyrośnięcia na 20 minut. 
Blat oprószyć mąką, ciasto lekko ponownie wyrobić, żeby je odgazować i wyłożyć na blat.
Wierzch lekko oprószyć mąką i rozprowadzić ciasto na grubość 2 cm. Wykrawać krążki szklanką lub wycinarką (moja miała około 7 cm), rozpłaszczyć na lekko posypanej mąką dłonią, nadziać, skleić, uformować kulę i położyć na lekko posypanej mąką desce lub tacy (złączeniem do dołu). Tak samo postąpić z resztą ciasta. Pomiędzy pączkami odłożonymi do wyrastania zachować odstępy. 

Odstawić do wyrośnięcia na 20 - 30 minut. 

W tym czasie powoli rozgrzać tłuszcz. Można pączki smażyć na smalcu, oleju rzepakowym lub na mieszance tych tłuszczy. W książce, z której jest przepis na pączki, smaży się je na mieszance smalcu i masła klarowanego.

Tłuszcz musi być gorący, ale nie powinien dymić. Jak macie termometr, to rozgrzejcie tłuszcz do 170 - 180 stopni C. 
Pączki smażone w zbyt niskiej temperaturze mogą nasiąknąć tłuszczem (chociaż dodatek alkoholu do ciasta zabezpiecza je przed tym), a w zbyt wysokiej spalą się na wierzchu i pozostaną surowe w środku.

Pączki wkładać do tłuszczu złączeniem do dołu. Smażyć je po kilka na jeden raz. Powinny mieć luz w trakcie smażenia.

W trakcie smażenia, kiedy pączek stanie się jasno brązowy, obrócić go łyżką cedzakową i smażyć do uzyskania takiej samej barwy po drugiej stronie. Wyjąć łyżką cedzakową i położyć na tacy (talerzu, desce) wyłożonej ręcznikiem papierowym.
Pozostawić do wystudzenia.

Wystudzone polukrować albo obsypać cukrem pudrem. 


*Można użyć gotowego, kupnego masła klarowanego albo rozpuścić w rondelku na małym ogniu zwykłe masło (w większej ilości niż potrzebne jest do pączków), a następnie zlać, a pod koniec zebrać łyżką sam tłuszcz. Mleczna część powinna zostać w rondelku. 




                 Przepis Maria Marciszewska z książki "Kucharka szlachecka"

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails