poniedziałek, 13 marca 2017

Prosty deser na koniec zimy. Galaretka z czerwonych pomarańczy i prosecco.


 Galaretka, kisiel i budyń to desery, które kojarzą mi się z dzieciństwem. Rzadko je teraz przyrządzam, ale kiedy już je robię to nie używam półproduktów "z torebki". Jakiś czas temu wiedziona smakowym sentymentem skusiłam się na galaretkę i... myślę, że długo nie dopadnie mnie znowu ten poryw serca. 

Galaretkę zrobić samemu jest bardzo łatwo. Ja miałam ochotę na wersję "dla dorosłych" i tak po wymieszaniu kilku składników, mogliśmy się cieszyć połączeniem prosecco i soku z czerwonych pomarańczy. Wyszedł z tego niezły drink w wersji deserowej. Można oczywiście użyć soku ze zwykłych, jasnych pomarańczy, ale wtedy trzeba użyć mniejszej ilości cukru albo dodać odrobinę soku z cytryny. 

Dla maksymalnej rozpusty na wierzchu można położyć łyżkę bitej śmietanki wymieszanej z wanilią. Dla kontrastu galaretka lepiej smakuje z niesłodzoną.

Dobrego i słonecznego tygodnia.


 Galaretka z czerwonych pomarańczy i prosecco

sok z 8-10 pomarańczy (600 ml soku) 
200 ml prosecco (może być też hiszpańska cava lub inne, wytrawne wino musujące)
100 g drobnego cukru
10-14 g żelatyny (w zależności jak twardą chcemy otrzymać galaretkę)

Wyciśnięty sok z pomarańczy przecedzić przez sito i połowę wlać do rondelka wraz z cukrem. Doprowadzić prawie do zagotowania. Dodać żelatynę (tę w płatkach wcześniej namoczoną w zimnej wodzie i odsączoną tuż przed dodaniem) i wymieszać do jej rozpuszczenia. 
Dodać resztę soku i prosecco. Wymieszać.
Przelać całość do pucharków. Wystudzić.
Wstawić do lodówki do schłodzenia i stężenia (na około 6 godzin).

Podawać galaretkę schłodzoną z bitą śmietaną z dodatkiem wanilii lub bez niczego.



sobota, 11 marca 2017

Na niespieszne śniadanie. Jajka zapiekane po florencku

 
 
Lubię weekendowe śniadania. Za to, że są niespieszne, inne, a czasami jedzone do południa. Wszyscy są w domu i mamy więcej czasu na jedzenie i dla siebie. Czasami robię coś wykwintnego, a innym razem coś zupełnie prostego. Zawsze są to jednak rzeczy, których nie jadamy w tygodniu. Przygotowywane specjalnie na śniadanie, kiedy jesteśmy razem.
 
Często na śniadania jemy jajka. Ulubioną formą wszystkich są jajka po benedyktyńsku, ale nie można jeść ich co tydzień (nie mówiąc już o tej dużej ilości masła). 
Ostatnio wróciłam do dawno nie używanego przepisu na zapiekane jajka w kokilkach po florencku. To określenie "po florencku" oznacza danie przygotowane na bazie duszonego lub podsmażonego szpinaku, posypane serem,a następnie zapieczone.
To naprawdę pyszne i bardzo proste do zrobienia śniadanie.
 
Pięknej niedzieli.
 
 
Jajka zapiekane po florencku
oeufs cocotte à la florentine

200 g szpinaku w małych listkach (można użyć mrożonego w liściach)
400 ml śmietanki kremówki
80 g tartego parmezanu
6 jajek
1/2 cebuli szalotki
1 ząbek czosnku
15 g masła + masło do nasmarowania kokilek
sól
świeżo zmielony pieprz
gałka muszkatołowa
papryka Espelette (opcjonalnie)

6 kokilek wysmarować masłem i wstawić do formy, do której będzie można nalać wodę do połowy wysokości kokilek.
Nagrzać piekarnik do 160 stopni C.

Na maśle delikatnie podsmażyć czosnek i pokrojoną w cienkie plasterki szalotkę. Dodać szpinak i podsmażać, aż liście zwiędną, a płyn odparuje. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Jeżeli używacie mrożonego szpinaku, trzeba go najpierw odmrozić, a następnie dobrze odcisnąć przed dodaniem na patelnię.
Przełożyć szpinak do kokilek.
Śmietankę wymieszać z większością startego parmezanu. Do kokilek na szpinak wbić jajko, a następnie zalać mieszanką śmietanki i sera.
Wierzch posypać serem.
 
Zagotować wodę w czajniku.
Formę z kokilkami wstawić do piekarnika i wlać do niej gorącą wodę  do połowy wysokości kokilek. 
 
Piec całość 10 minut. 
Podawać od razu. Wierzch posypać papryczką Espelette lub pieprzem.
 
Dobrze upieczone jajka powinny mieć płynne żółtko, a ścięte białko.
Cza pieczenia uzależniony jest od wielkości jajek i kokilek. 
 

środa, 8 marca 2017

Torta Mimosa na Dzień Kobiet i kilka włoskich wspomnień.


 Padwa to jedno z moich ulubionych włoskich miast. Oddalone 20 minut pociągiem od Wenecji, przeważnie odwiedzane jest tylko przez pielgrzymów. Ja bardzo lubię Padwę, za to że jest miastem, w którym można zaznać prawdziwej włoskiej atmosfery, że żyje własnym życiem, a nie jest zdominowane przez turystów (chociaż sama jestem turystką). To miasto uniwersyteckie, gdzie większość mieszkańców i turystów porusza się rowerami albo pieszo. To miasto, w którym można znaleźć na każdym kroku restauracyjki i kawiarnie, gdzie wino i kolacja jest w rozsądnej cenie. To miasto, które ma w centrum trzy duże place, które za dnia pełne są straganów z warzywami, a wieczorem zamieniają się w restauracje pod gołym niebem. To miasto, w którym mieszkańcy nie są zmęczeni turystami i są bardzo życzliwi dla przybyszów.

Lubię Wenecję i zawsze wracam tam z przyjemnością, żeby zagubić się w gąszczu uliczek i fotografować detale. Lubię wsiąść na lotnisku w vaporetto, żeby przypłynąć nim bezpośrednio do centrum i włóczyć się nad kanałami. Jednak zawsze pod koniec dnia ogarnia mnie pewien smutek, że to miasto w którym jest więcej turystów niż mieszkańców, że sklepów z pamiątkami jest więcej niż tych z warzywami, że w pobliżu głównych atrakcji turystycznych ciężko się przecisnąć w tłumie (niezależnie od pory roku), że nie można jeździć rowerem, a gra w piłkę na placykach jest zakazana. Pod koniec dnia zawsze nachodzi mnie smutna myśl, że to miasto w którym bardzo trudno żyć i zaczyna stawać się skansenem, a nie żywym miastem.

Dlatego z radością przyjeżdżam do Padwy, żeby cieszyć się włoskim życiem. 
Kiedy kilka dni temu obudziły mnie dzwony na dachu po sąsiedzku, z radością wyszłam na malutki balkon, żeby popatrzeć w dół na rozstawiające się stragany. Pierwsza kawa wypita w kawiarni na rogu dała mi energię na włóczenie się pośród straganów i maleńkich specjalistycznych sklepików pod arkadami Palazzo della Ragione. 

Mam już w Padwie wydeptane własne ścieżki. Ulubioną piekarnię na Piazza delle Erbe, maleńki sklepik z serami, gdzie sprzedawczyni chwali mnie za to jak mówię po włosku ;-), sprzedawcę ryb, który macha do mnie, kiedy kolejny raz w ciągu dnia mijam jego sklepik, kioskarza, który dziwi się, że kupuję francuską kulinarną gazetę we Włoszech, sprzedawcę pomidorów, który daje mi najpierw spróbować sprzedawanych warzyw, a potem dorzuca do zakupów bazylię i młodą cebulę.

Od tego roku mam też swoją sprzedawczynię kwiatów na targu. Nie potrafię przejść obojętnie obok wazonów pełnych gałązek obsypanych drobnymi, delikatnie różowymi kwiatkami, wazonów z jaskrami, anemonami i mimozą.

Nigdy nie kupowałam we Włoszech kwiatów. Przemieszczając się z miasta do miasta, z hotelu do hotelu nie miałam możliwości utrzymać przy życiu kwiatów dłużej niż dzień. Tym razem było inaczej. Pod wpływem impulsu kupiłam mimozę, ciesząc się na myśl, że będę miała ją chociaż chwilę. Te kwiaty kojarzą mi się z włoską wiosną, z pierwszym grzejącym twarz słońcem, z radością z dłuższego dnia.

Kiedy wyjeżdżaliśmy z Padwy, wstawiłam mimozę do butelki z wodą i zapakowałam do samochodu. Pojechała z nami dalej. Do Mediolanu, Turynu i w góry. Kiedy zaczęła podsychać, spakowałam ją w papier i przyjechała ze mną do Polski. Taka pamiątka z podróży, który budzi wspomnienia pięknych chwil.

Sprzedawczyni kwiatów powiedziała mi o cieście Mimosa, obsypanym z wierzchu okruchami biszkoptu, którego wygląd ma przypominać delikatne, puszyste kwiaty. Ciasto to tradycyjnie jedzone jest we Włoszech na wiosnę i  Dzień Kobiet (La Festa della Donna). Ma kształt kopuły i składa się z wilgotnego biszkoptu, nasączonego syropem z cytryn i limoncello i przełożone jest delikatnym, puszystym, lekko cytrynowym kremem. Kiedy nie podchodzimy ortodoksyjnie do przepisu, możemy dodać do kremu kawałki truskawek lub jagody. Świetnie skomponują się z pozostałymi składnikami.

Z okacji Dnia Kobiet zapraszam Was na TORTA MIMOSA. 












Torta Mimosa

biszkopt
6 jajek
70 g mąki pszennej tortowej
70 g mąki ziemniaczanej
140 g drobnego cukru

krem
480 ml mleka
3 paski skórki z cytryny obcięte obieraczką do warzyw
4 żółtka
100 g cukru
25 g mąki pszennej tortowej
200 ml śmietanki kremówki 36%

syrop do nasączania
30 g drobnego cukru
50 ml gorącej wody
50 ml limoncello*
15 ml (3 łyżki) soku z cytryny 

Przygotować biszkopt.
Jajka ubić z cukrem na bardzo puszystą i jasną masę. Dodać przesianą mąkę ziemniaczaną i pszenną i delikatnie wymieszać szpatułką lub łyżką do połączenia się składników. Nie miksować. Masę wylać do tortownicy o średnicy 23 cm. Dno tortownicy powinno być wyłożone papierem do pieczenia. 
 Wyrównać wierzch i wstawić foremkę do piekarnika nagrzanego do 165 stopni C. Piec około 45 minut.
Wyjąć i całkowicie wystudzić.
Ciasto przekroić na 3 części. Środkowy krążek (bez zrumienionej skórki) rozdrobnić na okruchy wielkości około pół centymetra.

Biszkopt można upiec 1 dzień wcześniej.

Przyrządzić krem. Mleko z paskami skórek cytryny doprowadzić w rondelku prawie do zagotowania. W misce zmiksować na jasną masę żółtka z cukrem. Dodać mąkę i ponownie zmiksować.
Cały czas miksując wlewać gorące mleko wąskim strumieniem. Miksować do połączenia.
Przelać masę z powrotem do garnka i podgrzewać cały czas mieszając do zgęstnienia i prawie zagotowania kremu.

Masę przelać do miski, przykryć folią spożywczą (tak, żeby dotykała powierzchni kremu) i pozostawić do całkowitego wystudzenia. Ubić na sztywno kremówkę i delikatnie ją połączyć z kremem. Wyjąć paski skórki z cytryny.

Przygotować syrop. W kubku wymieszać do rozpuszczenia gorącą wodę  z cukrem. Wystudzić. Dodać likier limoncello i sok z cytryny. Wymieszać.

W misce ułożyć na krzyż dwa pasy papieru do pieczenia (pomoże to wyjąć ciasto). Ułożyć w misce 1 krążek biszkoptu. Docisnąć do brzegów. Ciasto powinno dopasować się do kształtu miski i utworzyć wgłębienie. Nasączyć je połową syropu. Wgłębienie wypełnić 3/4 ilości kremu. Na wierzchu ułożyć drugi krążek ciasta i nasączyć go resztą syropu. Docisnąć do kremu.
Miskę przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki na minimum 1 godzinę. 

Na wierzchu ciasta położyć talerz i odwracając miskę wyjąć ciasto.
Wierzch posmarować resztą kremu i obsypać okruchami biszkoptu.
Wstawić ponownie do lodówki na 1 godzinę. 

Ciasto można przyrządzić klasycznie przekładając kremem 2 krążki ciasta i  smarując resztą kremu wierzch i boki i obsypać całość okruchami biszkoptu.

*Limoncello to włoski likier zrobiony ze skórek cytrynowych

 



wtorek, 7 marca 2017

Malezyjskie curry z wołowiny.


Zanim przyjdzie wiosna w pełni, czas chodzenia w sukienkach z gołymi nogami i siedzenia na kocu na trawie, w mojej kuchni obecne są nadal dania rozgrzewające i aromatyczne. Takie jak dzisiejsze długo duszone malezyjskie curry. To danie idealne, kiedy mamy do zrobienia inne rzeczy niż siedzenie w kuchni. Wystarczy kilka minut pracy, a potem przez kilka godzin danie robi się samo. Dodatkową przyjemnością jest zapach, który rozchodzi się po domu.

Do tego curry używa się indonezyjskiego, słodkiego sosu sojowego kecap manis (ketjap manis, ketjap medja). To sos o ciemnej barwie i gęstej konsystencji. Słodycz i aromat zawdzięcza dodatkowi cukru palmowego. Uważa się, że słowo ketchup pochodzi właśnie od nazwy tego sosu (ketjap - sos). Kecap manis to bardzo dobry dodatek do marynat. Można go kupić w sklepach z azjatycką żywnością i w Kuchniach Świata.
 
Można go dostać bez większych problemów. Jeżeli go nie macie, użyjcie zwykłego, słodkiego sosu sojowego, a ostatecznie  dodajcie do dania klasyczny sos sojowy i trochę cukru.


 Malezyjskie curry z wołowiny

800 g wołowiny do duszenia pokrojonej w kostkę 2-3 cm
50 g mąki pszennej
olej do smażenia
1 duża cebula pokrojona w piórka 
1 trawa cytrynowa (przekrojona na pół i lekko zgnieciona)
1 mała laska cynamonu
3 gwiazdki anyżu 
4 kardamony w łupinie lekko zgniecione
5 listków limonki kaffir *
400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
500 ml bulionu wołowego
50 g wiórków kokosowych 
2 łyżki (30 ml) sosu kecap manis
1 duża garść posiekanej kolendry
sok z 1-2 limonek

pasta curry
2-4 papryczki chilli
2 duże szalotki (tak zwane bananowe)
4 duże ząbki czosnku
5 cm kawałek imbiru (obranego i pokrojonego w plastry)
1/2 łyżeczki mielonej kurkumy
1/4 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
3 łyżki (45 ml) oleju o neutralnym smaku

do podania
ryż jaśminowy
posiekane, niesolone orzeszki ziemne
płatki kokosowe
listki kolendry

Nagrzać piekarnik do 150 stopni C. Wszystkie składniki pasty curry włożyć do pojemnika malaksera i miksować do uzyskania gładkiej pasty.

Kawałki wołowiny obtoczyć w mące. 
W garnku (użyłam żeliwnego) rozgrzać na średnim ogniu 2-3 łyżki oleju. Dodać pastę curry i podsmażać mieszając przez 2-3 minuty, aż pasta zacznie intensywnie pachnieć. Dodać cebulę i kawałki mięsa i smażyć całość mieszając przez 5-10 minut, aż mięso lekko się zrumieni. 
Dodać trawę cytrynową, laskę cynamonu, anyż, kardamon, liście limonki, mleko kokosowe i bulion. Doprowadzić do zagotowania. Przykryć garnek pokrywką i wstawić do piekarnika na 3-4 godziny. W razie potrzeby dodać więcej wody lub bulionu. Mięso po tym czasie powinno być miękkie.
Do dania dodać wiórki kokosowe, sos kecap manis, posiekaną kolendrę, sok z limonki i sól do smaku. Wymieszać i podawać z ryżem. Na wierzchu posypać orzeszkami, płatkami kokosa lub listkami kolendry

*liście limonki kaffir kupuję mrożone w sklepie Kuchnie Świata lub Asia Tasty koło hali Mirowskiej


niedziela, 26 lutego 2017

Verjus i pâté z wątróbek drobiowych z cydrem


Od czasu do czasu robię moim bliskim (lub znajomemu Francuzowi ;-)) pâté z wątróbek drobiowych. Nie jestem miłośniczką podrobów, ale pâté robię z przyjemnością, bo wiem ile radości sprawia jego jedzenie tym, którzy lubią wątróbki. To pâté, jak zresztą każde inne, powinno spędzić dobę w lodówce przed podaniem. Czas sprzyja przegryzieniu się wszystkich smaków i dopiero po tym czasie można w pełni docenić jego smak. 
W dzisiejszym przepisie do pâté używa się cydru i to jest strzał w dziesiątkę, jeżeli chodzi o połączenie smaków. Wierzchnia  warstwa to galaretka z cydru i verjus. Czym jest ten drugi składnik możecie przeczytać poniżej. Jeżeli go nie macie użyjcie do galaretki oprócz cydru niesłodzonego soku jabłkowego i octu z białego wina. Też będzie pysznie.

Inne sprawdzone przepisy na pâté i parfait znajdziecie w poniższych linkach. 

Verjus znany był już w średniowieczu, a teraz przeżywa drugą młodość. Coraz częściej wykorzystywany jest w kuchni (wielką popularnością cieszy się u australijskich szefów kuchni) i coraz łatwiej go kupić.

Verjus jest kwaśny i przypomina w smaku lekko rozcieńczony ocet winny. Powstaje przez wyciśnięcie soku z niedojrzałych winogron (ewentualnie dzikich jabłek). Słowo pochodzi z języka francuskiego od słów znaczących sok i zielony.
Oprócz Francji i Australii używany jest też w kuchni tureckiej, syryjskiej i perskiej.
Można zastąpić nim w potrawach ocet winny lub sok z cytryny. Dużą jego zaletą jest to, że nie "gryzie" się z winem. Sałata z sosem doprawionym verjusem komponuje się o wiele lepiej z winem niż z sosem zawierającym ocet.

Verjus można dodawać wszędzie tam, gdzie w przepisie używa się soku z cytryny lub octu.





Pâté z wątróbek drobiowych z cydrem


230 g bardzo miękkiego masła
450 g wątróbek drobiowych (oczyszczonych)
1 duża cebula (pokrojona w drobną kostkę)
4 ząbki czosnku (pokrojone w plasterki)
250 ml wytrawnego cydru
3 łyżki (45 ml) calvadosu (można użyć ewentualnie koniaku, brandy, armagnacu)
sól

galaretka
 
4 płatki żelatyny
250 ml cydru
50 ml verjus (można zastąpić pół na pół niesłodzonym sokiem jabłkowym i jasnym octem winnym)
kilka gałązek tymianku 

Rozgrzać na dużej patelni 2 łyżki masła. Smażyć na nim partiami wątróbki po około 1 minutę z każdej strony. Wątróbki powinny pozostać w środku różowe, ale nie surowe. 
Usmażone wątróbki przełożyć do miski i wystudzić.

Na patelni rozgrzać około 1/3 pozostałej ilości masła i smażyć na małym ogniu cebulę przez około 10 minut. Cebula powinna się zeszklić i lekko zezłocić, ale nie rumienić.
Dodać czosnek i smażyć całość kolejne 2-3 minuty. Zwiększyć ogień na duży.
Dolać na patelnię calvados i podgrzewać, aż prawie cały odparuje. Dodać listki tymianku (około 1/2 łyżki), cydr i podgrzewać, aż całość w dużej mierze odparuje, a płyn nabierze konsystencji syropu. 
Przełożyć cebulę z płynem do pojemnika malaksera, dodać wystudzone wątróbki, posolić do smaku i zmiksować na bardzo gładką masę.
Dodać resztę masła i ponownie zmiksować całość do połączenia.
Przełożyć masę do pojemniczków (słoiczków), z których będzie podawany pasztet, zostawiając miejsce na galaretkę.
Wierzch przykryć folią spożywczą.
Wstawić pasztet do lodówki do schłodzenia na 2-3 godziny.
Przyrządzić galaretkę. 
Płatki żelatyny namoczyć w zimnej wodzie przez 5 minut. 
Cydr i verjus przelać do dzbanka i wymieszać. 1/3 przelać do rondelka. Podgrzać prawie do zagotowania. Odcisnąć z nadmiaru wody żelatynę. Dodać ją do gorącego płynu i wymieszać do rozpuszczenia.
Dolać do reszty płynu w dzbanku i ponownie wymieszać.
Odstawić do wystudzenia.

Wyjąć z lodówki naczynka z pasztetem, ułożyć na wierzchu gałązki tymianku i delikatnie polać mieszanką cydru i verjus.
Ponownie wstawić do lodówki.
Chłodzić w lodówce przed podaniem przez minimum 12 godzin, a najlepiej przez 24 godziny.

Wyjąć z lodówki na 1 godzinę przed podaniem. 
Podawać z chlebem.
Pâté można przechowywać do 4 4ni w lodówce.



piątek, 24 lutego 2017

Brownie. Idealne.


 Ostatnio jak chcę coś upiec, najczęściej wyciągam książkę Brontë Aurell "Scandikitchen fika & hygge". Lubię jej przepisy za prostotę i smak.
Niedługo przerobię chyba wszystkie tam zawarte, więc z tym większą niecierpliwością będę czekać na jej nową książkę.
A na razie cieszę się z tych, które mam.

Brownie z przepisu  Brontë Aurell, to jedne z najlepszych czekoladowych ciast jakie zrobiłam. Intensywne, gęste, wilgotne i... pyszne. Dodatkiem do ciasta są bakalie, które wybieramy według własnego uznania. Trzeba ich użyć 150 g, łącząc większość z ciastem, a resztę wysypując na wierzchu.
Ja swoje upiekłam w połowie z wilgotnymi, kwaskowatymi, suszonymi wiśniami i marcepanem, a drugą część z figami i orzechami włoskimi.

Jeżeli lubicie wilgotne, czekoladowe ciasta, to pokochacie to brownie.
A w dodatku jest bardzo proste i szybkie do zrobienia. 


Loki's brownie

200 g gorzkiej czekolady o zawartości 70% kakao
250 g miękkiego masła
275 g drobnego cukru
3 jajka
75 g mąki pszennej tortowej
50 g gorzkiego kakao
szczypta soli 
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
150 g dowolnych dodatków typu orzechy włoskie, pekany, rodzynki, suszone żurawiny, wiśnie, marcepan, pianki marshmallows, pokrojone krówki, batoniki Daim...

Rozgrzać piekarnik do 170 stopni C.
W misce na parze rozpuścić masło i czekoladę. Woda nie powinna dotykać dna miski. Od czasu do czasu całość zamieszać. Jak wszystkie składniki się rozpuszczą, zdjąć miskę z garnka i wymieszać do połączenia. Odstawić na parę minut do lekkiego przestudzenia. 
W drugiej misce wymieszać jajka z cukrem, solą i wanilią. Masy jajecznej nie trzeba miksować mikserem, bo sie nadmiernie napowietrzy.
Wystarczy wymieszanie jej trzepaczką balonową.

Do masy jajecznej dodać dodać przestudzoną czekoladę z masłem. Wymieszać szpatułką do połączenia. Dodać mąkę i gorzkie kakao i wymieszać ponownie.
Dodać 100 g dodatków i delikatnie zamieszać.
Masę wylać do wyłożonej papierem do pieczenia formy o wymiarach 20x20 cm. Na wierzchu rozsypać resztę dodatków.
Wstawić foremkę do piekarnika i piec 25-30 minut. Ciasto upieczone po środku powinno być lekko wilgotne, ale nie płynne.
Wyjąć foremkę i wystudzić.
Kroić po wystudzeniu.
To brownie tak samo idealnie smakuje na drugi i trzeci dzień po upieczeniu.


Przepis Brontë Aurell "Scandikitchen fika & hygge"

wtorek, 21 lutego 2017

Muffiny orkiszowe z bananami i jagodami. Mało słodkie.


Miałam w kuchni mocno już dojrzałe banany i resztę jagód z lata w zamrażalniku, więc przyszedł czas na upieczenie muffinek. Te nie są bardzo słodkie, a dodatek mąki orkiszowej i płatków owsianych tworzy pozory zdrowych, niskokalorycznych słodkości ;-)

Czasami mam ochotę upiec coś na szybko wykorzystując to co mam w domu. Bez specjalnych zakupów, przygotowań, wyciągania miksera.
Szybko, prosto, smacznie i... zdrowo ;-)



Muffiny orkiszowe z bananami i jagodami

250 g mąki orkiszowej jasnej (typu 500 lub 650)
100 g jasnego, brązowego cukru
75 g płatków owsianych + płatki do posypania wierzchu
 1/2 łyżeczki soli
1 płaska łyżeczka sody
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii
1 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
2 jajka
200 ml mleka
75 ml oleju słonecznikowego
2 łyżeczki musu jabłkowego (opcjonalnie)
2 łyżeczki syropu klonowego
2 dojrzałe banany rozgniecione widelcem
100 g świeżych lub mrożonych jagód


Rozgrzać piekarnik do 180 stopni C.

W misce wymieszać mąkę, cukier, płatki owsiane, sól, sodę, proszek do pieczenia, cynamon i gałkę.
W drugiej misce wymieszać wanilię z jajkami, mlekiem, olejem, syropem klonowym i musem jabłkowym.
Do miski z mokrymi składnikami dodać zawartość miski z suchymi. Wymieszać szybko szpatułką. W cieście mogą pozostać grudki.
Dodać banany i jagody i ponownie delikatnie wymieszać.
Formę muffinkową (z 12 małymi dołkami lub sześcioma dużymi) wyłożyć papilotkami papierowymi i nałożyć do nich ciasto (robię to przy pomocy łyżki do lodów).
Wierzch muffinek posypać płatkami owsianymi.
Blachę wstawić do piekarnika i piec 30 minut.
Duże muffinki możliwe, że trzeba będzie piec chwilę dłużej. Tak samo czas może się trochę wydłużyć, jeżeli używamy mrożonych jagód.

Najlepiej sprawdzić stan upieczenia patyczkiem.



Przepis Brontë Aurell "Scandikitchen fika & hygge"

niedziela, 19 lutego 2017

Pasta z wędzonej makreli z szybkimi piklami z cebuli i marchwi


 Wędzona makrela ma dużo zalet. Jest zdrowa (jest dobrym źródłem między innymi nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 i omega-3, selenu i miedzi), tania, łatwo dostępna i nie należy do gatunków ryb zagrożonych wyginięciem (przynajmniej na razie). Nie należy oczywiście jeść jej codziennie (jak wszystkich wędzonych produktów), ale warto, żeby od czasu do czasu pojawiła się na naszym stole.
i kwasów omega-3 i omega-6. Największą jej zaletą jest zawartość selenu,

http://bonavita.pl/cala-prawda-o-wedzonych-rybach-sprawdzmy-czy-makrela-i-fladra-to-zdrowy-wybor
,  jest łatwo dostępna, tania i smaczna i nie należy do gatunków ryb zagrożonych wyginięciem (przynajmniej na razie).
Jak zapewne większość z nas najczęściej z makreli robię pasty, ale żeby nie było nudno i jednostajnie szukam nowych połączeń smaku.

Pasta z dzisiejszego przepisu ma dużo zalet. Jest prosta i szybka do zrobienia, można ją przyrządzić dzień wcześniej  i po powrocie do domu mamy gotowy posiłek i jest bardzo smaczna. Stosunkowo łagodny smak ryby w połączeniu z piklami nabiera charakteru. Do tego chrupkość marchwi idealnie komponuje się z gładkością pasty.

Na kolację, na piknik, na przystawkę...




Pasta z wędzonej makreli z szybkimi piklami z cebuli i marchwi

 pikle
100 g marchwi
1 czerwona cebula
1/2 pęczka kopru
5 łyżek (75 ml) octu z czerwonego wina
2 1/2 łyżki cukru

pasta z makreli
460 g wędzonej makreli (waga bez skóry i ości)
1/2 - 1 pęczek kopru
30 g świeżo startego korzenia chrzanu lub 2 łyżki chrzanu ze słoika
200 ml crème fraîche lub gęstej, kwaśnej śmietany (dobra będzie śmietana 22%  szefa kuchni firmy danone)
sok z 1 cytryny
1 łyżka sosu Worcestershire

Przyrządzić pikle. Cebulę obrać i pokroić w 2 mm półplasterki. Marchew obrać  i pokroić w cienkie plastry tarką mandolinową lub obieraczką do warzyw. W miseczce wymieszać ocet z cukrem i posiekanym koprem. Dodać warzywa, wymieszać i wstawić do lodówki na minimum 1 godzinę.

Zmiksować na gładko wszystkie składniki pasty. Przełożyć do miseczki. Schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę. 

Podawać pastę z chlebem, obłożoną z wierzchu piklami.

Pastę z makreli można przechowywać do dwóch dni w lodówce, a pikle do 5 dni.


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails